Gdy wyruszałem na studia kilkanaście lat temu, byłem przekonany, że nawet jeśli nie wiem o swojej wierze wszystkiego, to wiem wystarczająco, by z podniesionym czołem przejść z nią przez życie.
Gdy niemal 10 lat temu w sposób nagły i straszliwy straciłem wiarę, byłem przekonany, że nic już nie będzie w stanie wyrwać mnie z objęć nihilizmu i rozpaczy, w które wtedy popadłem.
Gdy po duchowo najtrudniejszym czasie w moim życiu znalazłem impuls do podjęcia walki intelektualnej na nowo po lekturze cudów francuskiego katolickiego charyzmatyka, ku swojemu wielkiemu oszołomieniu odkryłem, jak w sumie niewiele wiedziałem o wierze katolickiej.
Ile głębi pominąłem w swojej formacji (która też przecież nie była zupełnie byle jaka). Ile katolickich autorów nigdy nawet nie uraczyłem nawet pobieżnym zainteresowaniem. Ile tytanów intelektualnych mojej tradycji (katolickiej i grecko-rzymskiej) było mi w ogóle nieznanych. I wreszcie - co najważniejsze - ile pytań, które wcześniej wzburzyły mnie do głębi, doczekały się odpowiedzi już wieków, jeśli nie tysiącleci, wcześniej.
Błogosławiony splot wydarzeń, olśnień, lektur i przede wszystkim darów łaski przywrócił mnie do wiary w Boga w Jego świętym Kościele Katolickim. Jednak byłem wtedy bogatszy o następujące refleksje:
- Bóg jest znacznie większy, niż mógłbym pojąć, podobnie jak Jego miłość do nas. Nie znaczy to jednak, że nie ma niezrównanej słodyczy w dążeniu do Jego jak najlepszego poznania.
- Jego działanie w Kościele Katolickim na przestrzeni wieków - w jego historii, jego cudach, dziełach i tekstach jego świętych - jest praktycznie niewyczerpywalną skarbnicą prawdy i piękna. Na każdą ciemniejszą kartę (niewspółmiernie skupiającą uwagę współczesnych) przypada stokroć więcej kart świetlistych, zapierających dech w piersiach.
- Tak wiele z tych skarbów pozostaje zapomnianych w epoce powszechnej dostępności wiedzy, co skutkuje stygnącym zapałem i wątpliwościami u wielu wiernych dobrej woli
Te wydarzenia były moim znalezieniem drogocennej perły, o której opowiada dzisiejsza Ewangelia. Ponieważ ból po kryzysie wiary wyrył się mocno w mej pamięci, postanowiłem - w ten czy inny sposób - poświęcić przynajmniej część swojego życia, by dzielić się z innymi pięknem i głębią wiary katolickiej. Tak powstał koncept Poszukiwacza Pereł.
Po co to piszę? Z pewnością nie po to, żeby klepać się po plecach. Wciąż wiem bardzo, bardzo mało. A co do perłowej działalności, ostatnio brakowało mi dyscypliny i motywacji, by prowadzić ten profil na najwyższym poziomie (choć pracuję nad poprawą). Chcę raczej zachęcić do refleksji nad dzisiejszą Ewangelią i zastanowić się, czy rzeczywiście traktujemy naszą wiarę i wszystko, co otrzymaliśmy Boga, jako największy z możliwych skarbów. I czy z takim zapałem zabiegamy o coraz to mocniejsze do nich przylgnięcie, jak poszukiwacze skarbów i pereł. Z autopsji mogę powiedzieć - współcześni katolicy ogarnięci przez wątpliwości, zniechęcenie lub acedię nawet sobie nie wyobrażają, ile piękna w katolickiej spuściźnie leży jeszcze przez nich nieodkryte i tylko czeka na poznanie.
Jeśli do takich się zaliczasz - nie szukaj wymówek. Zadbaj o życie w łasce (spowiedź, Komunia Święta, modlitwa) i sięgnij wreszcie po tę lekturę albo odwiedź wreszcie to sanktuarium, które czeka już na Twojej liście od dawna. 2000 lat pereł czeka na Ciebie, więc ruszaj - sprzedaj cały czas, który masz poza obowiązkami stanu, i zabierz się do ich kolekcjonowania.
Nie pożałujesz!
Jeden nie szukał skarbu a znalazł go na polu, zupełnie przypadkowo. Poszedł i sprzedał za ten skarb wszystko co dotąd zgromadził. Drugi, poszukiwacz pereł, szukał najcenniejszą i oddał za nią wszystko co posiadał. Bóg czasami daje się odkryć tym którzy Go nie szukają, ale gdy już Go spotkajá są wstanie oddać za to doświadczenie wszystko co zgromadzili. Inni szukają Boga szczerym sercem i również mogą Go odnaleźć. Bog nikogo nie przekreśla ale "pragnie by wszyscy zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy".
