TVResspublika, telewizja wysokich lotów!!!
Jak długo jeszcze??? @KRRiT__
Jeszcze brakuje kolorowych jarmarków i blaszanych zegarków...
A sorry zegarki już są 🤣🤣🤣
No właśnie, co jest bardziej bulwersujące, bo dla mnie bycie złodziejem jak w jakiejś Konfederacji☝️🤮😡 ale wy tego chyba nie jesteście w stanie zrozumieć, niestety😎
Jak PiS sfałszował wybory?
21 lipca 2026 r. Prokuratura Okręgowa w Opolu oskarżyła czterech członków komisji wyborczych z Olesna, Strzelec Opolskich i Kamiennej Góry o fałszowanie wyborów (chociaż w AO napisano to łagodniej). Prawda o systemowym fałszerstwie, milczeniu mediów, polityków, prokuratorów jest jedną wielką hańbą demokratycznego społeczeństwa.
Nie trzeba wierzyć naszym informatorom ze służb specjalnych. Nie trzeba rozstrzygać, czy Rafał Trzaskowski został złamany, zastraszony albo politycznie sparaliżowany. Nie trzeba nawet wierzyć, że ktoś na Nowogrodzkiej wydał członkom komisji bezpośredni rozkaz: „zabierzcie Trzaskowskiemu głosy".
Wystarczy spojrzeć na liczby.
Wystarczy spojrzeć na liczby.
Największym sukcesem ludzi odpowiedzialnych za wybory prezydenckie w 2025 roku było wmówienie Polakom, że nie ma już czego badać. Karol Nawrocki został zaprzysiężony, media zajęły się bieżącymi sporami, a pytanie o prawdziwy wynik wyborów uznano za przejaw politycznego fanatyzmu.
Tymczasem jest dokładnie odwrotnie.
Fanatyzmem jest wiara, że w wyborach, w których podczas sprawdzania komisji masowo odnajdywano źle przypisane głosy, nie należało przeliczyć pozostałych podejrzanych obwodów. Fanatyzmem jest przekonanie, że liczenie głosów zagraża demokracji. Fanatyzmem jest wreszcie uznawanie za święty wyniku zatwierdzonego przez organ, którego status jako niezależnego sądu został zakwestionowany przez polskie i europejskie trybunały.
Nie twierdzę, że każdy członek komisji był uczestnikiem wielkiego spisku. Mechanizm fałszowania wyborów nie musi wyglądać jak w filmie, w którym Jarosław Kaczyński osobiście rozdaje koperty z instrukcjami. Wystarczy zbudować system, który umożliwia manipulowanie wynikami, ogranicza kontrolę i gwarantuje, że nawet po wykryciu nieprawidłowości nikt nie przeliczy głosów do końca.
PiS taki system zbudował. A potem system ten zadziałał.
Oto jedenaście powodów, dla których sprawy nie wolno uznać za zamkniętą.
1. PiS najpierw przejął sędziów meczu
Wszystko zaczęło się na długo przed nocą z 1 na 2 czerwca 2025 roku — od przejmowania instytucji, które miały wybory organizować, kontrolować i zatwierdzać.
Nowelizacją Kodeksu wyborczego ze stycznia 2018 roku PiS zmienił sposób powoływania Państwowej Komisji Wyborczej. Wcześniej tworzyli ją przede wszystkim zawodowi sędziowie; po zmianach siedmiu z dziewięciu członków zaczął wybierać Sejm, czyli aktualna większość polityczna.
Ta sama nowelizacja zwiększyła liczbę komisarzy wyborczych z 51 do 100 i zmieniła zasady ich powoływania. Wśród komisarzy znaleźli się ludzie, których kariery zależały od nominacji Zbigniewa Ziobry, neo-KRS i pisowskiej „reformy" sądownictwa.
Na końcu łańcucha ustawiono Izbę Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego, utworzoną ustawą z grudnia 2017 roku. To właśnie ona miała rozpatrywać protesty i decydować o ważności wyborów. Jej członków wyłoniła neo-KRS, ukształtowana nowelizacją z tego samego miesiąca i przejęta przez polityków PiS.
Inaczej mówiąc: jedna partia zmieniła zasady meczu, wskazała znaczną część sędziów liniowych, ustawiła własny VAR, a na końcu zapewniła sobie organ ogłaszający, że spotkanie rozegrano prawidłowo.
Samo stworzenie takiego systemu nie dowodzi jeszcze, że wyniki zmieniono. Dowodzi jednak czegoś istotnego: PiS przygotował infrastrukturę pozwalającą manipulować wyborami, a następnie blokować ich rzeczywistą kontrolę.
