I cyk. Polska jest wśród najtańszych krajów UE. Diesel w Polsce jest o 2,7 zł tańszy niż w Nieczech i o 1,5 zł tańszy od średniej UE. Czy to znaczy, że jest tanio? Jest wciąż znacznie drożej niż rok temu. Trwa największy światowy kryzys paliwowy. Europejskie zapasy są na rekordowo niskich poziomach. Kolejne instalacje w rafineriach na świecie są wyłączane. Dostawy są zaburzone. Dlatego ceny paliw na gie��dach wyznaczają nowe szczyty.
Firmy paliwowe, rządy różnych krajów mogą próbować łagodzić skutki kryzysu, ale całkowicie ich nie zlikwidują. Sytuacja jest rozchwiana jak nigdy dotąd. Wszędzie na świecie. To minie, ale teraz cały rynek działa w trybie kryzysowym.
Próbuje na tym skorzystać wielu fałszywych proroków. Szerzą fake newsy i manipulacje, które uderzają w reputację Orlenu. Uderzają w zaufanie do bezpieczeństwa energetycznego Polski. Już w pierwszych dniach kryzysu widzieliśmy fałszywe, robione w AI grafiki sugerujące braki paliw. Kłamstwa o eksporcie do Ukrainy pojawiają się niemal codziennie. Naszym obowiązkiem jest te kłamstwa oraz manipulacje wyłapywać i prostować. Przypomnijmy te najczęstsze i rozprawmy się z nimi raz jeszcze:
1. "Stoliczku nakryj się", czyli "Niech Orlen zetnie marże". Otóż nie może. Chociażby dlatego, że ponad 1/3 sprzedawanych w Polsce paliw pochodzi z zagranicy. Jesteśmy uzależnieni od światowych cen, a te szaleją. Dlatego jedynym bezpiecznym sposobem obniżki cen paliw jest redukcja podatków, którymi są objęte: VAT-u i akcyzy. Czyli CPN.
2. "Tyle to nie", czyli "Łupią nas, bo kiedyś baryłka była droższa, a mimo to paliwo tańsze". Tylko, że wtedy było na świecie więcej czynnych mocy rafineryjnych. Dzisiaj globalną wysokość cen paliw winduje nie tyle cena baryłki, co niska dostępności rafinerii do jej przerobienia. Innymi słowy - nie tyle brakuje mąki, co piekarni do wypieczenia chleba. W ciągu roku ceny ropy wzrosły o 56%, a globalne ceny diesla o 100%
3. "Tanio dla Ukrainy drogo dla Polski", czyli "Zarabiają na nas, a eksportują za bezcen". To fake news, który odkłamywaliśmy dziesiątki razy. Do Ukrainy sprzedajemy paliwa z zyskiem wyższym niż w Polsce. Ukraina płaci za dostarczane paliwo. Płaci wyłącznie w przedpłatach. Żaden pociąg nie opuści naszego terminalu przed odnotowaniem płatności. Niskie ceny, którymi posługują się się trolle rozsiewający te fejki, to kwoty eksportowe, czyli bez lokalnych podatków. Notorycznie porównują też ubiegłoroczne ceny sprzed wojny do dzisiejszych. Wszystko po to, by wzbudzać niechęć do naszych sąsiadów i podważać zaufanie do państwa.
Dziękujemy, że doczytałeś do końca. Wiesz, o co chodzi. Nie daj się dezinformacji.
DRONY JUŻ ZMIENIŁY WOJNĘ. TERAZ NIECH WRESZCIE ZMIENIĄ POLSKĘ.
Wojna w Ukrainie brutalnie pokazała, czym naprawdę jest dron. Nie zabawką z kamerą, nie gadżetem dla youtubera, tylko oczami, rozpoznaniem, transportem, bronią i narzędziem, które potrafi zmienić sposób prowadzenia wojny. Drony odrzutowe latają już przy naszej granicy, a Polska jak zwykle odkrywa przyszłość kilka lat po tym, jak przyszłość zdążyła się urządzić.
Latam dronami od prawie dziesięciu lat, dlatego trochę mnie śmieszy, kiedy słyszę dzisiaj polityka opowiadającego z powagą o „dronizacji Polski”. Jeszcze niedawno dla części z nich dron był czymś pomiędzy zabawką a latającym aparatem, a teraz nagle wszyscy zostali prorokami bezzałogowej rewolucji. Nie mam nic przeciwko nawróceniu. Tylko dobrze byłoby, żeby po kazaniu wreszcie zaczęła się robota.
Bo dronizacja nie polega na tym, że kupimy kilka tysięcy maszyn, zrobimy zdjęcie ministrowi, odpalimy program, powołamy radę, a na końcu ogłosimy sukces. Dronizacja zaczyna się wtedy, kiedy zwykły człowiek wykonujący swoją robotę dostaje drona tak samo naturalnie, jak dziś dostaje telefon, radiostację, samochód albo latarkę.
Patrol kolejowy jedzie sprawdzić podejrzane miejsce przy torach? Dron powinien leżeć w samochodzie. Nie trzeba ściągać specjalistycznej ekipy z drugiego końca województwa. Patrol podnosi maszynę, ogląda torowisko, nasyp, przepust, pobliski las i miejsca, do których człowiek szedłby pół godziny. Jeżeli ktoś ruszał ziemię, zostawił przedmiot, uszkodził ogrodzenie albo stoi samochód tam, gdzie stać nie powinien, operator ma to zobaczyć od razu.
Strażak jedzie do pożaru? Termowizja nad miejscem zdarzenia powinna być czymś normalnym. Policjant szuka zaginionego dziecka albo starszego człowieka? Dron nie może być atrakcją uruchamianą po kilku godzinach, kiedy wcześniej pół wsi chodziło po krzakach. Energetyk sprawdza linię, geodeta teren, leśnik pożar, inspektor gazociąg, ratownik miejsce katastrofy? Dron powinien być kolejnym narzędziem w ich rękach.
I tu dochodzimy do rzeczy, której kompletnie nie rozumiem w całej tej opowieści o „zawodach przyszłości”.
Ciągle słyszymy, że sztuczna inteligencja, automaty i drony zabiorą ludziom pracę. Gówno prawda. Część zawodów zniknie, część się zmieni, powstaną nowe. Tak było zawsze.
Był dorożkarz, pojawił się taksówkarz. Był telegrafista, dziś mamy ludzi od sieci, systemów radiowych i transmisji danych. Był zecer, teraz tekst składa się cyfrowo. Geodeta nie zniknął dlatego, że dostał GPS, skaner i drona. Rolnik nie przestał być rolnikiem, kiedy ciągnik dostał elektronikę.
Zawód nie musi zniknąć. Może dostać nowe narzędzie.
Człowiek pilnujący torów dalej pilnuje torów, tylko ma lepsze oczy. Strażak dalej gasi pożar, tylko nie musi wchodzić w dym na ślepo. Inspektor nadal odpowiada za gazociąg, ale zamiast godzinami szukać miejsca awarii, może dostać obraz tego, co dzieje się kilka kilometrów dalej. Ratownik nadal ratuje człowieka, ale dron może wcześniej dowieźć AED, lek albo sprzęt.
I właśnie tak powinno się myśleć o przyszłości.
Nie potrzebujemy stu tysięcy ludzi, których jedynym zawodem będzie „operator drona”. Potrzebujemy ludzi różnych zawodów, którzy oprócz swojej wiedzy potrafią również z drona korzystać.
Bo człowiek od kolei wie, czego szukać przy torach. Strażak rozumie obraz termiczny pożaru. Energetyk wie, jak wygląda problem z linią. Rolnik zna swoje pole. Geodeta wie, jaki pomiar jest potrzebny. Dron nie zastępuje ich wiedzy. On ją wzmacnia.
Tymczasem my zaczynamy od dupy strony. Robimy kursy.
Kurs podstawowy, zaawansowany, specjalistyczny, VLOS, BVLOS, papier jeden, papier drugi, szkolenie takie, srakie i owakie. Oczywiście część z tego jest potrzebna, bo przestrzeń powietrzna to nie plac zabaw i sam nie chcę, żeby każdy kretyn latał gdzie mu się podoba. Tylko po kursie człowiek powinien jeszcze mieć gdzie pracować. Nie wierzycie? Wpiszcie sobie w wyszukiwarkę: „operator drona praca”. Później wpiszcie: „kurs operatora drona”.
I zobaczcie różnicę.
Chętnych, żeby zrobić wam papiery za pieniądze, znajdziecie od cholery. Z ofertami, w których ktoś naprawdę mówi: „mamy dla ciebie robotę, przyjdź i wykorzystuj te umiejętności”, jest już znacznie skromniej. I tu właśnie leży problem. Samo szkolenie ludzi nie stworzy rynku.
