Przez cały proces rekrutacyjny zwracałem się do kandydata innym imieniem. Przeszedł trzy etapy i ani razu mnie nie poprawił.
Zatrudniłem go. Dopiero przy podpisywaniu papierów w kadrach zobaczyłem dowód. Prawdziwe imię nawet nie leżało obok tego, którego używałem przez ostatnie dwa tygodnie.
Zapytałem go prosto w oczy: „Dlaczego mnie nie poprawiłeś?”.
Odpowiedział z uśmiechem: „Nie chciałem wprawiać pana w zakłopotanie, panie prezesie”.
Zwolniłem go jeszcze przed pierwszą kawą.
Nie dlatego, że poczułem się głupio. Zwolniłem go, bo za nic w świecie nie zatrudniłbym kogoś, kto ma na imię Ryszard.
#biznes
Od zawsze mówię, że zerowy PIT do 26. roku życia to tykająca bomba i jedno z najskuteczniejszych narzędzi do wychowywania w polskich warunkach kolejnych pokoleń Konfiarzy. Myślę zresztą, że przynajmniej część osób, które odpowiadały za wprowadzenie tego pomysłu w życie, doskonale wiedziała, co robi. Morawiecki był mistrzem we wprowadzaniu liberalnych rozwiązań i sprzedawaniu tego jako polityki prospołecznej.
Czekamy na kolejne znakomite rozwiązania w następnej kadencji u władzy. Może podawanie cen w sklepie bez VAT-u? Albo samodzielne odprowadzanie składek? Państwo wytrzyma.
Czyli jak były kanclerz Niemiec idzie pracować w Gazpromie to jest to dowód na to, że był agentem Putina, ale jak były prezydent Polski idzie do fundacji finansowanej przez oligarchów dążących do zniszczenia UE to już takich wniosków nie ma?
Ciekawe.
Nieistniejąca Polka w nieistniejącej koszulce reprezentacji Polski mówi nieistniejące argumenty za Polexitem, a komentują to też nieistniejący Polacy, prowadząc do realnego Polexitu
To jest przerażające jak w Polsce jesteśmy w dupie pod kątem walki z niebezpiecznymi treściami AI
Dobra, obejrzałem Kamratów w @OficjalneZero i ten kadr chyba dobrze podsumowuje, kto "wygrał". ALE zobaczyłem też kilka innych rzeczy, które pokazują, jak nieładnie się KZ zestarzał i że dziś już nie za bardzo różni się od najsłabszych momentów TVN24, GW czy TVP Info. Oto 🧵1/15
Wyniki tego socjologicznego eksperymentu poznamy za 20/30 lat.
Bo inaczej jak eksperyment nie można tego nazwać. Od wieków rodzina była przetrwaniem. Bezpieczeństwem człowieka. Teraz, neguje się każdą relację rodziną. Raczej tego co z niej zostało, bo już jakiś czas temu wyrzucono z rodziny wujków, ciocie, kuzynostwo. Wyrzuca się dziadków, rodziców. Dziecko jest największym wrogiem i przeszkodą w życiu. Czystym złem stojącym na drodze do samorealizacji. Tak samo mąż, oczywiście mąż Polak, bo obcokrajowiec jest akceptowany ze względu na nie kultywowanie polskości.
Za 20/30 lat, gdy obecnie trzydziesto/czterdziestolatkowie będą emerytami z problemami zdrowotnymi i z gigantycznymi problemami psychicznymi, bo jednak samotność kiedyś dopadnie, to wtedy dopiero poznamy wyniki eksperymentu postępowości. Gdy okaże się, że jednak wiek emerytalny to nie piękny serial telewizyjny, w którym spełniamy swoje pasje i odwiedzamy zakątki świata, tylko coraz mniej sił, choroby, samotność i nadążanie aby zrozumieć świat. Zaczną się problemy, gdy nikt nie będzie odwiedzał w szpitalu, nie będzie kto miał przynieść ciężkich zakupów, nie będzie kto miał z nami pójść do lekarza. Nie będzie się z kim podzielić naszymi troskami. No i nie będzie miłości, która potrzebna jest do życia.
Domy spokojnej starości, to nie super miejsca, gdzie możemy żyć z przyjaciółmi, tylko nierzadko ciężkie oddziały geriatryczne. Wtedy tak naprawdę zacznie się dyskusja o eutanazji. I nie będą ją prowadzić ówcześni emeryci, tylko trzydziesto/czterdziestolatkowie, dla których samotni seniorzy będą obciążeniem.