2. W sprawdzonych komisjach co trzeci wynik był błędny
Najważniejsza przesłanka nie pochodzi od polityków opozycji, dziennikarzy ani anonimowych funkcjonariuszy. Pochodzi z komunikatów prokuratury i z oględzin kart wyborczych.
Sprawdzono 250 komisji obwodowych. W 66 procentach głosy policzono prawidłowo. W 34 procentach wykryto nieprawidłowości.
Trzydzieści cztery procent.
W najprostszych możliwych wyborach: dwóch kandydatów, dwa nazwiska, jeden krzyżyk.
To nie był egzamin z fizyki kwantowej. Członkowie komisji mieli rozdzielić głosy oddane na Rafała Trzaskowskiego od głosów oddanych na Karola Nawrockiego. Mimo to w co trzeciej sprawdzonej komisji wynik wymagał zmiany.
Gdyby kontrola wykazała nieprawidłowości w jednym albo dwóch procentach komisji, można byłoby mówić o zwykłych ludzkich błędach. Przy 34 procentach nie mówimy już o incydentach. Mówimy o załamaniu systemu liczenia głosów.
Państwo, które odkrywa błędy w co trzeciej sprawdzonej komisji i nie zarządza szerszej kontroli, nie broni demokracji. Broni ogłoszonego wcześniej wyniku.
3. Po przeliczeniu Nawrocki tracił, a Trzaskowski zyskiwał
Po korekcie wyników w kontrolowanych komisjach Karol Nawrocki otrzymał o 1239 głosów mniej, niż zapisano w pierwotnych protokołach. Rafał Trzaskowski otrzymał o 1242 głosy więcej. Różnica między kandydatami zmniejszyła się zatem o 2481 głosów.
Nie jest prawdą, że „trochę pomylono się w obie strony, więc wszystko się wyrównało". Nie wyrównało się. Kontrola zmniejszyła przewagę Nawrockiego.
Co więcej, pierwszy komunikat Prokuratury Krajowej zawierał inne liczby i został później zaktualizowany. Już samo zamieszanie informacyjne wokół tak fundamentalnej sprawy pokazuje, jak lekceważąco państwo potraktowało pytanie o prawdziwy wynik wyborów.
Te 2481 głosów nie zmieniało oficjalnego zwycięzcy. Ale nie taki był sens tego badania. Jego znaczenie polegało na pokazaniu, że ogłoszone protokoły nie odpowiadały zawartości worków z kartami.
Skoro w części komisji wynik zmieniał się po otwarciu pakietów wyborczych, jedyną uczciwą odpowiedzią było otwarcie kolejnych.
4. Błędy nie były pojedynczymi literówkami. W 42 komisjach nieprawidłowości działały na korzyść Karola Nawrockiego, a w 34 na korzyść Rafała Trzaskowskiego. W kolejnych ośmiu ważne głosy błędnie zakwalifikowano jako nieważne.
Ten rozkład ma znaczenie.
Nie mieliśmy do czynienia wyłącznie z jedną pomyloną cyfrą w elektronicznym protokole. W grę wchodziło przypisywanie głosów niewłaściwemu kandydatowi, błędne sumowanie, nieprawidłowe uznawanie kart za nieważne i rozbieżności między zawartością pakietów a oficjalnym wynikiem.
Oczywiście część tych nieprawidłowości mogła wynikać z niekompetencji. Ale niekompetencja nie unieważnia problemu. Jeżeli wynik wyborów ustaliły komisje, które nie potrafiły prawidłowo policzyć dwóch stosów kartek, wynik należy zweryfikować niezależnie od tego, czy przyczyną był spisek, strach, bałagan, przemęczenie czy głupota.
Demokracji jest wszystko jedno, czy obywatelowi ukradziono głos celowo, czy przez „pomyłkę". Jego głosu nadal nie ma tam, gdzie powinien być.
5. Model Krzysztofa Kontka wskazał 1482 najbardziej podejrzane komisje
Dr Krzysztof Kontek stworzył model poszukujący anomalii na niekorzyść Rafała Trzaskowskiego. Zidentyfikował 5472 komisje wykazujące odstępstwa od oczekiwanych wzorców. Spośród nich 1482 wykazywały przynajmniej dwa różne typy nieprawidłowości, a 33 — wszystkie cztery analizowane rodzaje odchyleń.
To nie był wyrok sądu ani automatyczny dowód przestępstwa. Model statystyczny nie wskazuje fałszerza z nazwiska. Wskazuje miejsca, w których dane zachowują się na tyle nietypowo, że należy sprawdzić dokumenty i karty.