Możemy wyprodukować dziesiątki tysięcy operatorów, zrobić im zdjęcia z certyfikatami, pogratulować „zawodu przyszłości”, a później zostawić ich z papierem w ręku, goła dupą pustym portfelem i pytaniem, gdzie do cholery mają z tym iść.
Rynek powstanie dopiero wtedy, kiedy drony naprawdę wejdą do kolei, energetyki, gazownictwa, straży, policji, ratownictwa, rolnictwa, budownictwa, geodezji, wodociągów i ochrony infrastruktury.
I wtedy nagle okaże się, że pracy jest od cholery.
Nie dlatego, że stworzyliśmy nową klasę zawodową pod nazwą „droniarz”, tylko dlatego, że tysiące fachowców dostało do ręki nowe narzędzie.
I jeszcze jedno. Dron nie musi latać. Może jechać, pływać, nurkować, wjechać do tunelu po pożarze, sprawdzić dno zbiornika, konstrukcję mostu, port albo miejsce skażenia. Może wejść tam, gdzie wysyłanie człowieka jest niebezpieczne, drogie albo zwyczajnie głupie.
Od tego nie uciekniemy.
Chyba że cywilizacja naprawdę pierdolnie na ryj. Wtedy wrócą konie, lampy naftowe, gołębie pocztowe i może nawet dorożkarze. Ale dopóki to nie nastąpi, nie potrzebujemy kolejnego Instytutu Narodowej Dronizacji, Rady Przyszłości Bezzałogowej ani Akademii Strategicznego Rozwoju Śmigiełka. Takich bytów mamy już po kokardę. U nas każdą dobrą ideę można skutecznie zabić, powołując zespół, dyrektora, sekretariat, robiąc logo, konferencję i uroczyste otwarcie.
A później wszyscy biją pianę, tylko gówno się zmienia.
Potrzebujemy wdrożeń. Drona w samochodzie patrolowym. Drona u strażaka. Drona przy ekipie energetycznej. Drona tam, gdzie może oszczędzić człowiekowi czas, pieniądze, zdrowie albo życie.
Wojna w Ukrainie pokazała nam, co bezzałogowiec potrafi zrobić człowiekowi. Najwyższy czas pokazać, co potrafi zrobić dla człowieka. I wtedy dopiero będziemy mogli mówić o prawdziwej dronizacji Polski, a nie o kolejnej konferencji, na której pięciu ludzi bez drona tłumaczy sześciu innym ludziom, jak wygląda przyszłość.
**BROŃ NIE JEST ANI PRAWICOWA, ANI LEWICOWA. DEBILIZM TEŻ NIE.**
Prezydent Nawrocki znowu odpalił dyskusję o dostępie Polaków do broni i oczywiście po pięciu minutach naród ustawił się w dwóch okopach. Prawaki za, lewaki przeciw. Jedni już widzą Glocka przy każdym pasku dyndający na dupie, drudzy najchętniej wpisaliby wiatrówkę do rejestru broni masowego rażenia, a łuskę zgłaszali do ONZ jako incydent bezpieczeństwa. Tyle że coś się w Polsce jednak zmienia. Broń przestaje być wyłącznie prawicowym fetyszem i lewicowym straszakiem. Coraz więcej normalnych ludzi zaczyna rozumieć rzecz banalnie prostą.
Problemem nie jest sam kawał metalu, tylko człowiek, który nie umie się nim posługiwać, nie ma pojęcia o odpowiedzialności albo ma w głowie przeciąg zamiast mózgu.
Za wschodnią granicą trwa wojna i nagle okazało się, że europejskie pierdolenie o wiecznym pokoju było warte dokładnie tyle, ile zwykle warte są piękne deklaracje, kiedy pierwszy pocisk spada na blok mieszkalny. Przez lata wciskano ludziom, że wojna to jakiś relikt XX wieku, coś z podręcznika, czarno-białych kronik i przemówień pod pomnikiem. Ja w to nigdy nie wierzyłem. Pokój nie jest stanem naturalnym świata. Pokój jest przerwą, o którą trzeba dbać, na którą trzeba być przygotowanym i której trzeba umieć bronić. Dzisiaj coraz więcej Polaków chce czuć się bezpieczniej i nie widzę w tym nic dziwnego.
I dlatego zamiast kolejnej napierdalanki o to, czy broń jest prawicowa, czy lewicowa, może warto wreszcie powiedzieć jasno: dostęp tak, ale dla ludzi przeszkolonych, sprawdzonych i odpowiedzialnych. To naprawdę nie jest fizyka kwantowa. Nie trzeba do tego dwudziestu doradców, pięciu think tanków i człowieka z cygarem, który za duże pieniądze tłumaczy politykom, że obywatel chciałby czuć się bezpiecznie. To jest prostsze niż budowa cepa.
Mnie część ludzi od lat nazywa lewakiem. Niech sobie nazywa. Z socjalu nigdy nie korzystałem, z 500 ani 800 plus życia nie zbudowałem, bo wtedy tego nawet nie było, za to legalną broń mam od 2004 roku. Najpierw do ochrony osobistej, od około dziesięciu lat również sportową. Mam pięć różnych sztuk. Moi synowie także mają pozwolenia. I, o dziwo, wszyscy nadal żyjemy. Nikt nikogo nie zastrzelił przy śniadaniu, nikt nie urządził Dzikiego Zachodu na osiedlu, sąsiedzi nadal mówią „dzień dobry”, a listonosz nie przychodzi w kamizelce kuloodpornej.
Broń jest w moim życiu praktycznie od zawsze. Widziałem jej dużo, strzelałem dużo i dlatego nie mam potrzeby ani robić z niej fetyszu, ani srać ze strachu na widok lufy pistoletu. Pamiętam natomiast pierwsze strzelania moich synów. Spocone ręce, adrenalina, lufa zaczynająca wędrować tam, gdzie nie powinna, palec, który początkujący odruchowo chciałby położyć na spuście. I właśnie dlatego przy człowieku stoi instruktor. Nie dla ozdoby, nie do zdjęcia na Facebooka i nie po to, żeby potem można było napisać „zaliczone szkolenie”.
Po to są komendy, zasady, szkolenie i egzamin, żeby byle debil nie odstrzelił sobie nogi, koledze dupy albo przypadkowemu człowiekowi głowy. Broń nie wybacza głupoty. Dlatego nie kupuję bajki, że wystarczy skończyć osiemnaście lat, pokazać dowód i można ruszać po pistolet jak po wiertarkę. Chcesz broń? Naucz się nią posługiwać. Naucz się ją sprawdzać, rozładować, zabezpieczyć i przechowywać. Zdaj egzamin. Pokaż, że rozumiesz, iż to nie jest zabawka dla dużych chłopców z kompleksem małego fiuta. I wtedy proszę bardzo.
Moi synowie od lat chodzili też na samoobronę, nauczyli się posługiwać bronią i latać dronami. I latają nimi, powiem nieskromnie, lepiej niż niejeden samozwańczy „operator”, który kupił sprzęt za kilka tysięcy, obejrzał trzy filmiki na YouTube i już zaczyna mówić o sobie jak o pilocie Sił Powietrznych. Kazałem im się tego uczyć, zanim drony stały się modne, zanim wojna w Ukrainie pokazała pół Europy, że mały kawał plastiku z kamerą może być oczami oddziału, narzędziem rozpoznania i czymś znacznie poważniejszym niż zabawką do filmowania grilla.
I nie, moi synowie nie są w wojsku ani w służbach ani na państwowej posadzie . Nie chcieli. Nie mieli takiej potrzeby i ja nie zamierzałem ich tam na siłę wpierdalać tylko dlatego, że sam przez lata żyłem blisko wojska i służb. To są dorośli ludzie, mają własne życie i własne wybory. Można nauczyć córki/syna samoobrony, strzelania, pierwszej pomocy, dronów, orientacji w terenie i odpowiedzialności, a jednocześnie nie robić mu z życia poligonu. Nie każdy musi zakładać mundur, żeby nie być bezradnym. Mundur jest wyborem. Bezradność nie powinna nim być.
Ja chciałem tylko jednego: żeby w chwili, kiedy coś naprawdę pójdzie w chuj i zesra, nie stali z otwartą mordą i nie czekali, aż przyjedzie ktoś mądrzejszy i zrobi wszystko za nich, potrafili obronić swoich bliskich i nie wyli z bezradności. Samoobrona, broń, pierwsza pomoc, drony, orientacja w terenie, to nie jest militaryzowanie człowieka. To jest uczenie go samodzielności. Nie uczysz dzieci świata, jaki chciałbyś zobaczyć. Uczysz ich świata, jaki może naprawdę któregoś dnia zapukać do drzwi.