Wpis okazał się oczywiście kontrowersyjny, ale w sumie spodziewałem się tego, głównie dlatego, że żyjemy w świecie dość mocnego zerwania kontaktu z przeszłością i tym, co można nazwać właśnie symbolicznym lub tradycyjnym myśleniem. A także rozumieniem i rozdzielaniem tego, co jest codziennością, od tego, co jest świąteczne. Już nawet nie wspominam o myśleniu stricte religijnym, czy rozumieniu roku liturgicznego - Święta Bożego Narodzenia stały się dla dużej części Polaków po prostu ważnymi, bo ważnymi, ale tak naprawdę jedynie dniami wolnymi, czemu więc nie doczepić do nich kolejnego.
To z punktu widzenia obrzędowego, bo obrzędu albo nie ma albo jest zupełnie szczątkowy, nie ma przecież żadnego znaczenia, a będzie więcej czasu na „organizację”. Tylko to jest jednak niezrozumienie czym jest święto jako takie i jak jest jego rola w życiu człowieka oraz społeczeństwa. A wigilia, przez to, że będzie dniem wolnym, stanie się po prostu pierwszym dniem świąt, co jest jednak dość mocnym zaprzeczeniem jej nazwy i genezy.
Do tej pory wszyscy udawali, że pracują w wigilię (no dobra, niektórzy oczywiście musieli pracować na serio), na mieście był ruch, wszystko wydawało się jak w dzień powszedni, ale na tym polegała cała magiczna (w sensie religioznawczym, a nie "baśniowym") zabawa – to był dzień jak zwykły, ale przecież nie do końca i to właśnie ta graniczność tworzyła wyjątkowość 24 grudnia. Bo niby dzień jak co dzień, ale po zmierzchu wszystko się zmieniało – brama do świąt się otwierała.
Ludzie jak widać albo tego nie rozumieją, albo tego nie chcą, a wolna, zadekretowana ustawą, wigilia to jest przejaw tego całkowicie utylitarnego i praktycznego podejścia do życia, dla którego czas zwykły i świąteczny nie mają żadnego znaczenia. Oprócz rozdzielenia pracy od wypoczynku. Tylko, że to nie jest wtedy święto, a urlop.
Czy to dobrze czy źle, to ja wcale tego nie oceniam, bo taki mądry nie jestem, patrzę na to raczej „okiem badacza” i po prostu stwierdzam jak jest. Zresztą zmiany obyczajowości religijnej w ostatnich latach zachodzą u nas bardzo szybko, przechodzimy przyśpieszony kurs tego, co na Zachodzie, a Polska, czy to się komuś podoba czy nie, jest już według mnie krajem postkatolickim.
Rozumiem pana stanowisko i chyba mam podobne. Nie dlatego, że „tak było zawsze”, ani z przekory wobec zmian społecznych, lecz dlatego, że Wigilia ma w chrześcijańskiej wyobraźni bardzo precyzyjne miejsce: jest progiem, a nie samym świętem. I właśnie jako próg ma sens tylko wtedy, gdy coś rzeczywiście jeszcze trwa, a coś innego dopiero ma się wydarzyć.
Z punktu widzenia tradycji katolickiej 24 grudnia nie jest dniem świątecznym, lecz dniem przygotowania i czuwania. Przez wieki był to dzień postny, zwyczajny w sensie pracy, a jednocześnie naznaczony napięciem oczekiwania. Liturgia Kościoła nie traktowała tego dnia jako czasu odpoczynku, lecz jako czas domykania spraw, porządkowania, także w pewnym sensie „rozgardiaszu”, który dopiero wieczorem zostaje przerwany.
I właśnie w tym tkwi symboliczna siła Wigilii: rodzi się z dnia jeszcze niespełnionego, z trudu, pośpiechu, zmęczenia. Dopiero po zachodzie słońca – wraz z pierwszymi nieszporami i nocną liturgią, czyli naszą piękną Pasterką – następuje przejście. Ten moment przejścia ma sens tylko wtedy, gdy jest z czego przechodzić.
W tym świetle wolna, „wygładzona” Wigilia od rana może rzeczywiście zaburzać pewien porządek znaków. Znika, jak słusznie pan zauważa, napięcie między „jeszcze nie” a „już”, a Wigilia zaczyna udawać święto, którym z definicji nie jest. I ma pan rację, traci się doświadczenie dnia „zwykło-niezwykłego”, zawieszonego pomiędzy codziennością a uroczystością — a to właśnie ten stan pośredni nadawał jej urok i głębię.