Tak robi się w bankowości, ubezpieczeniach, kontroli finansowej i walce z oszustwami. Algorytm sygnalizuje anomalię, a człowiek ją weryfikuje.
Kontek nie domagał się uznania Trzaskowskiego za prezydenta na podstawie równania. Domagał się otwarcia worków i ponownego policzenia kart.
Przeciwnicy tego badania nie odpowiedzieli na najprostsze pytanie: skoro model był bezwartościowy, dlaczego nie pozwolono go sprawdzić?
6. Model Kontka został sprawdzony — i trafił niemal idealnie
Spośród 1482 komisji wskazanych przez model przeliczono zaledwie trzynaście.
Dla tych właśnie komisji Kontek prognozował, że Trzaskowski odzyska w nich około 2400 głosów. Po przeliczeniu odzyskał 2609.
To jeden z najważniejszych faktów w całej sprawie.
Nie mówimy o modelu, który przewidywał wielkie fałszerstwo, a po otwarciu worków znaleziono trzy pomylone karty. Prognoza okazała się wyjątkowo zbliżona do rzeczywistego wyniku kontroli.
Trzynaście komisji to nadal zbyt mała próba, aby mechanicznie przenieść rezultat na cały kraj. Jest jednak wystarczająca, aby badanie kontynuować.
W normalnym państwie zgodność przewidywania z wynikiem kontroli uruchomiłaby alarm. Sprawdzono by następne pięćdziesiąt, później sto i pięćset komisji. Ustalono by, czy skuteczność modelu się utrzymuje.
W Polsce zrobiono coś odwrotnego.
7. Przeliczanie przerwano wtedy, gdy zaczęło potwierdzać zarzuty
To argument najbardziej obciążający politycznie.
Nie zrezygnowano z dalszej kontroli dlatego, że nie znaleziono żadnych błędów. Przerwano ją po tym, jak w trzynastu komisjach Trzaskowski odzyskał 2609 głosów, a skuteczność modelu Kontka została wstępnie potwierdzona.
Decyzja o niekontynuowaniu badania jest sama w sobie informacją.
Jeśli policzenie głosów nie zagraża wynikowi, zwycięzca powinien być pierwszą osobą domagającą się pełnej kontroli. Przeliczenie zamknęłoby usta krytykom i dało prezydentowi mocną demokratyczną legitymację.
Tymczasem politycy PiS przedstawiali przeliczanie jako atak na państwo i „wolę narodu". Jarosław Kaczyński oraz Karol Nawrocki przekonywali, że nie ma podstaw do kwestionowania wyniku.
Ale przeliczenie nie kwestionuje woli narodu. Przeliczenie ją ustala.
Kto naprawdę wierzy, że wygrał, nie boi się otwarcia worków. Boi się go ten, kto nie jest pewien, co się w nich znajduje.
8. Do badania wybrano słabszy model, omijając najbardziej niebezpieczne komisje
Prokuratura skorzystała z analiz Jacka Hamana i Andrzeja Torója, które wskazywały inne komisje i poszukiwały anomalii symetrycznie — zarówno na korzyść Nawrockiego, jak i Trzaskowskiego.
Samo badanie obu kierunków nie jest niczym nagannym. Problem polega na tym, że wykorzystano je jako uzasadnienie dla pominięcia znacznej części komisji wskazanych przez Kontka.
Model Kontka odpowiadał na konkretne pytanie: gdzie mogło dojść do odebrania głosów Trzaskowskiemu? Modele zamówione przez prokuraturę odpowiadały na pytanie szersze, ale przez to mogły rozmywać badane zjawisko.
Ekonomista Andrzej Bratkowski krytykował zastosowaną metodologię, wskazując między innymi na problemy z używaniem regresji liniowej do wykrywania lokalnych oszustw oraz na sztuczną symetryzację anomalii.
Najważniejsze pozostaje jednak co innego: model Kontka można było zweryfikować bez akademickich sporów. Wystarczyło wyjąć karty z worków i policzyć je ręcznie.
Zamiast tego zaczęto dyskutować, czy matematyk zadał właściwe pytanie. To klasyczna technika odwracania uwagi: zamiast sprawdzić, czy w sejfie brakuje pieniędzy, miesiącami debatuje się nad wykształceniem tego, kto zauważył uchylone drzwi.
9. PiS stworzył równoległą infrastrukturę kontroli komisji i wyników
Ruch Kontroli Wyborów (RKW) oraz Ruch Ochrony Wyborów (ROW) budowały własną sieć członków komisji, mężów zaufania, koordynatorów i aplikacji służących do zbierania danych z lokali.
