Podczas gdy topowi twórcy operują na ryczałtach i optymalizacjach podatkowych, realnie obniżając wpływy do NFZ, ich widownia to często ludzie zarabiający średnią krajową lub mniej tak naprawdę wykonuje podwójne opodatkowanie. Najpierw oddają składki w pensji, a potem dobrowolnie oddają resztki oszczędności na zbiórkę, którą ich idol firmuje swoją twarzą. To genialny PR: celebryta nie płaci systemowo, ale błyszczy jako zbawca, używając do tego cudzych pieniędzy. Każdy milion zebrany w ten sposób to dla decydentów dowód, że budżetu nie trzeba łatać. Społeczeństwo, które samo finansuje najdroższe terapie, zdejmuje z polityków ciężar moralny i polityczny. Mamy do czynienia z patologicznym handlem emocjami. Influencer nie jest lekarzem ani etykiem. Jest handlarzem uwagi. Wykorzystuje fakt, że ludzki mózg szybciej reaguje na płacz na ekranie niż na tabelkę w excelu pokazującą braki w onkologii. To brutalne wykorzystanie lęku i empatii do budowania własnego „engagementu”. To nie jest pomaganie. To prywatyzacja litości w państwie, które skapitulowało. Kupujemy sobie poczucie bycia „dobrym człowiekiem” za 20 złotych, podczas gdy system, który powinien nas chronić, jest rozkradany i niedofinansowany przy naszej pełnej, wzruszonej aprobacie. Wrzucając pieniądze do puszki #latwogang, kupujesz dziecku lek, ale jednocześnie kupujesz systemowi kolejny rok spokoju. Pomagasz jednostce, ale dobijasz ogół, legitymizując państwo, które przestało pełnić swoją podstawową funkcję, jaką jest ochrona życia swoich obywateli. To nie jest triumf serca, to ostateczny dowód na upadek państwa.