Dziękuję za wszystkie komentarze. Za te spokojne, życzliwe, zatroskane, ale też za te ostre i krytyczne. Przeczytałem je.
Widzę, że wielu z Was naprawdę kocha Tradycję, piękno liturgii i Kościół. Czasem ta troska wyraża się dobrze, czasem bardzo nerwowo, ale nie chcę jej z góry przekreślać. Dlatego odpowiem zbiorczo.
2 lipca Dykasteria Nauki Wiary wydała dekret dotyczący biskupów Bractwa św. Piusa X. Potwierdzono w nim, że konsekracje biskupie dokonane bez mandatu papieskiego i wbrew wyraźnej woli Ojca Świętego oznaczają ekskomunikę latae sententiae. Dekret przypomina też, że przyłączenie się do takiej struktury niesie za sobą tę samą karę.
To nie jest „wojna z Tradycją”. To jest konsekwencja czynu, który Kościół już wcześniej ocenił bardzo poważnie, zwłaszcza po wydarzeniach z 1988 roku.
Kilka rzeczy trzeba powiedzieć jasno.
Po pierwsze: rozumiem tęsknotę za piękną liturgią, za ciszą, za powagą, za jasnym nauczaniem. Sam ją podzielam. Ale obrona Tradycji nie może polegać na odrzuceniu autorytetu papieża i ważności Soboru Watykańskiego II. Wtedy nie bronimy Tradycji, tylko stawiamy się obok Kościoła. Są wspólnoty, które pielęgnują dawną liturgię i robią to w pełnej jedności z Kościołem, jak na przykład Bractwo Świętego Piotra. To pokazuje, że inna droga istnieje.
Po drugie: pojawia się zdanie, że „papież nie chciał rozmawiać”. Tylko że rozmowy były. Problem nie leży w samym braku dialogu. Problem leży w tym, że od lat wracają te same punkty: uznanie Soboru, uznanie autorytetu papieża, uznanie tego, że Kościół nie jest prywatnym projektem jednej grupy, nawet bardzo pobożnej. To nie jest zwykła różnica opinii. To dotyka samej jedności Kościoła.
Po trzecie: pojawia się zarzut podwójnych standardów. I tego zarzutu nie da się po prostu zbyć.
Tak, w Kościele jest dziś poważny kryzys. Są skandale. Są księża i świeccy, którzy publicznie podważają nauczanie Kościoła. Są środowiska, które próbują rozmywać Ewangelię. Są sytuacje, na które reakcja powinna być szybsza, jaśniejsza i ostrzejsza.
To naprawdę boli.
Ale jedno zło nie usprawiedliwia drugiego. To, że gdzieś toleruje się zamęt, nie daje nam prawa do rozbijania jedności Kościoła. Gdy ktoś łamie prawo, nie oznacza to, że ja mogę zrobić to samo, tylko w drugą stronę i pod ładniejszym sztandarem.
Rozwiązaniem nie jest kolejny podział. Rozwiązaniem jest wierność Chrystusowi w Jego Kościele, modlitwa o świętych pasterzy i cierpliwe trwanie tam, gdzie czasem naprawdę nie jest łatwo.
Po czwarte: tak, wielu świętych miało konflikty z hierarchią. To prawda. Ale święci nie budowali równoległego Kościoła. Święci cierpieli, upominali, milczeli, czasem byli niesprawiedliwie traktowani, ale ostatecznie pozostawali w jedności.
Św. Atanazy, św. Jan Chryzostom, św. Franciszek, św. Ojciec Pio: każdy z nich miał swoje cierpienia i napięcia z ludźmi Kościoła. Ale nie zrywali z Kościołem.
Kościół jest tam, gdzie jest Piotr. To nie jest moje prywatne zdanie. To jest katolicka zasada obecna od wieków.
Boli mnie każdy podział. Boli mnie, że wielu dobrych i pobożnych ludzi czuje się dziś zagubionych, zranionych albo zepchniętych na margines. Tego nie wolno lekceważyć.
Ale ból, nawet prawdziwy, nie usprawiedliwia aktu, który oddziela od jedności Ciała Chrystusa.
Tradycji nie broni się przez schizmę. Tradycji broni się przez wierność.
Pax!
I cóż wielkiego, że człowiek jest nabożny i żarliwy wtedy, kiedy mu nic nie dolega: lecz jeśli w razie przeciwności zachowuje się cierpliwie, wtedy jest nadzieja wielkiego postępu.