Sama społeczna kontrola wyborów jest potrzebna. Problem zaczyna się wtedy, gdy struktura związana z jedną partią nie tylko obserwuje komisje, lecz także tworzy własne, nieprzejrzyste systemy gromadzenia danych o obsadzie lokali i zgłaszanych wynikach.
Według książki sieć ROW korzystała z około trzech tysięcy koordynatorów. Aplikacje i platformy powiązane ze środowiskiem PiS pozwalały ustalać, w których komisjach brakuje przedstawicieli ruchu, delegować ludzi i zbierać lokalne informacje.
Nie jest to samodzielny dowód, że aplikacja zmieniła choć jeden głos. Jest jednak dowodem istnienia politycznej infrastruktury, która zapewniała jednej stronie lepszą wiedzę o komisjach, ich obsadzie, wynikach i miejscach pozbawionych niezależnej kontroli.
Skoro takie systemy powstały wokół procesu wyborczego, powinny były trafić pod lupę służb. Tak się nie stało — i bierność ABW jest tu osobnym problemem. Państwo powinno dokładnie wiedzieć, jakie systemy informatyczne są używane przez zorganizowane struktury działające wokół wyborów, kto ma dostęp do danych i gdzie znajdują się serwery.
Tymczasem służby przez długi czas zachowywały się tak, jakby prywatne aplikacje powiązane z ludźmi jednej partii były mniej groźne od obywateli żądających ponownego policzenia kart.
10. PiS wiedział o przeciwniku więcej, niż przeciwnik wiedział o sobie
Wybory wypacza się nie tylko przy stole komisji. Można to zrobić również przez nielegalną inwigilację przeciwników, poznawanie ich strategii, kontaktów, słabości i planów kampanii.
W książce "Jak PiS Sfałszował wybory" opisaliśmy z Tomkiem Szwejgiertem inwigilowanie Rafała Trzaskowskiego przy użyciu Pegasusa pod kryptonimem „Kruk". Pegasus nie jest zwykłym podsłuchem rozmów telefonicznych. Pozwala przejmować zawartość urządzenia, wiadomości, kontakty, dokumenty, a nawet uruchamiać mikrofon i kamerę.
Jeżeli aparat państwa kontrolowany przez jedną partię uzyskuje taki dostęp do telefonu najważniejszego konkurenta politycznego, nie mamy już do czynienia z równą kampanią wyborczą. Jedna strona gra, znając karty przeciwnika.
Nawet gdyby przyjąć, że każda karta wyborcza w 2025 roku została później policzona prawidłowo, używanie służb i narzędzi szpiegowskich przeciwko opozycji oznaczałoby naruszenie uczciwości procesu wyborczego.
A przecież kart prawidłowo nie policzono.
11. Strach przed prawdą
Jest jeszcze jeden powód, najprostszy. Nikt nie chciał policzyć wszystkiego. Nie chciał tego PiS. Nie chciał tego Karol Nawrocki. Nie doprowadzili do tego ówczesny minister sprawiedliwości Adam Bodnar i Dariusz Korneluk. Rafał Trzaskowski nie stanął na czele walki o ustalenie prawdziwego wyniku. Donald Tusk ograniczył się do pytań i politycznych aluzji.
Większość mediów szybko uznała sprawę za zamkniętą. Każdy miał własny powód, aby nie otwierać worków. PiS bał się utraty prezydentury i ujawnienia mechanizmu działania własnych struktur. Ludzie Trzaskowskiego mogli obawiać się wykrycia nieprawidłowości także po swojej stronie. Szantaży Pegazusami i cholerą wie czego. Rząd Tuska zaś nie chciał przyznać, że podlegające mu służby i prokuratura nie potrafiły ochronić najważniejszych wyborów w państwie. Część opozycji bała się kryzysu konstytucyjnego. Media bały się oskarżenia o szerzenie teorii spiskowych i haków z CBA...
W efekcie powstał wielki polityczny rozejm.
Nie ustalajmy prawdy, bo prawda może zaszkodzić wszystkim.
To właśnie dlatego pytanie nie brzmi już: czy w wyborach doszło do nieprawidłowości? To zostało potwierdzone podczas oględzin kart.
Pytanie brzmi: jaka była ich pełna skala i czy zmieniły zwycięzcę?
Na to pytanie państwo polskie nie odpowiedziało.
Karol Nawrocki może więc powtarzać, że jest legalnym prezydentem. Jarosław Kaczyński może mówić o woli narodu. Prokuratura może zapewniać, że wykryte rozbieżności nie wystarczyły do zmiany wyniku.