Teologicznie rzecz ujmując: chrześcijaństwo zawsze dbało o rozróżnianie między przygotowaniem a spełnieniem. Wielka Sobota nie jest Wielkanocą, Wigilia nie jest Bożym Narodzeniem Jeśli te granice się zacierają, coś zostaje utracone — nawet jeśli intencje są dobre.
Oczywiście można świętować pięknie także w innych warunkach. Ale warto uczciwie przyznać, że coś się zmienia nie tylko organizacyjnie, lecz symbolicznie. Być może zyskujemy komfort, ale ryzykujemy utratę tego szczególnego doświadczenia przejścia: chwili, w której — już po pracy, już po bieganinie — siadamy zmęczeni, ale wyciszeni, i dopiero wtedy naprawdę wchodzimy w święto.
Nie wszystko, co wygodniejsze, jest automatycznie głębsze.
Pewnie napiszę coś niepopularnego, ale moim zdaniem wolna Wigilia to pomieszanie z poplątaniem i zaburzenie pewnego symbolicznego porządku. 24 grudnia to NIE jest święto, to PRZYGOTOWANIE do świętowania, kiedy wszystko jest jeszcze w pewnym pośpiechu, rozgardiaszu i niegotowe. Ostatnie sprawunki, kupienie prezentu w ostatniej chwili, telefon do znajomego, którego nie widziało się wiele miesięcy, ale w same Święta jakoś głupio do niego zadzwonić.
I właśnie dopiero wieczorem, nieco zmęczeni po całkiem aktywnym, pracowitym dniu, ale już odświeżeni i przebrani w czyste koszule i wyjściowe sukienki siadamy, aby się nieco uspokoić, wyciszyć i po prostu cieszyć, że wszystko jest w miarę na swoim miejscu i tak jak powinno być.
Wiem, że to pewnie też moje wieloletnie przyzwyczajenia, ale moim zdaniem wyjątkowość Wigilii polegała właśnie na tym, że była do tej pory "zwykłym-niezwykłym" dniem, który był zawieszony między codziennością i świętowaniem - to był jej wielki urok. Czy tak będzie teraz? Nie wiem, choć mam przeczucie, że coś się jednak zmieni.
I uprzedzając niektóre komentarze- piszę tylko o swoich odczuciach i ani nie zabraniam mieć innego podejścia, ani nie sugeruję nikomu jak ma sobie wigilię urządzać.
Czy ktoś może wreszcie rozliczyć organizatorów tego marszu? Nie obchodzi mnie, że idą tam także rodziny z dziećmi.
Faszyzm w Polsce jest zabroniony. Zakazane jest nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych
Polska odzyskała niepodległość tylko i wyłącznie dlatego, że doszło do wyraźnego osłabienia Niemiec i Rosji, a ententa poparła odtworzenie naszej państwowości w ramach szerszego planu przemodelowania Europy Środkowo-Wschodniej w oparciu o określone zasady.
Nie musieliśmy się ze wszystkim zgadzać, sama ententa miała kilka nielogicznych wizji, ale kwestia naszej granicy wschodniej zawsze powodowała wiele emocji i nieporozumień.
Mówiąc łopatologicznie:
1. Polska chciała sobie sama ustalić granicę wschodnią według, delikatnie mówiąc, wątpliwych praw historycznych.
2. Ententa chciała wytyczyć taką granicę wschodnią Polski, aby zminimalizować szansę przyszłego konfliktu o te ziemie; nie tylko z Rosją, ale też Ukraińcami, Litwinami i Białorusinami.
Początkowo widziano nas tylko na Linii Curzona, ale przedłużająca się wojna domowa w Rosji, która wykroczyła daleko poza połowę 1919, a potem decyzja Rady Ligii Narodów dot. zgody na objęcie mandatu nad całą Galicją Wschodnią jednak przełamały tę wizję i otworzyły pole dyskusji pt. "jakie polska powinna mieć REALNE wschodnie granice".
Mimo wszystko Polska wybrała, że o swoich granicach wschodnich zdecyduje mieczem. Ententa nie mogła nic na to poradzić, ale dosyć jawnie wyrażała swoje niezadowolenie, bo wiedziała, że prędzej czy później Polska znajdzie się w potrzasku.
Nikt nie mógł nam zabronić posiadać granicy ryskiej czy innej podobnej na obszarach, gdzie Polaków nie było nawet 30%, tym bardziej jeśli sami potrafiliśmy ją utrzymać. No ale minęło nie więcej niż jedno pokolenie i problem wrócił jak bumerang.
