W kontekście dyskusji o wecie Prezydenta RP, programach SAFE, Sejf i innych, powtarzam niczym Katon Starszy o Kartaginie:
Nie trzeba dodatkowych pięniędzy, by być gotowym do nowoczesnej wojny z Rosja ponad to, co wydajemy teraz. Należy zrobić to inaczej i zaoszczędzić pieniądze publiczne. Trzeba jedynie zderegulowac gwałtownie, natychmiast i całkowicie Sektor B - czyli całą branżę podwójnego przeznaczenia, dronów, obróbki i przesyłu danych, wojskowego software’u, robotyki, otworzyć nasze instytuty na masowe technologie rakietowe, wpuścić masowo polskich prywatnych przedsiębiorców do rozproszonych i zdecentralizowanych zamówień podwójnego przeznaczenia: w tym dla jednostek wojska, instytucji badawczych, wszelkich służb, zamówień bezpośrednio dla spółek państwowych (w zakresie np zwalczania dronów), komunalnych, także fabryk i przedsiębiorstw prywatnych, do obrony i monitorowania infrastruktury krytycznej.
Zamiast wydawania „pierdylionow” na stare, zróbmy „nowe” i przygotujmy się do nowej wojny (w tym do tzw. pojedynku salwowego na pociski i drony) wykorzystując potencjał naszego społeczeństwa, ducha polskiej przedsiębiorczości i dokonującą się rewolucję w sprawach wojskowych, gdzie tania, własna i masowa produkcja nowoczesnej broni nowymi metodami jest znakiem firmowym, co widać tak na Ukrainie jak i w Zatoce Perskiej.
Rewolucja w sprawach wojskowych sprzyja państwom takim jak my czyli mniejszym o słabszej demografii i słabszym przemyśle wojskowym w relacji do XX wiecznych potęg przemysłowych, zatrzymując skutecznie tradycyjne potęgi, co widać w obecnych wojnach. Trzeba tylko zmienić „stare” myślenie i nieznośne papugowanie po tradycyjnych potęgach z ich XX wiecznym sposobem produkcji i zamówień wojskowych. Czasy się zmieniają.
Ruszmy głową zamiast wydawać na próżno. To moment historyczny.
Prezydent RP @NawrockiKn: Historia uczy nas prostej prawdy: naród, który nie chce płacić na własną armię, prędzej czy później będzie musiał płacić na armię cudzą. Dlatego inwestycje w obronność są konieczne. Ale muszą być prowadzone mądrze, odpowiedzialnie i w sposób, który nie ogranicza suwerenności państwa.
Czy polityczni decydenci są kompetentni? Zdarza się, że posiadają kompetencje merytoryczne - ale to wyjątek.
Najczęściej posiadają kompetencje wyłącznie polityczne (a więc nieformalne: nie znają języków, nie mają żadnego doświadczenia praktycznego w obszarze którym zarządzają, przydającego się wykształcenia itd.). Są więc kompetentni inaczej. Jak? Przez całe zawodowe życie wspinają się po hierarchii partyjnej: zabiegają o względy tych, którzy stoją wyżej, i uczą się zarządzać ambicjami tych, którzy są niżej i również marzą o awansie. Długotrwałe uczestnictwo w tym procesie prowadzi do nabycia realnych umiejętności: rozpoznawania oczekiwań przełożonych, kanalizowania aspiracji podwładnych oraz manipulowania jednymi i drugimi dla własnej korzyści.
To jest rzeczywista kompetencja i nie należy jej lekceważyć. Problem polega na tym, że jest to kompetencja jednowymiarowa. Z czasem zawęża horyzonty poznawcze i prowadzi do demoralizacji - nie w sensie obyczajowym, lecz poznawczym. Polityk zaczyna postrzegać świat wyłącznie przez pryzmat logiki, którą zna z życia partyjnego.
W rezultacie wydaje mu się, że wszyscy wokół - żołnierze, funkcjonariusze, urzędnicy, eksperci, doradcy - funkcjonują według tych samych reguł. Ich awanse, sukcesy i wygrane konkursy przestają być w jego oczach efektem doświadczenia, wiedzy czy kompetencji, a stają się pochodną czyjejś politycznej woli. Projekcja własnego doświadczenia zastępuje zdolność rozpoznawania obiektywnych kryteriów.
Z biegiem czasu polityk przestaje dostrzegać kompetencje inne niż polityczne. Przestaje je rozumieć, szanować i uznawać. W efekcie traci zdolność odróżniania profesjonalizmu od lojalności, wiedzy od oportunizmu, odpowiedzialności od politycznego sprytu.