Ale dopóki nie policzono podejrzanych komisji, wszystkie te zapewnienia są jedynie deklaracjami ludzi zainteresowanych zamknięciem sprawy.
W demokracji prezydent nie zostaje wybrany dlatego, że komisja wpisała odpowiednią liczbę do systemu. Zostaje wybrany dlatego, że otrzymał więcej ważnie oddanych głosów.
Tego w przypadku wyborów prezydenckich w 2025 roku nie ustalono w sposób niebudzący wątpliwości.
Wiemy natomiast, że PiS przygotował system instytucjonalny pozwalający kontrolować wybory.
Wiemy, że tysiące komisji wykazywały anomalie.
Wiemy, że w kontrolowanej próbie co trzecia komisja miała błędne wyniki. Wiemy, że po otwarciu worków Nawrocki tracił głosy, a Trzaskowski je odzyskiwał.
Wiemy, że model dr Kontka trafnie wskazał komisje z dużymi rozbieżnościami. Wiemy też, że jego dalszą weryfikację zatrzymano.
To nie jest teoria spiskowa.
Teoria zaczyna się tam, gdzie brakuje dowodów.
Tutaj dowody leżą w zaplombowanych workach.
Trzeba je tylko otworzyć.
https://t.co/0CSeVWyOad
Sam sondaż mnie nie wkurwia. Nawrocki z 55% zaufania na czele.
Gość buduje karierę na nienawiści do sojuszników, wojnie z Ukrainą i ciągłym kopaniu rowów między Polakami. I ludzie to łykają.
A wiecie kto się śmieje najgłośniej?
Kreml.
Rosja nie musi strzelać rakietami. Wystarczy, że my sami się rozwalimy od środka. Dezinformacja, sianie paranoi, zamienianie każdego sojusznika w „wroga gorszego niż Rosja” – to ich podręcznik.
I Nawrocki gra w tej orkiestrze jak z nut.Nie trzeba go mieć na smyczy. Wystarczy, że jego retoryka idealnie wpasowuje się w rosyjską narrację:
„UE to okupant, Niemcy to zdrajcy, Ukraińcy to pasożyty, a prawdziwy Polak ma się kłócić ze wszystkimi wokół”.
Efekt?
Polacy nienawidzą się bardziej niż Putina. Zaufanie do Zachodu topnieje. A państwo staje się miękkie jak gówno.
Największe mokre marzenie Kremla?
Żebyśmy sami rozjebali sobie kraj, zerwali sojusze i uznali izolację za „patriotyzm”.
Bez jednego wystrzału.
Budźcie się.
Polityka wiecznej wojny domowej nie wzmacnia Polski.
Ona ją zabija.
Kto na tym żeruje – ten wygrywa.
KPRM zażądała zwrotu 5,7 mln zł i zajęła konta Fundacji Niezależne Media Tomasza Sakiewicza.
Dotację w w/w kwocie fundacja Sakiewicza otrzymała w 2023 roku ( przed wyborami ) na „Akademię Demokracji”
Kontrolerzy zakwestionowali znaczną część wydatków i sposób zlecania usług mediom związanym z Tomaszem Sakiewiczem.
Biedny Tomuś😂
Kiedy już opadły pierwsze emocje po wydarzeniach z autobusu w Bielsku-Białej, warto zebrać w jednym miejscu to, co dziś wiadomo oficjalnie, bo wokół tej sprawy zdążyło narosnąć mnóstwo historii, których nie potwierdzają ani śledczy, ani nagranie z monitoringu.
11 lipca w autobusie linii nr 8 doszło do agresywnego zachowania 54-letniego mężczyzny wobec trzech Ukrainek, w tym dwóch 11-letnich dziewczynek. Mężczyzna był pracownikiem MZK Bielsko-Biała, choć w chwili zdarzenia przebywał na świadczeniu rehabilitacyjnym.
Został zatrzymany, przesłuchany i usłyszał zarzuty publicznego znieważenia trzech kobiet z powodu ich narodowości oraz naruszenia nietykalności cielesnej jednej z pokrzywdzonych. Zastosowano wobec niego dozór policji i zakaz kontaktowania się z pokrzywdzonymi. Za czyn z art. 257 kodeksu karnego grozi mu do 3 lat pozbawienia wolności.
Najwięcej dyskusji wywołała jednak nie sama agresja mężczyzny, lecz pytanie, czy dziewczynki wcześniej go prowokowały. W internecie szybko pojawiły się opowieści, że miały być wulgarne, pyskować, celowo go zaczepiać, a opublikowane nagranie rzekomo nie pokazywało całego kontekstu.