Polacy do obrony swojej niepodległości znów potrzebowali Francuzów i Brytyjczyków. O ile dyplomatycznie lata międzywojenne były burzliwe i Niemcy dwoiły się i troiły, aby zrewidować granicę z Polską, to ostatecznie jednak otrzymaliśmy gwarancje na nasze zachodnie granice.
A co ze wschodnimi?
No zdecydowaliśmy w 1919-1921, że sami możemy ustalić je siłą, na przekór wszystkim komisjom i negocjacjom.
A teraz, gdy Hitler i Stalin porozumieli się ze sobą, a ten drugi zabrał sobie pół Polski, to myśmy oczekiwali od sojuszników, że będą kruszyć kopie i poświęcać swoich obywateli dla naszego interesu na wschodzie.
Sytuacja była kuriozalna do tego stopnia, że Churchill otwarcie mówił Polakom, że alianci zachodni nigdy nie popierali Polski daleko na wschód od Linii Curzona, a kręgi emigracyjne albo obrażały się na każdy inny wariant niż ryski albo wręcz rysowały granice na wschód od Mińska i Kamieńca Podolskiego.
A potem był płacz, że sojusznicy nas zdradzili i oddali kresy Stalinowi.
Zapytam się bez złośliwości: no i gdzie podziała się ta sprawczość Polski, która po ponad wieku nieistnienia na mapach uznała, że jesteśmy na tyle silni, że otwarcie postawimy się sojusznikom i będziemy grali na politykę faktów dokonanych?
Były rodziny z dziećmi i to więcej niż skandalicznych haseł. Pokazywaliśmy je w @wirtualnapolska. Każdego pytałem o definicję patriotyzmu, atmosferę i przesłanie. Mały Filip mówił, jak w zerówce uczył się hymnu, a jego tato o tym, że chce go uczyć patriotyzmu. Ale nie ma co udawać, że antysemickich, rasistowskich, ksenofobicznych, a nawet faszystowskich haseł i symboli nie było. Też były. Część uczestników marszu uznaje je za prowokację, mimo że są wykrzykiwane przez setki uczestników. Tak jak podczas relacji, kiedy tłum zaczął skandować „ jeb*ć Żydów, skur****”. Obok inni uczestnicy modlili się do Żydówki Maryi i jej syna Żyda Jezusa. Chwilę później były hasła uderzające w uchodźców z krajów arabskich. I kolejne grupy. Krzyże celtyckie, wariacje na temat swastyki, zapewne jako symbolu szczęścia. Polecam całą relację, gdzie był cały przekrój tego wydarzenia.
https://t.co/jI0WQChSS8
🚨Alarmujące wieści z USA, które BARDZO dają do myślenia🚨
Przeczytałem właśnie o potężnym badaniu* (4,5 miliona ankiet!) , które pokazuje, że młodym ludziom dosłownie psują się mózgi. I to na masową skalę.
* Rising Cognitive Disability as a Public Health Concern Among US Adults (źródło do badań w komentarzu poniżej)
Psucie - chodzi o tzw "niepełnosprawność intelektualną" czyli poważne problemy z koncentracją, pamięcią i podejmowaniem decyzji. To utrata głębokiego skupienia (czyli niemożliwość przeczytanie książki czy nawet obejrzenie filmu).
Jesteśmy świadkiem jednego-wielkiego-przebodźcowania ludzkości. A to dopiero początek problemów.
Lecimy z najważniejszymi i najbardziej niepokojącymi wnioskami:
▶️DRAMATYCZNY WZROSTY U MŁODYCH◀️
W grupie wiekowej 18-39 lat wskaźnik problemu "niepełnosprawności intelektualnej" w ciągu ostatniej dekady PRAWIE SIĘ PODWOIŁ (z 5,1% do 9,7%)!
W tym samym czasie u osób 70+... spadł.
Zastanawiające, prawda?
▶️PIENIĄDZE NIE CHRONIĄ ALE EDUKACJA JUŻ TAK◀️
To zjawisko dotyka wszystkich, nawet bogatsze osoby (zarabiające powyżej 75k dolarów) u których problemy poznawcze wzrosły TRZYKROTNIE z 2% do 6,6%.
Niestety, osoby biedniejsze (zarobki poniżej 35k dolarów) są jeszcze mocniej poszkodowani (wzrost z 8 do 12%).
Cała nadzieja w edukacji. Otóż absolwenci uniwersytetów mają bardzo niewielki wzrost (z 2% do 3,5%), a osoby które jeszcze nie ukończyły szkoły średniej, odnotowały wzrost z 11 do 14% - a to już cholernie dużo, bo prawie co 7 osoba.
EDUKACJA!