Tak ukształtowani politycy - nie jako jednostkowe patologie, lecz jako produkt systemowej selekcji i długotrwałej socjalizacji - stają się rakiem toczącym instytucje państwa. Mechanizm ten działa wszędzie: od Warszawy, przez Moskwę, po Waszyngton.
Panie Premierze, psy z łańcuchów uwolnimy - w Sejmie leży projekt mojej ustawy. Do dzieła!
Chciałbym też żeby symboliczny "łańcuch" ściągnięto w końcu Panu Premierowi - wspieram jak mogę, ale bez dobrej woli Pan Premiera może się nie udać 🥺
A o mojej miłości do Polski proszę się uprzejmie nie wypowiadać - nie wypada Panu Premierowi.
Miłego dnia 🇵🇱
Jeden z moich ważniejszych tłitów.
Dziś w nocy mija tydzień od okrutnego ataku wenezuelskiego migranta na Polkę w Toruniu. Do tej pory nie zabierałem w tej sprawie głosu. Bo czekałem. Obserwowałem, jaki rezonans wywoła w Polsce ta straszliwa zbrodnia.
Obserwuje to zresztą wielu ludzi. Zwłaszcza zagranicą. W centralach wywiadów, w ministerstwach spraw zagranicznych, a w szczególności w niemieckim urzędzie kanclerskim. Nie łudźmy się. Reakcja Polaków na tę zbrodnię to jedna z ważniejszych spraw w tym roku w Europie. Ona zadecyduje o dalszym kierunku polityki migracyjnej Brukseli, czytaj Berlina. Poniżej wyjaśnię dlaczego.
Natomiast zacznę od tego, że jestem przybity. Bowiem wszystko wskazuje na to, że ten test oblaliśmy – my, Naród Polski. Oblały go też zbiorowo partie opozycyjne (odpoczywające błogo po wyczerpującej kampanii prezydenckiej) oraz różne organizacje składające się na prawdziwe polskie społeczeństwo obywatelskie. Oblał go prawicowy polski komentariat internetowy. Niestety wszystko wskazuje na to, że będzie nas to bardzo drogo kosztować.
Stwierdzę oczywistość: coś tutaj poszło mocno nie tak. W środku Torunia znalazł się migrant z najgorszej możliwej grupy demograficznej (bardzo młody mężczyzna), który przybył z kraju o absolutnie największej przestępczości na świecie (top 1). Media podały, że siedział w Polsce od lutego, przyleciał sobie do pracującej w jakiejś knajpie matki, którą terroryzował. Nie pracował, grał całymi dniami na konsolach. Podano także, że nie potrzebował wizy, żeby przybyć do Polski i jej nie uzyskał. Powtórzmy to: młody mężczyzna z kraju o najwyższym na świecie wskaźniku przestępczości może przyjechać do Polski bez wizy.
I to jest fakt. Sprawdziłem to. Wenezuelczycy nie potrzebują wizy do Strefy Schengen na pobyty trwające do trzech miesięcy. I to jest pierwszy gruby skandal. Unia Europejska wpuszcza do Strefy Schengen bez żadnych wiz dzikusów z najdzikszego państwa na świecie.
Drugi gruby skandal jest taki, że typ siedział tu cztery miesiące (a mógł trzy), czyli prawdopodobnie od maja był nielegalnym migrantem. I nikt z tym nie zrobił. W systemie Schengen widniała informacja, że ten człowiek przyleciał. Nie pojawiła się informacja, że wyleciał. Czyli wiadomo było, że mamy nielegalnego migranta z kraju o największej na świecie przestępczości i literalnie nikt z tym nic nie zrobił. A przecież informacja o przekroczeniu dopuszczalnego okresu pobytu bezwizowego wyskoczyła polskim władzom na komputerze. Z systemu Schengen wiadomo, kto jest matką tego człowieka. Ta matka pracuje legalnie w Polsce, a zatem ma wizę i pozwolenie na pracę – ergo też jest w systemie. Państwo polskie wie, gdzie pracuje i gdzie mieszka. Następnego dnia po przekroczeniu limitu pobytu bezwizowego przez jej syna powinna ją odwiedzić Straż Graniczna. Nic takiego nie nastąpiło.