Tyle że oficjalne ustalenia przeczą tej wersji.
Obie 11-latki zostały przesłuchane. Rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Bielsku-Białej, prokurator Małgorzata Moś-Brachowska, przekazała jednoznacznie, że na podstawie ich zeznań i zgromadzonego materiału dowodowego wykluczone jest działanie prowokujące lub wulgarne z ich strony.
Jeszcze więcej wynika ze stanowiska MZK, które zabezpieczyło pełny zapis monitoringu z obrazem i dźwiękiem. Nagranie nie może zostać opublikowane, ponieważ stanowi materiał dowodowy, ale spółka dokładnie opisała przebieg zdarzenia.
Jedna z dziewczynek miała wyłożone nogi w kierunku koleżanki. Mężczyzna zwrócił jej uwagę, a ona natychmiast opuściła nogi i przesiadła się tak, by zajmować mniej miejsca. Nie zaczęła się z nim kłócić, nie wyzywała go i nie prowokowała dalej. Po tej sytuacji przez chwilę panował spokój.
Dopiero później, bez nowego bodźca ze strony dzieci, mężczyzna zaczął używać wulgaryzmów, grozić im i obrażać je ze względu na pochodzenie.
MZK podkreśliło przy tym, że zachowanie dziewczynki można oceniać jako typowe dla nastolatki, ale nie jako dewastację, agresję czy poważne zakłócanie komfortu innych pasażerów. Nawet gdyby uznać je za niewłaściwe, reakcja dorosłego mężczyzny była rażąco niewspółmierna i w żaden sposób nie może usprawiedliwiać agresji słownej ani zachowań o charakterze dyskryminacyjnym.
Prawidłowo zareagował natomiast kierowca autobusu. Upomniał agresywnego pasażera, a następnie, po zatrzymaniu pojazdu na przystanku, wyprosił go z autobusu. MZK oceniło jego zachowanie jako właściwe i poinformowało jednocześnie o zakończeniu współpracy z 54-latkiem.
I to jest dziś najważniejsze podsumowanie tej sprawy: według prokuratury dziewczynki nie prowokowały mężczyzny i nie używały wobec niego wulgaryzmów, a według MZK rozpowszechniane w internecie opowieści o ich agresywnym czy prowokującym zachowaniu są sprzeczne z tym, co zarejestrował monitoring.
Na koniec argument, który pojawia się pod niemal każdym materiałem dotyczącym tej sprawy: „A co z przestępstwami popełnianymi przez Ukraińców na Polakach?”.
O nich również trzeba mówić, gdy dochodzi do konkretnych zdarzeń. Nie są jednak odpowiedzią na pytanie o to, co wydarzyło się w tym autobusie. Przywoływanie innych przestępstw tylko po to, by rozmyć odpowiedzialność za tę jedną sytuację, jest zwykłą zmianą tematu.
Tutaj mamy konkretne pokrzywdzone, konkretnego podejrzanego, konkretne zarzuty i konkretny materiał dowodowy. I właśnie na tym, a nie na narodowości sprawców czy ofiar w zupełnie innych sprawach, powinna opierać się ocena tego zdarzenia.
Według raportu Banku Gospodarstwa Krajowego, wpływy do polskiego budżetu z tytułu podatków i składek od pracujących w Polsce Ukraińców wyniosły 15,21 mld zł. Kwota ta wielokrotnie przewyższa koszty świadczeń socjalnych i opieki medycznej, z których korzystają obywatele Ukrainy.
Dodatkowo, według szacunków, dzięki obecności i pracy ukraińskich migrantów dochody sektora publicznego wzrosły w ostatnich latach o ponad 39 mld zł,
Ile do budżety wniósł darmozjad @CzarnekP, bo ile nakradł przy aferze Willa+ to wiemy?
Nawrocki chce zablokować wejście Ukrainy do NATO
Czarnek chce zablokować Ukrainie pomoc wojskową
Morawiecki chce zrezygnować z SAFE
Na Kremlu już nie piją szampana
Pijani śpiewają "Barkę"
Osiem lat rządów PiS nie tylko zniszczyło instytucje państwa. Zrujnowało elementarne standardy życia publicznego i zamieniło je w kloakę agresji, pogardy i nienawiści.
To właśnie wtedy chamstwo, groźby i plucie w twarz stały się akceptowalną formą „debaty”.
Zatarły się granice między sporem a zastraszaniem, między argumentem a pogardą.
Polityka przestała być walką o racje - stała się walką o to, kto mocniej kopnie przeciwnika.