I właśnie dlatego jestem za szerszym dostępem do broni dla ludzi odpowiedzialnych i wyszkolonych, a nie za powszechnym rozdawnictwem. Bandzior, który naprawdę chce zdobyć broń nielegalnie, nie idzie grzecznie do WPA z kompletem dokumentów, nie robi badań, nie fotografuje się do podania i nie czeka cierpliwie na decyzję. Przestępca ma ustawę o broni i amunicji głęboko w dupie. Zwykły obywatel ma natomiast przejść procedury, badania i egzamin. I dobrze. Nie rozumiem tylko sytuacji, w której uczciwemu człowiekowi dokręca się kolejne śruby, a potem z poważną miną udaje, że bandyta od tego też zostanie bez broni. No kurwa nie zostanie. On nie czyta Dziennika Ustaw do poduszki.
I wiecie, co jest w tym wszystkim najbardziej absurdalne? Dzisiaj bardziej od legalnego posiadacza broni po badaniach, szkoleniu i egzaminie potrafi mnie wkurwić wariat na hulajnodze albo rowerzysta, który zachowuje się tak, jakby ulica, chodnik i przejście dla pieszych były jego prywatnym folwarkiem odziedziczonym po dziadku. Jedzie pod prąd, wpada między ludzi, przecina przejście, wymusza, a potem patrzy z miną świętej krowy, bo przecież „on ma pierwszeństwo”. Niektórzy mają w dupie pieszych, kierowców, znaki i zwykły zdrowy rozsądek, bo gdzieś przeczytali, że są na prawie. Jakby pierwszeństwo było polem siłowym odbijającym półtorej tony samochodu. I to jest kurwa chore.
Prawo bez odpowiedzialności produkuje idiotów przekonanych, że skoro mogą, to znaczy, że wolno im wszystko. Dokładnie dlatego przy broni potrzebne są szkolenie, egzamin i kultura odpowiedzialności. Każde narzędzie — pistolet, samochód, rower, hulajnoga czy dron — w rękach debila może zrobić krzywdę komuś innemu. Różnica polega tylko na tym, że przy pistolecie wszyscy nagle odkrywają potrzebę odpowiedzialności, a przy hulajnodze odpowiedzialność kończy się czasem na aplikacji w telefonie i przekonaniu, że świat ma przed użytkownikiem rozstąpić się jak Morze Czerwone przed Mojżeszem.
Żołnierz WOT? Tak, powinien mieć łatwiejszą drogę. Żołnierz zawodowy, rezerwista, policjant? Też. Jeżeli państwo już człowieka bada, szkoli i powierza mu broń służbową, to robienie mu po raz drugi identycznych badań psychologicznych i lekarskich tylko dlatego, że chce mieć własną broń, jest biurokratycznym kabaretem. Ale mundur nie daje magicznej wiedzy. Jeżeli człowiek nie był szkolony na pistolecie, to ma pokazać, że umie się nim posługiwać. Sama naszywka WOT nie powoduje, że nagle spływa na niego duch mistrza strzelectwa. Jeśli formacja szkoli go realnie na danym rodzaju broni i sprawdza jego umiejętności, drugi egzamin jest zbędny. Jeśli nie szkoli, egzamin powinien zostać. Nie dublujmy papierów, ale też nie likwidujmy rozsądku.
Podobnie z cywilem. Chcesz broń sportową? Przejdź procedurę, zdaj egzamin, pokaż, że nie jesteś zagrożeniem dla siebie i otoczenia, kup broń i ciesz się nią. Nie rozumiem, dlaczego zdrowy, niekarany i wyszkolony człowiek ma być przez państwo traktowany jak potencjalny bandyta tylko dlatego, że w sejfie ma pistolet. Sam fakt, że ktoś posiada legalną broń, nie powoduje przecież, że po zmroku wyrastają mu kły, a przy pełni księżyca zaczyna polować na sąsiadów.
Jest jeszcze temat obrony domu. Politycy i prawnicy potrafią mówić o włamaniu takim językiem, jakby sprawca wcześniej wysłał formularz, zgłosił wizytę i zamówił kawę. Tymczasem budzisz się o drugiej w nocy, ktoś forsuje drzwi, rozwala zamek, wchodzi do twojego domu i możesz mieć kilka sekund na decyzję. Jeżeli ktoś nocą siłą wdziera się do mojego domu, to ja nie mam obowiązku prowadzić z nim seminarium z prawa karnego i pytać, czy przyszedł tylko po telewizor, czy może przy okazji chce zrobić krzywdę mnie albo mojej rodzinie.
To on stworzył tę sytuację. To on przyszedł pod moje drzwi. To on je sforsował. To on sprawił, że muszę reagować pod stresem, w ciemności i być może w kilka sekund. Dom to nie ring, włamanie to nie sparing, a napastnik nie jest gościem, który pomylił numer mieszkania. Jeżeli człowiek siłą wdziera się nocą do cudzego domu, musi się liczyć z tym, że gospodarz będzie się bronił i że ta obrona może mieć dla niego bardzo poważne skutki. Ja w takim konflikcie stoję po stronie gospodarza, nie włamywacza.
I jeszcze myśliwi. Nie jestem myśliwym i wiele rzeczy związanych z łowiectwem mi się nie podoba. To moje przekonania. Nie zamierzam polować. Ktoś chce, spełnia przepisy i robi to legalnie? Jego sprawa. Chuj mi do tego. Tak samo jak jemu powinno być chuj do tego, że ja mam broń sportową albo do ochrony osobistej. Na tym właśnie polega wolność, a nie na tym, że każdy ma żyć dokładnie tak, jak podoba się jednej czy drugiej politycznej sekcie.
Najbardziej bawi mnie przy tym mit, że wielki karabin jest z definicji groźniejszy od małego pistoletu, bo większy wygląda bardziej wojskowo i lepiej prezentuje się w telewizji. Broń krótka jest mała, łatwa do ukrycia, błyskawiczna do dobycia i używana najczęściej na bardzo małym dystansie. Każdy, kto faktycznie miał z bronią coś wspólnego, wie, że długość lufy nie jest miarą zagrożenia. Ale czarny karabin lepiej wygląda w materiale telewizyjnym, więc łatwiej nim straszyć ludzi między prognozą pogody a reklamą proszku do prania.
Dlatego zamiast kolejnej ideologicznej wojny wolę prostszy model: więcej strzelnic, więcej szkolenia, więcej odpowiedzialności, mniej idiotycznej biurokracji, jaśniejsze przepisy dotyczące obrony własnego domu i zero rozdawania broni ludziom tylko dlatego, że skończyli osiemnaście lat i potrafią podpisać się na formularzu.
Bo broń nie jest prawicowa ani lewicowa. Nie jest patriotyczna ani antypatriotyczna. Nie głosuje na Nawrockiego, Tuska, Mentzena ani kogokolwiek innego. To tylko kawał metalu. Najbardziej niebezpieczna część całego zestawu stoi zawsze po drugiej stronie przyrządów celowniczych i ma mózg.
Albo, niestety, czasem w czaszce zostały już tylko kości po zdechłym mózgojadzie.
TRZYDZIEŚCI LAT ŁAPALI RUSKICH. TERAZ GÓWNO WYŁAZI SPOD ICH WŁASNEJ WYCIERACZKI
Jeżeli z afery Zondacrypto, przy takich pieniądzach, kontaktach politycznych, byłych ludziach służb i dostępie do państwa, nie wyjdzie choćby poważny rosyjski wątek zainteresowania tym środowiskiem, to będę autentycznie zdziwiony. Nie twierdzę, że już go udowodniono. Twierdzę, że kontrwywiad, który przy czymś takim nie sprawdza Rosjan od piwnicy po komin, powinien zmienić zawód.
Zondacrypto miało być historią o kryptowalutach. Tymczasem prokuratura bada oszustwa, pranie pieniędzy, zorganizowaną grupę, pojawia się płatna protekcja, milionowe przepływy, Monako, fundacje, polityka i ludzie zdolni otwierać drzwi do państwowych instytucji. Śledztwo połączono już ze sprawą BitBay, są kolejne zatrzymania i zarzuty. To przestała być historia o bitcoinie. To zaczyna być historia o tym, kto w Polsce miał dostęp do kogo i za ile.
I właśnie przy Zondzie nagle przypomniało mi się trzydzieści kilka lat wielkiego polowania na „ruską agenturę”. Od 1992 roku Macierewicz i jego środowisko budowali swoją polityczną legendę na jednym przekazie: oni widzą Moskwę tam, gdzie inni są ślepi. Normalnie Klub Jasnowidzów RP, tylko kryształowej kuli nie trzeba, bo wystarcza teczka, czerwony flamaster i przeciwnik polityczny w odpowiednim miejscu.
Były teczki, Wałęsa, później WSI, raporty, archiwa, nazwiska, „układy”, a na końcu „Reset” — wielka opowieść o rosyjskich wpływach, FSB, Moskwie i politykach, którzy mieli nie rozumieć zagrożenia.