„Wielu jest wezwanych, niewielu wybranych” (Mt 22,14)
To kazanie św. Jana Henryka Newmana na Niedzielę Siedemdziesiątnicy* (wyjaśnienie na końcu wpisu) prowadzi słuchacza przez jedną z najbardziej przejmujących i wymagających prawd Ewangelii: fakt, że Boże wezwanie jest powszechne, lecz odpowiedź człowieka - rzadka i kosztowna.
Od słów św. Pawła o biegu ku mecie, przez świadectwo proroków, aż po nauczanie samego Chrystusa, rozważamy tajemnicę „reszty”, która pozostaje wierna Bogu w każdym pokoleniu. Kazanie odrzuca fałszywe wyobrażenia o predestynacji, duchowej pysze i łatwym poczuciu bezpieczeństwa. Zamiast tego wzywa do czujności, pokory i wytrwałości, bez osądzania innych i bez złudzeń co do samego siebie. Przypomina, że droga do życia jest wąska nie dlatego, że Bóg jest skąpy w miłosierdziu, lecz dlatego, że człowiek często nie chce iść drogą pełnego posłuszeństwa.
To mocne, realistyczne i trzeźwiące rozważanie dla każdego, kto nie chce jedynie biec, ale pragnie ukończyć bieg i zachować wiarę. Zapraszam do wysłuchania i zatrzymania się nad pytaniem, które dotyczy każdego z nas: nie czy jestem wezwany, lecz jak odpowiadam na to wezwanie?
https://t.co/xlMU9PkoFo
--------------------------------------------------
Niedziela Siedemdziesiątnicy to pierwsza niedziela okresu Przedpościa w tradycyjnym kalendarzu liturgicznym Kościoła. Rozpoczyna ona bezpośrednie, duchowe przygotowanie do Wielkiego Postu, a pośrednio do Wielkanocy. Nazwa pochodzi od łacińskiego "septuagesima" („siedemdziesiąta”) i symbolicznie wskazuje na ok. 70 dni do Wielkanocy. Nie chodzi o dokładne liczenie dni, lecz o biblijną symbolikę liczby 70: czasu próby, wygnania i oczyszczenia (np. 70 lat niewoli babilońskiej). Niedziela Siedemdziesiątnicy przedza Wielki Post, ale nie jest jeszcze postem w sensie ścisłym, zmienia ton liturgii z radosnego na poważny i pokutny, czytania i modlitwy akcentują grzech, kruchość człowieka i potrzebę łaski.
Przedpoście: Przedpoście to tradycyjny okres liturgiczny Kościoła, który bezpośrednio poprzedza Wielki Post i stanowi wstępne, duchowe przygotowanie do Wielkanocy. Nie jest jeszcze czasem postu, lecz czasem otrzeźwienia, refleksji i decyzji. Przedpoście obejmuje trzy niedziele: Niedzielę Siedemdziesiątnicy, Niedzielę Sześćdziesiątnicy, Niedzielę Pięćdziesiątnicy (bezpośrednio przed Środą Popielcową). Teologicznie jest to czas przebudzenia sumienia, zanim pojawi się dyscyplina Wielkiego Postu; uświadomienia, że zbawienie jest darem, ale wymaga współpracy; spojrzenia na życie chrześcijańskie jako bieg, który trzeba ukończyć, wejścia w duchowe „wygnanie” - echo utraty raju i tęsknoty za odkupieniem. Teologia Przedpościa opiera się na bardzo prostej, ale głębokiej logice: zanim człowiek zacznie pościć, musi zrozumieć po co.
https://t.co/xlMU9PkoFo
„Jan zobaczył podchodzącego ku niemu Jezusa i rzekł: «Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata. To jest Ten, o którym powiedziałem: „Po mnie przyjdzie Mąż, który mnie przewyższył godnością, gdyż był wcześniej ode mnie”. Ja Go przedtem nie znałem, ale przyszedłem chrzcić wodą w tym celu, aby On się objawił Izraelowi»”
W dzisiejszym tekście ewangelii św. Jan Chrzciciel staje wobec kapłanów żydowskich, lewitów, uczonych w Piśmie oraz zwykłych ludzi jako świadek Prawdy. Nie buduje siebie, nie szuka kompromisu, lecz wskazuje na Mesjasza. Gdy widzi nadchodzącego Jezusa, składa o Nim decydujące świadectwo: Baranek Boży, Syn Boży, Ten, na którym spoczął Duch. Jan staje jako świadek jedynej i realnej mocy zbawczej Chrystusa.