Podsumujmy dotychczasowe ustalenia. Primo, do zbrodni by nie doszło, gdyby UE nie wpuszczała bezwizowo ludzi z najdzikszego kraju świata (o dużo większej przestępczości niż np. Afganistan, Syria czy Sudan). Secundo, do zbrodni by nie doszło, gdyby polskie organy – administracja Donalda Tuska – zadziałały tak jak powinny. Takie działanie to powinien być automat. Absolutna rutyna. Wszystko jest systemach komputerowych. Wystarczyło ustawić odpowiednie powiadomienia i wysłać patrol. Oczywiście państwo z tektury, które nie potrafi ewakuować kilkuset osób spod ostrzału, nie będzie ustawiać jakichś tam powiadomień w systemach komputerowych, bo to tylko generuje robotę, a priorytetem jest zrobienie sobie weekendu w czwartek przed południem – taki przykład daje sam Szef.
I teraz dochodzimy do sedna – czyli reakcji Polaków.
Nie było żadnej reakcji. Owszem, ludzie się oburzyli. Owszem, pojawiły się jakieś filmiki w mediach społecznościowych. Owszem, ludzie w kolejce w Żabce o tym rozmawiali. Owszem, przeszedł podobno jakiś niewielki marsz.
Ale w rzeczywistości nie wydarzyło się nic. Nie pojawiły się wielusettysięczne demonstracje. Nie było wezwań do dymisji rządu. Nikt nie zawnioskował o wotum nieufności. Nie było żadnej krytyki pod adresem Komisji Europejskiej. O ile się nie mylę, nikt w ogóle nie powiązał tej zbrodni z działaniami UE i kryminalnymi zaniedbaniami administracji Donalda Tuska! Czy w ogóle ktoś wezwał do zidentyfikowania winnych?
Bo przecież doszło do naruszenia prawa. Organy, które miały obowiązek zadziałać i mogły to bez trudu zrobić – nie podjęły żadnych działań. Służby, które powinny być szczególnie wyczulone na migrantów z państwa o największej na świecie przestępczości, zachowały się tak, jakby jakiś dyrektor przybyły z Australii zapomniał przedłużyć wizę… Ktoś powinien pójść za to siedzieć.
Nastąpiło jednak coś jeszcze gorszego – Polacy przeszli do porządku nad całą sprawą. Żadnych gwałtownych reakcji, żadnego odruchu buntu, protestu. Absolutnie nic. Przez ostatnie lata daliśmy sobie wtłoczyć do głów przez różne Sorosowe media, że zbrodnie popełniane przez migrantów to coś zupełnie naturalnego, z czym nie da się nic zrobić i w zasadzie nawet się nie powinno. Przecież ci ludzie przyjechali z krajów, w których spotkało ich cierpienie. To nie ich wina, że są potworami. Tak zostali ukształtowani. Musimy to zaakceptować, bo takie jest ich dziedzictwo. Samo podnoszenie tematu to rasizm. Powinniśmy uczyć się od mądrzejszych od nas: Niemców, Belgów, Szwedów, Francuzów – oni już dawno przyzwyczaili się do rabunków w biały dzień, zamachów bombowych, płonących samochodów, gwałtów. Zadowoleni, nie protestują. To jest prawdziwie europejska postawa.
Nie mówię, że większość Polaków już nauczyła się akceptować przestępczość imigrancką. Ale ta większość zaczyna traktować tę przestępczość jako coś, z czym nie da się nic zrobić. My – naród niesfornych i zaradnych buntowników – staliśmy się grzeczni i bezradni.
I tylko na to czekają Niemcy oraz wykonawcy ich poleceń w Brukseli i Warszawie. Sygnał jest jasny. Polacy są już gotowi na wdrożenie paktu migracyjnego. Nawet najgorsza zbrodnia już ich nie rusza. Nie szukają winnych ani w Brukseli ani w KPRM.
Można zatem ruszać z koksem.
Pozamiatane.
Szanowny Panie Marszałku @szymon_holownia, bez względu na rozmaite różnice zdań co do partykularnych celów i środków, jedno musi łączyć nas wszystkich - praworządna, demokratyczna, wolna Polska. I dlatego jako Polak, obywatel naszego państwa, także jako poseł, dziękuję Panu za ten głos.
CZEGO DOWODZI ZWYCIĘSTWO TUSKA W 2023 ROKU I KAROLA NAWROCKIEGO W 2025? ŻE POGŁOSKI O ŚMIERCI DEMOKRACJI BYŁY PRZEDWCZESNE
💎Ile razy to już słyszeliśmy? Demokracja się skończyła! Wybory nie mają sensu! Wszystkim i tak sterują cyfrowe algorytmy, które „zhakowały” nasze umysły i zmieniły demokratyczne społeczeństwa w bezwolną masę, ślepo podążającą w kierunku wyznaczonym przez tych, którzy dzierżą w ręku narzędzia technologicznej manipulacji. Wreszcie, polaryzacja zaszła tak daleko, że nikt już nikogo nie przekonuje, a chodzi tylko o mobilizację – a w tej skuteczniejsi są zawsze ci, którzy mają więcej zasobów.