Tylko po ponad trzydziestu latach mam coraz prostsze pytanie: ilu rosyjskich szpiegów naprawdę dzięki tej wielkiej krucjacie wsadzono prawomocnie do więzienia, a ilu Polakom rozwalono życie nazwiskiem w teczce, sugestią, przeciekiem albo raportem? Nie ilu ludzi nazwano „agentami”. Nie ilu pokazano palcem. Ilu udowodniono przed sądem pracę dla rosyjskiego wywiadu. Bo z politycznymi trupami zawsze szło temu środowisku zdecydowanie sprawniej niż z rosyjskimi.
I wtedy pojawia się Tomasz L. Człowiek z warszawskiego ratusza czasów Lecha Kaczyńskiego, później członek komisji likwidacyjnej WSI, mający dostęp do materiałów „ściśle tajnych”. ABW zatrzymała go 17 marca 2022 roku pod zarzutem szpiegostwa dla Rosji. Nie twierdzę, że był rosyjskim agentem już w komisji WSI — obecny akt oskarżenia dotyczy działalności od 2017 roku. To, że śledczy nie postawili mu zarzutów za wcześniejszy okres, oznacza dokładnie tyle, że nie przedstawiono materiału pozwalającego taki zarzut postawić. Nie jest ani dowodem jego wcześniejszej działalności, ani dowodem, że jej nie było. I właśnie dlatego dla ludzi zawodowo przekonujących Polaków, że Rosjan wyczuwają po zapachu papieru, powinien to być przypadek do rozłożenia na atomy. Radar podobno obejmował pół Europy, tylko na własnym podwórku najwyraźniej wszedł w tryb offline.
I co dzieje się później? Powstaje „Reset”. Premiera w czerwcu 2023 roku, po ponad roku pracy archiwalnej i analizie około dziesięciu tysięcy dokumentów. Wielki serial o rosyjskich wpływach z lat 2007–2015.
I przy tej dacie naprawdę parsknąłem.
Do 2015. Ani roku dalej.
No bo przecież potem władzę objął PiS, więc najwyraźniej rosyjscy szpiedzy dostali SMS-a z Kremla: „Panowie, pakujemy walizki, w Warszawie zmienił się rząd”. Część zapewne wróciła do Moskwy, reszta wyemigrowała na Marsa, a FSB wywiesiła na Łubiance kartkę: „POLSKA ZAMKNIĘTA. PONOWNE OTWARCIE PO ZMIANIE WŁADZY”.
Kurwa, kontrwywiadowczy raj na ziemi. Wystarczy wygrać wybory i obce służby same się rozwiązują.
Oczywiście „Reset” miał określony temat i ramy czasowe, więc samo zakończenie narracji na 2015 roku niczego nie dowodzi. Ale przy serialu przedstawianym jako wielkie rozliczenie rosyjskich wpływów w Polsce trudno nie zauważyć, jak wygodnie granica badania pokrywa się z momentem, w którym władzę przejmuje własny obóz polityczny.
Zwłaszcza że Tomasz L. jest już od ponad roku zatrzymany, a od grudnia 2022 roku publicznie wiadomo, że siedział wcześniej w komisji WSI. Gdyby taki życiorys prowadził przez gabinet Tuska, jestem dziwnie spokojny, że oglądalibyśmy jego zdjęcie na pół ekranu, czerwone strzałki prowadzące do Moskwy i muzykę jak pięć minut przed desantem Specnazu. Ale kiedy człowiek wyrastał z własnego środowiska bezpieczeństwa, temat jakoś nie stał się osią wielkiej opowieści o rosyjskiej penetracji.
Jeszcze ciekawsza jest Sowa i Przyjaciele. Afera, która pomogła roznieść politycznie rząd PO-PSL i zmieniła histori�� wyborów 2015 roku. Marek Falenta został prawomocnie skazany za organizowanie nielegalnych nagrań. Handlował rosyjskim węglem, przed aferą kontaktował się z CBA i ABW, a później jego wspólnik zeznał, że nagrania miały przed publikacją trafić do Rosjan. Falenta temu zaprzecza, a rosyjska operacja nie została sądowo udowodniona. I właśnie dlatego normalny kontrwywiad powinien tę sprawę pruć do ostatniej nitki.
A w „Resecie”? Wielkie prześwietlanie rosyjskich wpływów, ale Sowa nie stała się osią śledztwa. Jakby operacja kompromitująca kierownictwo państwa, której politycznym beneficjentem była prawica i przy której istnieje niewyjaśniony rosyjski ślad, była mniej interesująca niż kolejne spotkanie Tuska czy Sikorskiego. Najwyraźniej mikroskop był świetny, tylko zoom działał głównie w jedną stronę. Wadliwy model, zdarza się nawet najlepszym laboratoriom.
No ale jak ekspertem jest ochraniarz z linii kas który koncertowo w chuja zrobił producentów tego shitu twierdząc że był żołnierzem a oni to łyknęli bez popity 📷
Potem mamy aferę podkarpacką. Burdele, gangsterzy, politycy, służby, podejrzenia kompromatu i wieloletnie powiązania właścicieli agencji z polskimi strukturami bezpieczeństwa. Dziś wiemy z nowych ustaleń dziennikarskich, że bracia Rysicz mieli być wieloletnimi informatorami polskich służb, a kwestia rzekomych nagrań polityków pozostaje nieudowodniona i pełna sprzecznych relacji. Ale dla każdego kontrwywiadowcy sam zestaw: seks, politycy, kompromat, cudzoziemcy i ludzie służb powinien być jak syrena przeciwlotnicza. I znowu nie pamiętam, żeby ta sprawa stała się wielkim rozdziałem „Resetu”. Gdyby identyczna burdelowa układanka prowadziła do ludzi PO, pewnie mielibyśmy trzy odcinki, komisję, książkę i mapę powiązań wielkości prześcieradła.
I właśnie tutaj przestaje mnie interesować pojedynczy przypadek, a zaczyna interesować wzór.
Kiedy trop prowadził do politycznych przeciwników, każdy kontakt urastał do rangi dowodu historycznego. Dokument sprzed trzydziestu lat wystarczał, żeby człowieka przeciągnąć publicznie po betonie. Znajomość była podejrzana. Spotkanie było znaczące. Brak dokumentu też bywał znaczący, bo przecież „służby zacierają ślady”.
Ale kiedy smród zaczyna wychodzić po prawej stronie, nagle wszyscy przypominają sobie podstawy logiki. Kontakt nie dowodzi współpracy. Znajomość nie jest przestępstwem. Zdjęcie niczego nie rozstrzyga. Człowieka nie wolno oskarżać bez dowodów. Normalnie cudowne ozdrowienie państwa prawa — wystarczyło, żeby podejrzenia skręciły nie w tę ulicę co zwykle.
I wiecie co?
Dokładnie tak powinno być. Tylko gdzie, kurwa, byliście z tym standardem przez poprzednie trzydzieści lat???
Dlatego coraz mniej wierzę, że głównym produktem tej całej operacji było oczyszczanie Polski z rosyjskiej agentury. Gdyby tak było, oczekiwałbym po trzydziestu latach przede wszystkim galerii rozbitych rosyjskich siatek, ludzi skazanych za pracę dla FSB, GRU czy SWR i opisów operacji, które obroniły państwo.
Tymczasem najbardziej rozpoznawalnym produktem są teczki na Polaków, nazwiska Polaków, raporty o Polakach i polityczne egzekucje Polaków.
Nie twierdzę, że Macierewicz, Cenckiewicz czy ich ludzie pracowali dla Rosji. Nie mam na to dowodów i takie oskarżenie byłoby zwyczajnie głupie. Stawiam natomiast pytanie dużo bardziej niewygodne:
A CO, JEŚLI „RUSKA AGENTURA” Z CZASEM PRZESTAŁA BYĆ CELEM, A STAŁA SIĘ NARZĘDZIEM?
Narzędziem do otwierania archiwów, rozwalania instytucji, wyciągania teczek, znakowania przeciwników i budowania własnego obozu jako jedynych prawdziwych patriotów.
Bo jeśli naprawdę chodziło o Rosjan, to dlaczego Sowa, Tomasz L. i Podkarpacie nie dostały w wielkiej opowieści o rosyjskich wpływach choćby części tej energii, którą poświęcono politycznym przeciwnikom?
A teraz przychodzi Zondacrypto. I dlatego patrzę uważnie.
Bo może się okazać, że kiedy współczesne służby naprawdę zaczną szukać wpływu poprzez pieniądze, biznes, kryptowaluty, byłych funkcjonariuszy, pośredników, media i dostęp do polityków, to nitki nie pójdą wyłącznie w stronę, w którą przez trzydzieści lat kazano patrzeć Polakom.