Dziś, w czasach relatywizmu i rozmywania prawdy, także my, na mocy naszego chrztu i bierzmowania, a niektórzy jeszcze dodatkowo na mocy sakramentu święceń, jesteśmy wezwani do takiego świadectwa. Bez wstydu i bez strachu. Jezus nie jest „jedną z dróg” - jest jedynym Zbawicielem świata. Jego zbawienie jest powszechne i skierowane do wszystkich narodów: żydów, muzułmanów, buddystów, ateistów i wszelkiej maści pogan i innowierców. Naszym zadaniem jest wskazywać na Niego i wzywać do poznania Go oraz przyjęcia Jego miłości. Dać świadectwo Prawdzie.
Obraz: Matthias Grünewald – Ołtarz z Isenheim (Ukrzyżowanie), ok. 1512–1516
Św. Jan Chrzciciel stoi obok krzyża i wskazuje palcem na Chrystusa; obok jest baranek z krzyżem (symbol Agnus Dei).
Miłość (caritas) w swej najwyższej formie polega na przyjaźni. Nie każda miłość (amor) ma charakter przyjaźni, lecz tylko ta, która jest połączona z życzliwością - gdy kochamy kogoś tak, że pragniemy dobra dla niego samego. Jeśli nie życzymy dobra temu, kogo kochamy, lecz jedynie pragniemy jako dobra dla siebie, to jest to pożądliwość, a nie miłość przyjacielska.
"Żyjemy w czasach, gdy nawet ochrzczeni... nie znają podstaw swojej wiary..." bp Józef Sebastian Pelczar.
Dwie prace przemyskiego biskupa: "Religia katolicka" oraz "Obrona religii katolickiej" w pięknym wydaniu...
📙📙 https://t.co/2If2NnQwsu
Jeśli słuchaliście kazania św. Jana Henryka Newmana na początek Adwentu (https://t.co/r4B7HulsTP), wiecie już, jak pięknie potrafi on prowadzić nas ku głębszemu „widzeniu” Chrystusa. W koleinym adwentowym kazaniu, tym razem na II niedzielę, a właściwie na drugi tydzień Adwentu, Newman kontynuuje tą duchową podróż.
Doktor Kościoła zaprasza nas, byśmy zatrzymali się na chwilę i odkryli coś bardzo ważnego: że prawdziwe spotkanie z Bogiem i autentyczna wiara w Jego obecność rodzą w sercu cześć, zachwyt i delikatną, pełną miłości bojaźń.
To kazanie jest pełne światła. Pomaga nam zobaczyć na nowo, że żywa wiara naturalnie prowadzi do konkretnej postawy wobec Bożej obecności - świętej bojaźni, która powinna kształtować naszą modlitwę, słowa, gesty i sposób bycia jako ludzi prawdziwie pobożnych. Newman mówi o tym pięknie, spokojnie i z głębokim szacunkiem, trafiając wprost do serca.
Jeśli chcesz w Adwencie pójść krok dalej i pozwolić, by Słowo naprawdę dotknęło Twojego życia, to kazanie jest właśnie dla Ciebie.
Zapraszam do wysłuchania. Treść tego kazania ściśle łączy się z poprzednią nauką św. Jana Henryka Newmana i doskonale ją uzupełnia. Warto więc odsłuchać ją przed zagłębieniem się w treść niniejszego kazania. Link: https://t.co/r4B7HulsTP
Niech to będzie dobry czas spotkania z Bogiem, który jest blisko.
PREMIERA w sobotę 6 grudnia o g. 15:00
św. Jan Henryk Newman - „Cześć oddawana Bogu jako owoc wiary w Jego obecność” ⬇️
https://t.co/OKGwrtMq6e
Miałem wczoraj okazję odprawić mszę “trydencką” dla ok. 20 młodych ludzi. Sami chcieli, nikt ich nie zmuszał. Zapytałem ich potem, co im się podobało w tej mszy, bardzo mnie poruszyło stwierdzenie, że można się było po prostu skupić na tym, czym jest msza.
"Grzechem Adama ludzie uwikłani, wygnani z raju wołali z otchłani: „Spuśćcie, niebiosa, deszcz na ziemskie niwy i niech z obłoków zstąpi Sprawiedliwy”. Błąkał się człowiek wśród okropnej nocy, bolał i nikt go nie wspomógł w niemocy, póki nie przyszła wiekami żądana z judzkiej krainy Dziewica wybrana."
Niech kolejny Adwent, pod opieką Nowej Ewy, będzie dla Was czasem nawrócenia, pokoju i odnowy ducha!
Marana tha!