Najnowszy, obrzydliwy przykład?
Matecki podczas publicznego wysłuchania kandydatów na Rzecznika Praw Obywatelskich zwrócił się do marszałka @wlodekczarzasty słowami: „Ciebie, komuchu, też przyjdzie czas przesłuchać.”
To nie jest polityka.
To jest język bandycki.
Język pogardy i politycznego terroru.
Język, który nie ma prawa pojawić się w Sejmie demokratycznego państwa.
A jednak się pojawia – i to z ust posła partii, która przez osiem lat udawała, że broni „polskiej godności”.
Właśnie dlatego powrót PiS do władzy nie może być traktowany jak zwykła zmiana rządu.
To byłby powrót do systemu, w którym agresja zastępuje argumenty, a zastraszanie staje się metodą sprawowania władzy.
Do systemu, w którym posłowie publicznie grożą „przesłuchaniami” swoim przeciwnikom.
Dość.
Matecki będzie siedział, bo ma postawione zarzuty - grożenie legalnie wybranemu Marszałkowi Sejmu w obelżywy sposób na publicznym, sejmowym zgromadzeniu powinno zostać objęte postępowaniem dyscyplinarnym, a może nawet prokuratorskim.
Dość Mateckich w polskiej polityce.
Łódź, gość-napastnik myślał, że Pan Piotr to Ukrainiec i go bardzo dotkliwie pobił. Okazało się, że pobity przez Polaka, to Polak...! Złamany nos, złamana szczęka, tylko dlatego, że ktoś pomyślał, że poszkodowany mówił przez telefon po ukraińsku.
Polska brunatnieje z dnia na dzień. Korona Polska i Konfederacja zadowoleni z tego co się w Polsce dzieje??!! Zdaniem wielu, to wy bierzecie za to wszystko pełną odpowiedzialność, ta nienawiść nie wzięła się znikąd.
Internet zalany screenem od Teresy z Ostródy (nowa Kasia z Ząbek) z rzekomym opisem, czego to miały się dopuścić dziewczynki z Bielska-Białej (śmiecenie, plucie itp.), co miało wyzwolić reakcję agresora. Zero faktów, powoływanie się na prasę z Bielska (nie ma takich opisów), jest za to potwierdzona wiedza o agresywnych zachowaniach mężczyzny z przeszłości i skargach pasażerów. Kolejny dowód, że ruscy już tu są - wjechali czołgami do internetu i piorą mózgi poprzez boty i pożytecznych idiotów.
Od ponad 10 lat moja noga nie stanęła na Jasnej Górze,
i nie stanie, dopóki będą się tam odbywały takie polityczne spektakle nienawiści!
To wy @EpiskopatNews swoim milczącym przyzwoleniem jesteście odpowiedzialni za to zło jakie tam kwitnie!
Najzabawniejsza narracja pisowsko-konfederackiego motłochu.
Dwie 12-latki z Ukrainy, bestialsko zaatakowały 54-letniego niezłomnego szarego wilka z husarskimi skrzydłami w polskim autobusie MZK linii nr 8 w Bielsku-Białej, opierając kolana o tył oparcia fotela pasażera.
Dzięki modlitwie i wstawiennictwie Matki Boskiej Bielsko-Białej, mężczyzna bohatersko uszedł z życiem. Ku chwale Ojczyzny.
⛔️⛔️‼️No proszę,całe prawactwo od rana mi wyje na koncie, że w w tym autobusie to była „prowokacja”. 😂😂
Czyli uwaga,jedenastoletnia dziewczynka urządziła operację specjalną,po której dorośli chłopcy z narodowo-katolskiego cyrku dostali zbiorowej sraczki. Jedno dziecko nacisnęło przycisk i cała ta napompowana „patriotyczna siła narodu” rozsypała się w panice. Potężni wojownicy cywilizacji, wojownicy Dżisasa pokonani przez jedenastolatkę. No tego to jeszcze nie grali😂😂😂😂 🇵🇱🤝🇺🇦
Szokujące !!
Kancelaria obłąkanych Nawrockiego zasłoniła na cmentarzu ukraińskie krzyże siatką maskującą nana Podkarpaciu.
Podczas „uroczystości pamięci” w Radrużu prezydent Karol Nawrocki kazał zakryć wojskowymi siatkami stare chrześcijańskie krzyże na ukraińskim cmentarzu. Żeby „nie psuły tła” jego ideologicznego bełkotu o „nazistowskich czerwono-czarnych flagach”.
Bo prawda boli.