Może część pójdzie pod zupełnie inną wycieraczkę. I wtedy pozostanie tylko jedno pytanie:
ILE ROSYJSKICH SIATEK ROZBILIŚCIE, A ILE POLSKICH ŻYCIORYSÓW ROZJECHALIŚCIE TECZKAMI?
Bo może największym sukcesem trzydziestoletniej wojny „łowców ruskich szpiegów” wcale nie było złapanie Rosjan. Może największym sukcesem było przekonanie połowy Polski, że ruskim agentem może być każdy przeciwnik. A kiedy ludzie już w to uwierzyli, następny krok był banalnie prosty.
Zdobyć władzę.
I teraz moja prognoza, której jeszcze kilka miesięcy temu bym nie postawił.
Jeżeli Zondacrypto rzeczywiście okaże się aferą, która na dobre przyklei się do starej prawicy i zahaczy również o ludzi Konfederacji, to największym politycznym beneficjentem wcale nie musi być Tusk.
Może nim być Grzegorz Braun. Zdziwko co? 📷
Bo Braun ma dzisiaj luksus, którego PiS i część Konfederacji mogą mu bardzo szybko zacząć zazdrościć: na obecnym materiale może powiedzieć swoim wyborcom „mnie przy tym stole nie było”. I dokładnie na takiej opowieści można budować antysystemową partię.
Braun nie będzie wtedy bronił starej prawicy. On ją przejedzie walcem, bo politycznie bardziej opłaca mu się zebrać jej wkurwionych wyborców niż ratować Kaczyńskiego, Wiplera czy kogokolwiek innego.
Nie zrobi tego przede wszystkim „dla Polski”, choć zapewne tak to sprzeda. Zrobi to dla Brauna i dla swojej partii.
I żeby było jeszcze zabawniej, nie jest to już tylko moja fantazja. Politolodzy zaczynają publicznie mówić dokładnie o takim scenariuszu: że na Zondacrypto stratna może być duża część prawicy, a Braun może pozostać jedynym dużym graczem po tej stronie, który na aferze zyska zamiast stracić.
Jeżeli więc Zonda będzie dalej puchła, patrzyłbym nie tylko na prokuraturę i Pałac Prezydencki.
Patrzyłbym też na Brauna.
Bo stara prawica może jeszcze odkryć coś bardzo zabawnego.
Przez lata hodowała wyborcę przekonanego, że wszędzie są układy, zdrada, agentura, kupione elity i zgniłe państwo.
A teraz może przyjść Braun, wskazać właśnie na nich i powiedzieć:
„No przecież mówiłem.”
I wtedy dopiero będę rechotał. Bo największym politycznym żartem tej historii byłoby, gdyby ludzie, którzy przez trzydzieści lat wygrywali na przekonywaniu Polaków, że wszyscy inni są umoczeni, zostali na końcu pożarci przez polityka, który przekona ich własnych wyborców, że umoczeni są właśnie on
WY GRZEBIECIE W MOIM ŻYCIORYSIE . JA GRZEBIĘ W WASZYCH UKŁADACH. WYJCIE GŁOŚNIEJ — BĘDZIE Z TEGO KOLEJNA KSIĄŻKA. :)
Uwielbiam, kiedy niektórzy dostają spazmów na temat mojej przeszłości. Naprawdę. Człowiek otwiera internet, a tam kolejny moralny autorytet wyje, że Kafir coś zrobił, gdzieś był, z kimś pracował, komuś nadepnął na odcisk i generalnie powinien natychmiast uklęknąć, posypać głowę popiołem i rozpocząć publiczną pokutę. Chyba wam się, kurwa, mózgi przegrzały. Ja nie jestem politykiem, ministrem, posłem ani prezesem państwowej spółki. Nie biorę od was pensji, nie proszę o głosy i nie potrzebuję medialnego świadectwa moralności. Jestem prywatnym człowiekiem, który przeżył swoje życie po swojemu, więc jeśli jakiś podrzędny dziennikarz albo publicysta z Bożej łaski myśli, że będę się przed nim tłumaczył, bo przeczytał trzy akapity, połowy nie zrozumiał, a drugą połowę sobie dopowiedział, to chyba naprawdę sufit spierdolił mu się na łeb.
Tak, robiłem rzeczy dobre. Robiłem też rzeczy brzydkie, twarde i takie, których dzisiaj pewnie nie opowiadałbym dzieciom przed snem. Byłem na wojnie, robiłem robotę operacyjną tam, gdzie odłamki śmigały jak pojebane, a ludzkie życie czasem kosztowało mniej niż używany kałach. I wiecie co? Chuj wam do tego. Nie zamierzam za to przepraszać, niczego nie żałuję i nie będę po latach udawał ministranta tylko dlatego, że kilku ludziom z mediów od mojej biografii podnosi się ciśnienie. To było moje życie, moje decyzje, moje ryzyko i moje konsekwencje. Ja tam byłem. Oni najczęściej byli wtedy najwyżej przy telewizorze albo bufecie lub lizali dupe za kolejny stołek.
Rechoczę z tych pseudosędziów z przeszłością moralnie tak zawikłaną, że przy niej węzeł gordyjski wygląda jak zwykły kawałek sznurka upaprany gównem.
A mimo to z miną moralnych arbitrów osądzają cudze życiorysy i wyją przy tym głośniej niż suka na łańcuchu.
. Podrzędne dziennikarskie kurwy na pasku polityków, publicyści z Bożej łaski, małe chuje z wielkim ego, byli funkcjonariusze prostujący własne życiorysy tak długo, aż sami chyba przestali pamiętać, gdzie kończy się prawda, a zaczyna legenda, oraz zawodowi moraliści, którzy cudze przewinienia potrafią oglądać pod mikroskopem, ale przy własnych nagle dostają zaćmy. Rosyjskie znajomości? „Kontekst”. Niewygodne interesy? „Zbieg okoliczności”. Polityczna smycz? „Niezależność”. Kasa? „Honorarium”. Zlecenie? „Poglądy”. Ale kiedy chodzi o mnie, nagle komisja beatyfikacyjna zbiera się w pełnym składzie i sprawdza, czy kandydat przypadkiem kiedyś nie powiedział „kurwa”. Powiedział. Wielokrotnie. Oszczędzę wam pracy archiwalnej.
Bywałem w miejscach, gdzie pachniało prochem, i w gabinetach, gdzie znacznie mocniej śmierdziało układami. Poznałem ministrów, generałów, biznesmenów, funkcjonariuszy, byłych funkcjonariuszy, politycznych przydupasów i medialnych specjalistów od zmieniania poglądów szybciej niż prognozy pogody. Widziałem ludzi, których ego było tak wielkie, że należało je zgłaszać do kontroli lotów. Widziałem też takich, którzy rano byli niezależni, w południe odbierali telefon, a wieczorem zupełnym przypadkiem mieli już właściwe zdanie na właściwy temat. Dlatego przez lata nauczyłem się jednej rzeczy: im głośniej ktoś mówi o honorze, patriotyzmie, niezależności i zasadach, tym uważniej warto patrzeć, kto płaci mu rachunki i kto do niego dzwoni, kiedy trzeba zmienić narrację.
Więc możecie sobie wyć o mojej przeszłości, ile chcecie. Możecie pisać artykuły, robić miny prokuratorów, budować sensacje z rzeczy, o których ja sam pisałem w książkach, i udawać, że odkryliście Amerykę. Możecie się nawet zesrać z oburzenia. Naprawdę mnie to nie rusza. Bo ja nie mam potrzeby wybielać swojego życia. Nie będę udawał, że wszystko, co robiłem, było ładne, czyste i pachniało fiołkami. Nie było. Czasem było brudne, czasem brutalne, czasem moralnie niejednoznaczne. Taka była robota. I właśnie dlatego śmieszą mnie ludzie, którzy znają służby z seriali, wojnę z YouTube’a, operacje specjalne z podcastów, a potem chcą mnie uczyć, jak powinienem się czuć wobec własnej przeszłości.
Nie czuję wstydu. Nie żałuję. Nie przepraszam. Nie będę się kajał. Jeśli komuś to przeszkadza, może sobie wyć w mediach aż się posra.
I właśnie dlatego, kiedy słyszę dzisiaj całe to pierdolenie o kryptowalutach jako symbolu czystej wolności, postępu, suwerenności i nowoczesności, chce mi się rżeć. Ja nie widzę żadnej magicznej rewolucji. Widzę stary syf ubrany w nowy garnitur. Technologia się zmieniła, chciwość nie, a ludzie też niespecjalnie. Znam świat leżący na styku służb, politycznego szamba, wielkich pieniędzy, lobbystów i szemranych interesów, dlatego wiem, jak szybko każde nowe narzędzie zaczyna służyć nie tylko uczciwym ludziom, ale również tym, którzy chcą ukrywać ślady, przerzucać brudną kasę, kupować wpływy i budować interesy tak, żeby nikt nie zadawał zbyt wielu pytań.