▶️GŁÓWNY PODEJRZANY?◀️
Autorzy sugerują (a ja się z nimi w pełni zgadzam), że to efekt social mediów i smartfonów, które trwale zmieniają funkcjonowanie naszych umysłów.
Otóż, nasze mózgi są nieustannie trenowane do przeskakiwania po tematach, a nie do ich zgłębiania. Każdy scroll, lajk czy krótki filmik to mikrodawka dopaminy, która uzależnia i sprawia, że szukamy kolejnych bodźców.
W efekcie myślenie staje się płytkie, widzisz mnóstwo rzeczy, ale nic nie zostaje w głowie na dłużej.
Umysł traci nawyk analizowania, łączenia faktów i cierpliwego dochodzenia do wniosków..
Co ważne, wyraźny wzrost problemów zaczął się już w 2016 roku, więc COVID-19 był tylko przyspieszaczem (!!), a nie główną przyczyną.
▶️SPOŁECZNE KONSEKWENCJE◀️
To nie tylko kłopot z przeczytaniem książki czy z obejrzeniem filmu. Społeczeństwo, które nie potrafi się skupić i zapamiętywać, staje się ekstremalnie podatne na dezinformację i manipulację.
To jest REALNE ZAGROŻENIE dla naszej demokracji, która została stworzona dla ŚWIADOMYCH OBYWATELI, którzy potrafią analizować informacje, oddzielać fakty od opinii i pamiętać, co politycy obiecywali, a co zrobili.
Kiedy nie potrafimy skupić się na dłuższym artykule, naszą wiedzę o świecie czerpiemy z nagłówków i memów. Zamiast analizować złożone problemy (gospodarka, klimat, geopolityka), reagujemy na proste, emocjonalne bodźce.
Gniew, strach, oburzenie to waluty, którymi płaci się dziś w social media. W takiej rzeczywistości wygrywa nie racjonalny argument, ale najgłośniejszy, najbardziej szokujący i najprostszy przekaz.
Społeczeństwo z tak poszatkowaną uwagą jest bezbronne wobec propagandy i teorii spiskowych.
🚨CO WYNIKA Z TEGO RAPORTU 🚨
Te wzrosty jest skutek "pokolenia smartfonowego". Generacji, która urodziła się z telefonem w ręce teraz, płaci najwyższą cenę. Boom na social media trwa od 2010 roku, tak samo smartfony, których drastyczny wzrost nabywania nastąpił w latach 2010-2018.
Najgorsze jest to, że jesteśmy jeszcze PRZED rewolucją AI, ta się dopiero zaczyna. Terapeuci AI, przyjaciele AI, dziewczyny AI, żony AI.
Wniosek jest brutalnie prosty, jesteśmy w samym środku cichej wojny o nasz najcenniejszy zasób: naszą uwagę i zdolność do myślenia.
I choć technologia wydaje się wszechpotężna, ma jedną słabość - działa najskuteczniej w ukryciu. To, że czytasz ten tekst i rozumiesz problem, już stawia Cię w uprzywilejowanej pozycji.
To jest nasza jedyna broń - świadomość mechanizmów, które nas osłabiają. Każda chwila, w której świadomie odkładamy telefon, wybieramy książkę zamiast scrollowania, czy skupiamy się na jednej rozmowie, jest małym aktem buntu.
ŚWIADOMOŚC PROBLEMU.
Trump daje w prezencie prezydentowi Syrii perfumy, przekazuje w prezencie drugie dla żony i pyta go ile ma żon xD
Prezydent odpowiada, że jedną, na co Trump: z Wami nigdy nie wiadomo xD
W Sudanie jesteśmy świadkami ludobójstwa muzułmańskich bojowek na Chrześcijanach.
Zychowich milczy. Greta i Sterczewski milcza. ONZ milczy.
Lewica Razem z Konfederacja milcza.
Boniek ani razu nie zaplakal.
I tak to z wami jest wy obłudne, moralne dziwki.
No Jews, no News.
Chciałem tylko przypomnieć obrońcom Berkowicza, który przez przypadek nie zeskanował OŚMIU produktów🤡🤡🤡, że Premier Szwecji przez przypadek zapłaciła kartą służbową za paczkę pieluch dla dziecka i następnie podała się do dymisji.
Mam wrażenie, że TikTok wychował pokolenie 3-sekundowej uwagi..
Na moich zajęciach tanecznych dzieci są w szoku, że przez kilka spotkań będziemy wałkować jeden i ten sam układ, aż się go całego nauczymy.
Przyzwyczajeni do natychmiastowych efektów, nie potrafią trwać w procesie.