Przed wojną 93% mieszkańców Radruża to byli Ukraińcy. Po „czystkach etnicznych” i Akcji „Wisła” zostali wysiedleni, a wioska zmieniła się w skansen. Ale o tym ani słowa.
Tylko polskie ofiary, tylko narracja PiS, tylko czerwono-czarny straszak.
Krzyże na grobach Ukraińców? Szybko pod kamuflaż, żeby Polakom nie zepsuć kadru.
To nie jest pamięć. To jest propagandowa szopka. To jest hipokryzja!
Zamiast godnego upamiętnienia – zakrywanie historii jak jakichś niewygodnych śmieci.
Nawrocki, wstydź się. Polska pamięć nie potrzebuje maskujących siatek.
- Jacek Fogiel
Dziś z Kanału Zero nie dowiedzieliście się, że kontrola NIK wykazała wydanie 47,6 mln złotych przez IPN Nawrockiego, jako niezasadne, nierzetelne lub wbrew przepisom. Zbadano 107 mln zł wydatków IPN z czasów prezesury Nawrockiego.
W SPRAWIE SZCZEPIONEK PFIZERA
Ruszyła kampania odwracania kota ogonem...
Marek Jakubiak nagrał film i tłumaczy, że to „ustawka”.
Prawda wygląda inaczej.
Wszyscy w Europie podpisali tę samą umowę przez Komisję Europejską. Prawie wszystkie kraje (ok. 24) dogadały się z Pfizerem w 2022–2023 obcięły dostawy, rozłożyły je w czasie i uniknęły sądu.
Tylko Polska, Rumunia i Węgry miały to głęboko w dudzie.
Rząd PiS, w którym Janusz Cieszyński był wiceministrem zdrowia, nie tylko nie renegocjował umowy i nie odebrał nadmiarowych dawek, ale zamawiał kolejne partie od innych firm.
Wyszło 5–6 dawek na każdego Polaka, włącznie z noworodkami.
Teraz płacimy my. To kompromitacja rządu Morawieckiego i experta Cieszyńskiego😡
- Nieprawidłowości od szarości aż do czerni. Z dotacji spłacano prywatne kredyty, kupowano wycieczki, a 205 tysięcy wypłacono w gotówce z bankomatów - ujawnił Zbigniew Stawicki w programie @patrykmichalski#NewsMichalskiego.
🔹Oglądaj w TVN24+: https://t.co/n3WlpLy2Ue
Paweł Ogarek wzruszył mnie komentując zdjęcie z Wenezueli o którym napisał:
TAK BÓLU...
Po niszczycielskich trzęsieniach ziemi, które wstrząsnęły Wenezuelą, obraz zaczął krążyć po świecie. Pośród gór betonu, kurzu i ciszy ratownicy znaleźli scenę, która poruszyła nawet najsilniejszych.
Pod szczątkami zawalonej struktury pozostał pies półkrwi. Nie szczekał. Nie próbowałem uciekać. Leżał nieruchomo, patrzył w oczy, a ciało stało się tarczą.
Pod nim spoczywało dziecko.
Podczas gdy wszystko wokół niego się zawaliło, ten mały chłopiec nadal żył, chroniony przez kolegę, który zdecydował się stawić czoła niebezpieczeństwu, niż porzucić kogoś, kto najbardziej go potrzebował.
Członkowie zespołu ratowniczego donoszą, że na miejscu zdarzenia zaniemówili. Najpierw udało im się wyciągnąć psa, który opierał się oddaleniu się od dziecka, dopóki nie upewnił się, że też zostanie uratowany. Chwilę później mały został wyciągnięty żywcem pomiędzy oklaskami, łzami i wzruszeniem tych, którzy byli świadkami tej chwili.
Poza tragedią, która wisi dziś Wenezueli, ten obraz przedstawia coś, czego żadne trzęsienie ziemi nie może zniszczyć: nadzieję.
Ponieważ kiedy natura wystawia na próbę siłę ludu, pojawiają się też gesty, które mogą nam przypomnieć, że współczucie, lojalność i miłość mogą pojawić się tam, gdzie najmniej się tego spodziewa.
Ta fotografia okrążyła świat, ponieważ podsumowuje w jednej scenie ból narodu i jednocześnie pewność, że życie zawsze znajduje powód, by się opierać.
I wtedy rodzi się pytanie, na które każdy odpowie z własnej wiary i własnego sumienia:
Czy to był cud... czy najczystszy instynkt zwierzęcia gotowego oddać wszystko, by chronić życie?
Bez względu na odpowiedź, ten obraz przypomina nam, że nawet wśród gruzów może rodzić się nadzieja...