💎Sądzę, że to teza przesadzona, na co ostatnie wybory są znakomitym dowodem. Zarówno te, w których zwyciężyła rządząca koalicja, jak i te, w których sukces odniósł kandydat popierany przez Prawo i Sprawiedliwość.
💎Skargom na upadek demokracji często towarzyszy idealizowanie przeszłości. Zakłada się, jakoby przed epoką social mediów debata publiczna była odporniejsza na manipulacje, zakłamania i półprawdy.
💎Tymczasem tradycyjne media także pełne były mniej lub bardziej oczywistych technik wywierania wpływu na ludzi. Gazety nie miały problemu z pomawianiem czy publikacją niesprawdzonych informacji. Gdy zaś pojawiła się telewizja, bardzo szybko odkryto, jak można manipulować ruchomym obrazem za pomocą odpowiedniego montażu czy doboru ujęć.
💎Oczywiście możemy mówić, że były to techniki o wiele mniej sugestywne niż te stosowane dziś w sferze cyfrowej. Jednak współczesne społeczeństwo staje się coraz bardziej świadome tego, że nie wszystko, co widzi na ekranie, jest prawdą.
💎W epoce mediów tradycyjnych mogło się wydawać, że debata publiczna prezentowała wyższy poziom, ponieważ dopuszczano do niej wyłącznie ekspertów. Problem polegał jednak na tym, że mniejszą grupą łatwiej było sterować.
💎Nie chodzi tutaj o żadne teorie spiskowe czy korumpowanie dziennikarzy, lecz o prosty fakt: gdy na rynku medialnym funkcjonowało tylko kilka podmiotów, politycy mogli kierować swoje komunikaty do konkretnych redakcji, a nawet do wybranych dziennikarzy.
💎Wystarczyło, że ich sztaby obejrzały kilka programów informacyjnych i przejrzały parę gazet, aby mogły uzyskać pełen obraz tego, o czym mówi się w przestrzeni publicznej, kto ma jakie zdanie, co publikuje i, w razie czego, starać się na to wszystko reagować.
💎Tymczasem media społecznościowe nie dają im już takiego komfortu. Na rozmaitych platformach funkcjonują tysiące podcasterów i influencerów. Nawet Kanał Zero, mimo swojej popularności na YouTubie, ma setki konkurentów, z których każdy posiada własną, choćby niewielką, grupę odbiorców, w której buduje zaufanie właśnie dzięki temu, że działa niezależnie, bez sponsorów i redakcyjnego nadzoru.
💎Demokracja być może więc wcale się nie kończy, a dopiero rozkręca, wchodząc w nowy etap społecznej komunikacji. Na dłuższą metę bowiem utrzymywanie określonej narracji w mediach społecznościowych może być trudniejsze niż dawniej. Zawsze znajdzie się ktoś, kto ją podważy.
💎Nawet jeśli algorytmy są w stanie ukryć jakiś post, to nie są w stanie zatrzymać bezpośredniej komunikacji pomiędzy użytkownikami, którzy mogą sobie nawzajem udostępniać nawet najbardziej niepoprawne politycznie i zakazane treści.
💎Poprzez swoje rozproszenie i nieco amatorski charakter nowe media są pełne ludzi nieprzygotowanych do bycia dziennikarzami, nieposiadających warsztatu, a nawet takich, którzy są po prostu „szurami”, mitomanami czy fanami teorii spiskowych.
💎Jednak znów – nie wydaje się, aby ich odsetek był większy niż w czasach, gdy poczytne brukowce drukowały artykuły o kosmitach, którzy wylądowali pod Węgorzewem. Poza tym spójrzmy na podcasty nagrywane przez rzekome tuzy dawnego polskiego dziennikarstwa, jak Tomasz Lis czy Jan Piński. Nie widzę, żeby szczególnie odróżniały się jakościowo od materiałów nagrywanych przez przypadkowych amatorów z YouTube’a. Może więc nie ma czego żałować?
💎Czego bowiem byliśmy świadkami? Najpierw PiS, w trakcie kampanii przed wyborami parlamentarnymi, wykorzystywał wszystkie dostępne narzędzia, które nagromadził przez osiem lat rządów.
💎Do wspierania partii użyto mediów publicznych, internetowych spotów Ministerstwa Sprawiedliwości, a także pikników organizowanych przez Ministerstwo Rodziny. Zorganizowano referendum, dzięki któremu mobilizację mogły podnosić rozmaite fundacje spółek Skarbu Państwa.