Kryptowaluty same w sobie nie są diabłem. Młotek też nie jest winny temu, że ktoś komuś rozjebał nim czaszkę. Problem zaczyna się wtedy, kiedy wokół narzędzia buduje się religię, a każdą próbę kontroli przedstawia jako zamach na wolność. Bo wolność bez reguł ma zabawną właściwość: uczciwy człowiek dostaje wygodę, oszust dostaje autostradę, mafia ciężarówkę, a polityk może jeszcze przyjść przeciąć wstęgę. To, co kiedyś pełzało po darknecie, dzisiaj potrafi założyć drogi garnitur, kupić zegarek droższy od mieszkania, zrobić zdjęcie z politykiem, wystąpić na konferencji i opowiadać o przyszłości gospodarki. Potem pół internetu klęka przed wizjonerem, bo wizjoner ma Lamborghini i więcej obserwujących niż rozumu.
I właśnie ten świat znam aż za dobrze. Świat, w którym ludzi się kupuje, łamie, uzależnia, kompromituje i trzyma na niewidzialnej smyczy. Im wyżej ktoś siedzi, tym więcej jest wart dla tego, kto chce go mieć. Polityczny stołek nie chroni dupy, tylko podnosi cenę pajaca, który akurat na nim siedzi. Najlepsza smycz jest taka, której pies nie czuje. Wystarczy potem gwizdnąć: aport, waruj, głosuj, mów, milcz, atakuj tego, broń tamtego — i koniecznie przekonuj wszystkich, że robisz to z własnego przekonania.
Dlatego jeśli ktoś nadal czeka, aż ja zacznę się tłumaczyć ze swojego życia, żałować własnych decyzji albo prosić medialne kurwy o rozgrzeszenie, to może sobie przygotować wygodny fotel. Trochę posiedzi. Ja się nie kajam. Bo kiedy człowiek z moją przeszłością zaczyna przy części polskich elit wyglądać jak wzór cnót obywatelskich, to nie jest, kurwa, mój problem. To jest problem tych elit.
Szerzej o tym brudnym świecie piszę razem z B. East w książce „Układ milczenia”. Uprzedzam tylko: to nie jest, kurwa, lektura do podusi. Link poniżej. Czytacie na własną odpowiedzialność bo tam pisze o sprzedajnych, prokuratorach, dziennikarzach, politykach, funkcjonariuszach sprzedajnych bardziej niż kurwa przy drodze. O mafii u władzy z modlitwą na ustach.
https://t.co/YjiMfD6fAE
W NIEMCZECH JUŻ PIERDOLNĘŁO. U NAS TO KWESTIA CZASU, A MY DALEJ SZUKAMY DRUGIEJ DZIURY W DUPIE
Tusk to Niemiec i chuj. Ukraińcy to banderowcy. Bruksela chce zniszczyć Polskę. Amerykanie są naszymi braćmi, Trump nas uratuje, a jak będzie naprawdę źle, to zza oceanu przypłynie kawaleria i wszyscy będą umierać za Warszawę.
Kurwa, dorośnijmy.
Amerykanie nas nie kochają. Trump też nas nie kocha. Pomoże nam wtedy, kiedy uzna, że jest to korzystne dla Stanów Zjednoczonych. Jeżeli obrona Polski będzie się Ameryce politycznie, militarnie i gospodarczo opłacała, będziemy ważnym sojusznikiem. Jeżeli rachunek zacznie wyglądać inaczej, Trump zrobi dokładnie to, co powinien zrobić prezydent USA: będzie pilnował interesu USA, a nie naszego dobrego samopoczucia.
Tak samo Niemcy pilnują Niemiec, Ukraina Ukrainy, Francuzi Francji, a my, do kurwy nędzy, powinniśmy wreszcie zacząć pilnować Polski.
Tymczasem wojna hybrydowa przestaje być prezentacją w PowerPoincie dla generałów i polityków, a zaczyna śmierdzieć materiałem wybuchowym.
Na lotnisku Lipsk/Halle znaleziono drona z około sześciuset gramami materiału wybuchowego, który miał zostać użyty przeciwko ukraińskiemu samolotowi transportowemu. Niemiecki rząd po zakończeniu części ustaleń powiedział wprost: za próbą ataku stoi Rosja.
Nie „prawdopodobnie internetowi aktywiści”. Nie „nieznani sprawcy protestujący przeciw zmianom klimatu”. Rosja.
A teraz Brandenburgia, jakieś trzydzieści kilometrów od polskiej granicy. Atak na infrastrukturę energetyczną, uszkodzone linie, urządzenia wybuchowo-podpalające, działania saperów i krótkotrwałe problemy z zasilaniem. Według niemieckich mediów doszło również do detonacji. Tutaj sprawcy nie są jeszcze znani i nie będę robił z gęby dupy, przypisując komuś coś, czego śledztwo jeszcze nie udowodniło.
Ale w Niemczech już, kurwa, pierdolnęło.
Nie na Donbasie. Nie pod Charkowem. Nie trzy tysiące kilometrów od nas.
Kilkadziesiąt kilometrów od polskiej granicy.
I teraz spójrzcie na naszą debatę publiczną.
Część prawicy potrafi znaleźć niemieckiego agenta w paragonie z Lidla, ukraińskiego banderowca w każdej żółto-niebieskiej fladze, a spisek Brukseli nawet w zakrętce przy butelce. Kiedy jednak dochodzimy do Rosji, nagle następuje cudowne uzdrowienie pamięci.
A właściwie jej całkowita utrata.
Rosja prowadzi największą wojnę w Europie od dziesięcioleci, zabija ludzi na Ukrainie, prowadzi operacje wpływu, cyberataki, sabotaż i działania przeciwko państwom NATO, a niemiecki rząd właśnie oficjalnie obarczył ją odpowiedzialnością za próbę zamachu na swoim terytorium.
I wtedy zaczyna się:
„Ale Tusk…” „Ale Wołyń…” „Ale Niemcy…” „Ale Amerykanie…”
Kurwa, ale Rosja.
Można pamiętać Wołyń i trzeba o nim pamiętać. Można nie ufać Niemcom. Można uważać Brukselę za bandę oderwanych od rzeczywistości urzędników. Można walić w Tuska za każdą rzecz, którą spierdoli. Można też przestać traktować Trumpa jak świętego Krzysztofa, który przeniesie Polskę przez rzekę, gdy tylko zrobi się niebezpiecznie.
To wszystko można robić jednocześnie i nadal rozumieć rzecz elementarną.
Rosja jest państwem, które ma możliwości, doświadczenie i interes w destabilizowaniu naszej części Europy.
I nie musimy już zastanawiać się, czy coś do Polski przyleci.
Bo już przylatywało. Rosyjskie rakiety i drony naruszały polską przestrzeń.
Coś się spaliło? A chuj tam na biednego nie trafiło to akurat typowo polska mentalność...
Na razie mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu. Coś przeleciało, coś spadło, czegoś szukaliśmy, potem odbywała się konferencja prasowa, generał pokazywał mapkę, minister mówił, że sytuacja jest monitorowana i po kilku dniach Polska wracała do swojej ulubionej dyscypliny sportowej: napierdalania się między sobą.
Tylko następny etap może wyglądać inaczej.
Następnym razem coś nie musi przelecieć nad polem albo spaść w lesie.
Może pierdolnąć w elektrownię. Terminal paliwowy. Lotnisko. Magazyn amunicji. Węzeł kolejowy. Centrum logistyczne. Transformator obsługujący pół miasta.
I wtedy nie będzie najważniejsze, czy zrobił to dron za pięć tysięcy dolar��w, agent z plecakiem czy miejscowy pożyteczny idiota wynajęty przez Telegram za kilka tysięcy euro.
Wtedy będzie ważne, czy państwo było na to przygotowane.
Czy działa obrona cywilna. Czy chronimy infrastrukturę krytyczną. Czy służby potrafią wyłapywać ludzi przygotowujących sabotaż. Czy mamy procedury na lotniskach, w energetyce, kolei i logistyce. Czy potrafimy neutralizować drony. Czy wiemy, kto dowodzi po pierwszym wybuchu i kto przejmuje dowodzenie po drugim.
Bo wojna hybrydowa ma jedną ogromną zaletę dla agresora: ofiara bardzo długo może udawać, że wojny jeszcze nie ma.
I właśnie to robimy najlepiej.
Szukamy drugiej dziury w dupie, żremy się o Tuska, Kaczyńskiego, Ukrainę, Niemcy, Trumpa, Unię i uchodźców, podczas gdy ktoś cierpliwie sprawdza europejskie lotniska, energetykę, transport i logistykę.
A część naszej klasy politycznej oraz jej internetowej husarii przy słowie „Rosja” nagle dostaje takiej amnezji, jakby Moskwa była pieprzonym sanatorium, a nie stolicą państwa prowadzącego wojnę tuż za naszą granicą.
W Niemczech już pierdolnęło. U nas nie pytajcie „czy”.
Pytajcie, czy kiedy pierdolnie naprawdę, będziemy przygotowani, czy znowu wyjdzie minister z mapką i powie, że sytuacja jest monitorowana.
POLITYKA NA WAKACJE. FINAŁ, BO JESIEŃ JUŻ ZA ROGIEM, A POLSKI POLITYCZNY TRUP ZACZYNA ŚMIERDZIEĆ TAK, ŻE CORAZ TRUDNIEJ GO PUDROWAĆ.
Prezydent urządza bal na tysiąc osób, bo przecież kto bogatemu zabroni, zwłaszcza kiedy rachunek można elegancko rozpuścić w państwowej kasie, a potem z poważną miną tłumaczyć obywatelom, że trzeba zaciskać pasa. A kasa? Kasa pójdzie z podatków, bo przecież was stać, obywatele. 📷
Premier tymczasem uśmiecha się coraz szerzej i zaczynam podejrzewać, że jego dobre samopoczucie jest odwrotnie proporcjonalne do sondaży, bo im gorzej wygląda poparcie, tym bardziej sprawia wrażenie człowieka, który właśnie wygrał życie. Jeszcze kilka punktów w dół i naprawdę zabraknie tylko sombrera, marakasów oraz wielkiego transparentu z napisem: „JEST ZAJEBIŚCIE, NICZEGO NIE RUSZAĆ”.
Prawica natomiast rozmnaża się przez podział z taką skutecznością, że biologowie powinni zacząć prowadzić nad nią badania. Jedna partia dzieli się na dwie, dwie na cztery, cztery na osiem, a jeśli ten trend się utrzyma, za chwilę każdy polityk będzie miał własne ugrupowanie, własnego prezesa, własny program, własną konwencję i jednego wiernego członka, czyli samego siebie. Przy tym wszystkim szarańcza zaczyna wyglądać jak wzór dyscypliny, organizacji i umiejętności działania we wspólnym interesie.
Lewica z kolei nadal potrafi rozpętać wojnę o sprawę, której przeciętny człowiek nawet nie zdążył zauważyć, a gdy chwilowo zabraknie przeciwników po drugiej stronie, bez najmniejszego problemu znajduje ich we własnych szeregach. Najbardziej groteskowe jest jednak to, że cały ten wewnętrzny napierdol rzadko dotyczy obywatela, jego portfela, bezpieczeństwa czy jakości państwa, za to wyjątkowo często kończy się przy stołkach, miejscach na listach i prawie do mówienia w imieniu ludzi, których od dawna nikt nie słucha.
Centrum jak zwykle stoi dokładnie pośrodku, uważnie sprawdza kierunek wiatru i czeka, aż stanie się jasne, w którą stronę opłaca się ruszyć, żeby chwilę później z kamienną twarzą przekonywać, że właśnie tam zmierzało od samego początku. W rezultacie jedni balują, drudzy się uśmiechają, trzeci zakładają kolejne partie, a pozostali tłumaczą społeczeństwu, że wszystko jest pod kontrolą, choć coraz bardziej przypomina to załogę tonącego statku, która zamiast łatać kadłub, poleruje mosiężne klamki.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że rachunek jak zwykle dostaje obywatel, tylko nie każdy obywatel zdaje sobie sprawę, że finansuje nie tylko państwo, lecz także cały ten polityczny cyrk, jego scenografię, aktorów, ochronę, limuzyny, konferencje, doradców i jeszcze sztab ludzi odpowiedzialnych za przekonywanie go, że powinien być wdzięczny.
Do kompletu pozostają jeszcze nasi polityczno-prawni emigranci: Romanowski, Ziobro i Szmydt. Każdy przypadek jest inny, każda sprawa ma własny kontekst prawny, ale wspólny obraz jest dla państwa cholernie niewygodny, bo pokazuje, że wobec zwykłego człowieka system potrafi być szybki, skrupulatny i bezlitosny, natomiast przy dużych nazwiskach, zagranicznych adresach, azylach, paszportach i politycznych kontaktach nagle zaczyna poruszać się jak urzędnik na trzy minuty przed końcem pracy.
Spróbuj nie zapłacić podatku, mandatu albo jakiejkolwiek należności wobec państwa, a system przypomni sobie o tobie szybciej niż część rodziny o twoich urodzinach. Kiedy jednak sprawa robi się politycznie gruba, ten sam groźny państwowy buldog przeobraża się w starego mopsa, który wprawdzie szczeka, ale głównie po to, żeby wszyscy wiedzieli, że jeszcze żyje. Potem wychodzą poważni ludzie w garniturach i przekonują nas, że instytucje działają, państwo jest silne, wymiar sprawiedliwości robi swoje, a służby czuwają, choć momentami nasze służby specjalne zaczynają wyglądać bardziej jak służby specjalnej troski. Struktur nie brakuje, etatów również, budżety są, gabinety są, samochody są, stanowiska dyrektorskie także jakoś zawsze się znajdują, tylko skuteczność najwyraźniej wyszła kiedyś na papierosa i do dziś nie wróciła.
Najbardziej ponury dowcip polega jednak na tym, że tego państwa nie trzeba nawet specjalnie rozwalać, bo ono samo od lat z godnym podziwu uporem pudruje własnego trupa. Problem w tym, że trup jest już w takim stanie, iż kosmetyka przestaje działać, skóra odpada, smród przebija przez perfumy, muchy odbywają nad nim własne posiedzenia sztabu, a politycy nadal pochylają się nad zwłokami z pędzelkiem i przekonują społeczeństwo, że wystarczy jeszcze trochę różu na policzki, nowy garnitur i odpowiednia konferencja prasowa. Każda kolejna ekipa obiecuje reanimację, po czym wymienia nieboszczykowi ubranie, poprawia fryzurę, przesuwa tabliczkę na trumnie i ogłasza historyczny sukces. Jedni nazywają to reformą, inni odbudową, jeszcze inni nowym otwarciem, ale smród pozostaje ten sam, bo od zmiany nazwy kostnicy ciało nie zaczyna oddychać.
Wakacje się kończą i nadchodzi brunatna jesień, a ja na razie mam na myśli kolor liści, choć patrząc na temperaturę debaty publicznej, poziom agresji i jakość politycznego towaru, nie mam już pewności, czy tylko o przyrodę tutaj chodzi.
Mnie też będzie tutaj trochę mniej, ponieważ kolejny „Dryfter”, następny Sztylc i kilka innych projektów skutecznie przypominają mi, że książki, niestety, nie piszą się same. Politycy opanowali znacznie wygodniejszą sztukę: żyć za cudze pieniądze, zatrudniać ludzi do opowiadania, jak ciężko pracują, i jeszcze oczekiwać oklasków za samo pojawienie się na scenie. Oni mają bale, limuzyny, konferencje, sondaże i cały przemysł pudrowania rozkładającego się politycznego trupa, a ja mam klawiaturę i chyba, kurwa, nadal zdecydowanie wolę swój zestaw.
DO KORYTA PRZEZ KOSZARY, NIE PRZEZ LEGITYMACJĘ PARTYJNĄ
Od kilku lat politycy wszystkich partii straszą wojną. Mówią o rosyjskim zagrożeniu, odbudowie rezerw, odporności państwa, obowiązku obrony ojczyzny i konieczności przygotowania społeczeństwa.
Mówią, biadolą, paplają…
Pełne studia telewizyjne, konferencje, debaty, komisje, strategie, przemówienia i patriotyczne pierdolamento. Co kilka miesięcy ktoś rzuca temat obowiązkowej służby wojskowej, reszta zaczyna drzeć ryje, później temat umiera i wszystko wraca do normy.
Czyli dojenie państwa pod przykrywką patriotyzmu.
Skoro zagrożenie wojną jest realne, to może zacznijcie wreszcie, kurwa, działać, a nie tylko wysyłać do wojska cudze dzieci ryjąc im mózgi jakimiś guzikami z munduru, że nie oddacie.
Mój postulat jest prosty. Zacznijmy od tego, że każdy, kto chce zajmować stanowisko publiczne albo zarabiać duże pieniądze dzięki państwu, powinien najpierw odbyć służbę wojskową albo realną służbę zastępczą na rzecz bezpieczeństwa kraju.
Dotyczy to posłów, senatorów, ministrów, wojewodów, radnych, burmistrzów, wójtów, prezydentów miast, członków zarządów, rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa, dyrektorów państwowych agencji i wszystkich partyjnych nominatów, którzy nagle odkrywają w sobie wielki patriotyzm, kiedy pojawia się stołek i pensja za grube dziesiątki tysięcy złotych.