💎Przy takim zaangażowaniu wszelkich możliwych instytucji wygrana wydawała się być pewna. A jakie były faktyczne efekty tej mobilizacji? Wszyscy wiemy.
💎W ostatnich wyborach prezydenckich sytuacja była jeszcze bardziej jaskrawa. Koalicja Obywatelska nie tylko nie wyciągnęła żadnych wniosków z przegranej PiS-u, a wręcz przeciwnie – ochoczo poszła w jego ślady.
💎Ekipa Donalda Tuska zaszła jeszcze dalej w kampanijnych zagraniach na granicy prawa. Na długo przed wyborami bezprawnie odcięła środki finansowe swoim oponentom, co już na starcie ich osłabiało. Do tego znów zaangażowano w kampanię instytucje publiczne, na czele z „odzyskaną” Telewizją Polską, która bezceremonialnie działała na korzyść kandydata rządowego.
💎Na pomoc Trzaskowskiemu ruszyły nie tylko polskie media mainstreamu, ale i „koledzy” z zagranicy. Tuż przed pierwszą turą dowiedzieliśmy się, najpierw z zagadkowego komunikatu NASK-u, a potem z artykułu Wirtualnej Polski, o wartej setki tysięcy złotych akcji promocyjnej w social mediach, działającej na korzyść rządzącej ekipy. Nie stroniono też od brudnej kampanii, rzucając oskarżenia pod adresem kontrkandydata.
💎Zestawienie zasobów medialnych KO z tymi, którymi dysponował PiS, dawało jej tak wielką przewagę, że zgodnie z teorią o końcu demokracji zwycięstwo obozu rządzącego powinno być pewne. Tymczasem dziś już wiemy, że całe te starania, choć pewnie przełożyły się na wynik wyborczy, to nie były na tyle znaczące, aby przechylić szalę zwycięstwa na stronę silniejszego.
💎Możemy założyć, że w Polsce, pomimo pieniędzy inwestowanych w kampanie wyborcze, brakuje wysokiej klasy specjalistów czy zaawansowanej technologii służącej do manipulowania opinią publiczną. Z pewnością jednak nie można tego powiedzieć o Stanach Zjednoczonych.
💎To właśnie tam, podczas ostatniej walki wyborczej, w ruch poszły wszystkie znane i nieznaLne techniki wpływania na ludzi. Setki milionów dolarów były ładowane w kampanię demokratów, której koszty o ponad połowę przewyższały wydatki Trumpa.
💎I znów – te wszystkie reklamy profilowane, mikrotargetowanie, przekazy podprogowe i manipulowanie emocjami – finalnie nie przełożyły się na zwycięstwo strony, która najmocniej grała tymi kartami.
👉Link do całości tekstu Mateusza Kukli w wątku 👇
Narracja o „SFAŁSZOWANYCH WYBORACH” to już nie tylko brednia – to toksyczny antypaństwowy ściek, wylewany przez tych, którzy śmią określać się „obozem demokratycznym”.
Wg danych exit poll o przepływach elektoratów, w powtórnym głosowaniu @NawrockiKn mógł liczyć na 10,32mln głosujących w I turze, a aro na 9.29mln. Ostatecznie skończyło się 10,60mln vs 10,24mln.
W II turze doszło 1.24mln nowych głosów, z czego aż 76.5% poszło na Rafała Trzaskowskiego.
Spośród 32,143 komisji wyborczych tylko w 71 (0,2%) liczba głosów na Karola Nawrockiego odbiegała o 100 lub więcej od oczekiwanej (z uwzgl. wzrostu frekwencji o 6,3%). Łącznie tych "nadmiarowych" głosów było 13,491
Natomiast komisji, gdzie liczba głosów na Rafała Trzaskowskiego odbiegała o 100 lub więcej od czekiwanej (z uwzgl. wzrostu frekwencji o 6,3%) było 726. Łącznie oddano w nich 167,803 "nadmiarowych" głosów.
Na podstawie danych NIE MA NAJMNIEJSZYCH PODSTAW DO PODWAŻANIA WYNIKÓW WYBORÓW. Najwyraźniej jednak według naszych silnych razem "obrońców demokracji" demokracja jest święta... ale tylko wtedy, gdy wygrywają nasi.
Nie da się wygrywać nie wierząc w nic, nie robiąc nic, żyjąc wciąż przeszłością, bycie jedynie przeciw, nie robiąc nic z rosnącymi nierównościami, zablokowanymi szansami awansu, gardząc słabszymi, łamiąc obietnice. Szantaże elit nie działają i już nigdy nie zadziałają.