Najpierw obowiązek, potem stanowisko. Najpierw służba dla Ojczyzny, taka nie na pokaz a potem koryto. Potem apanaże z naszych podatków. Najpierw pokaż, że potrafisz Polsce coś dać. Dopiero później ustawiaj się do koryta.
Bo patriotów na państwowym garnuszku mamy od chuja. Jeden głośniejszy od drugiego. Orzeł w klapie flaga w dupie, pełna gęba frazesów o narodzie, honorze, poświęceniu i obowiązku. Tylko kiedy trzeba było samemu włożyć mundur, przejść szkolenie, poświęcić kilka miesięcy życia, nauczyć się pierwszej pomocy, obsługi broni, łączności, logistyki albo działania podczas kryzysu, nagle wszyscy mieli ważniejsze sprawy.
Za to kiedy otwiera się miejsce w zarządzie Orlenu, banku, funduszu, agencji albo innej państwowej spółce, patriotyzm wraca ze zdwojoną siłą. Tam już poświęcenie dla ojczyzny nie boli. Szczególnie kiedy ojczyzna przelewa co miesiąc kilkadziesiąt tysięcy złotych.
Nie każdy musi służyć z karabinem. Są ludzie starsi, chorzy albo niezdolni do służby wojskowej. Dlatego powinna istnieć realna służba zastępcza: obrona cywilna, ratownictwo, logistyka, szpitale, cyberbezpieczeństwo, łączność, ochrona infrastruktury, pomoc podczas klęsk żywiołowych.
Ale każdy, kto chce żyć z państwa i decydować o innych, powinien wcześniej wykonać wobec tego państwa konkretny obowiązek. Nie symboliczną wizytę w jednostce. Nie zdjęcie w kamizelce. Nie konferencję na tle czołgu. Nie dwudniowe szkolenie dla kamer. Prawdziwą służbę. Z oceną, dyscypliną, odpowiedzialnością i obowiązkiem wykonania zadania.
Bo dzisiaj zbyt wielu polityków mówi młodym ludziom, że mają być gotowi umrzeć za Polskę, podczas gdy sami nie są gotowi stracić nawet weekendu, żeby nauczyć się jej bronić. Za cudze życie są odważni. Za cudze dzieci są patriotyczni. Za cudze pieniądze są hojni. A za państwowe stanowiska gotowi są poświęcić się bez reszty każdego z nas. Dość tego gówna. Chcesz decydować o bezpieczeństwie Polski? Najpierw przejdź szkolenie. Chcesz zarządzać państwowym majątkiem? Najpierw odsłuż państwu. Chcesz mówić ludziom o obowiązku patriotycznym? Najpierw sam ten obowiązek wykonaj.
Chcesz siedzieć w radzie nadzorczej, zarządzie albo parlamencie i brać pieniądze od obywateli? Pokaż, co wcześniej zrobiłeś dla kraju poza zapisaniem się do odpowiedniej partii i nauczeniem się klaskać właściwemu prezesowi.
Najpierw, kurwa, obowiązek. Potem koryto. I to jest mój postulat.
Jak nigdy nie proszę was o udostępnianie moich tekstów, tak ten powinien dotrzeć do każdego wyborcy każdej partii. Nie jako reklama. Nie jako propaganda.
Jako jedno proste pytanie do każdego polityka, radnego, burmistrza, wójta i partyjnego nominata.
Czy wasza partia wprowadzi takie zmiany by najpierw odsłużyć państwu, zanim zacznie się na tym państwie zarabiać?
A jeżeli nie, to niech zamknie mordę o patriotyzmie. A wy szukajcie takich partii które to zagwarantują i zaczną od siebie. Mrzonka? Wojna nie jest mrzonką, jak nie oni to wasze dzieci będą gnić w okopach
WYSTRZELAŁEŚ KILKADZIESIĄT TYSIĘCY WIADER AMUNICJI I MYŚLISZ, ŻE ZNASZ SIĘ NA WOJNIE? TO USIĄDŹ, BO MAM ZŁĄ WIADOMOŚĆ.
Coraz częściej widzę ludzi, którym wydaje się, że skoro wystrzelili kilka wiader amunicji, przeczytali parę książek i obejrzeli setki godzin filmów na YouTubie, to już są ekspertami od taktyki i armii.
No to mogę was, kurwa, rozczarować.
Strzelectwo sportowe ma z wojskiem tyle wspólnego, co jazda na rowerze z prowadzeniem Rosomaka. W obu przypadkach coś jedzie do przodu. I na tym podobieństwa praktycznie się kończą.
Na zawodach nikt nie wali do ciebie z moździerza. Nikt nie zrzuca dronów z granatami. Nikt nie zakłóca łączności. Nikt nie każe ci maszerować kilkudziesięciu kilometrów z pełnym oporządzeniem, a potem walczyć po dwóch dobach bez snu. Nikt nie oczekuje, że pod ostrzałem wyciągniesz rannego kolegę albo utrzymasz pozycję, mimo że wszystko w tobie krzyczy, żeby spierdalać.
Ale to nadal nie jest największa różnica.
Największa różnica polega na tym, że w wojsku przestajesz być pępkiem świata.
Nie jesteś gwiazdą osi strzeleckiej. Jesteś jednym z trybików ogromnej maszyny. Musisz znać sprzęt wojskowy, procedury, środki łączności, zasady współdziałania z czołgami, artylerią, saperami, logistyką, medykami i operatorami dronów. Musisz umieć działać w drużynie, plutonie, kompanii i batalionie, bo samotny bohater na wojnie najczęściej bardzo szybko staje się samotnym trupem.
I jeszcze jedno.
Będziesz wykonywał rozkazy, które mogą ci się wydawać kompletnie bez sensu. I nikt nie będzie miał czasu tłumaczyć ci dlaczego.
Każą ci kopać okopy w poprzek. Każą ci siedzieć osiem godzin w błocie. Każą ci wycofać się wtedy, kiedy wydaje ci się, że trzeba atakować. Albo odwrotnie.
I wiesz co?
To, że czegoś nie rozumiesz, nie oznacza, że dowódca jest idiotą. Oznacza tylko, że ty widzisz pięćdziesiąt metrów przed sobą, a sztab widzi kilkadziesiąt kilometrów frontu, meldunki wywiadu, położenie sąsiednich pododdziałów, zapasy amunicji, plan wsparcia artyleryjskiego i to, co wydarzy się za godzinę.
Ty nie decydujesz o kierunku natarcia. Nie decydujesz, który odcinek obrony ma zostać utrzymany za wszelką cenę. Nie decydujesz, gdzie pójdzie główne uderzenie ani gdzie trzeba poświęcić jeden pluton, żeby uratować całą brygadę.
Bo jesteś tylko jednym elementem dużo większej układanki.
Na wojnie nie dostaje się uzasadnienia do każdego rozkazu. Dostaje się rozkaz.
Celne strzelanie jest ważne. Bardzo ważne. Ale jest może pięcioma procentami tego, co składa się na skutecznego żołnierza.
Reszta to dyscyplina, procedury, zaufanie do ludzi obok, wytrzymałość fizyczna i psychiczna, logistyka, łączność, znajomość sprzętu, umiejętność działania w chaosie oraz wykonywanie zadań nawet wtedy, kiedy nie rozumiesz całego planu.
Dlatego zanim ktoś po kolejnych zawodach zacznie pouczać żołnierzy, jak powinno prowadzić się wojnę, niech najpierw zrozumie jedną rzecz.
Wojna to nie zawody strzeleckie.
Na wojnie tarcza nie oddaje ognia. I za każdy błąd rachunek płaci się krwią. A indywidualiści albo sami stają sie wkładem do trumny albo przez nich inni w trumnach lądują.
„KONTAKT” — KSIĄŻKA, KTÓRA UWIERA PLASTIKOWYCH RYCERZYKÓW Z PRAWEJ STRONY.
„Kontakt” zabolał prawackie tuzy nie dlatego, że był wygodny. Zabolał, bo pokazał ludzi, których oni wcześniej zdążyli nazwać bandytami, zdrajcami i mafią w mundurach.
A potem okazywało się, że Ci ich „bandyci z WSI” stanowili 90% obsady stanowisk na misjach wojennych tam "prawackich rycerzyków" jakoś nie było jakoś się nie garnęli do dbania o bezpieczeństwo polskiego żołnierza w Iraku Afganistanie. Oficerowie ""bandyckiego WSI" nie siedzieli w telewizyjnym studiu. Byli żołnierzami. Jechali do Afganistanu. Do Iraku. Ryzykowali życiem. Robili robotę tam, gdzie nie było kamer, partyjnych konferencji i bezpiecznego pierdolenia o patriotyzmie.
I to ich, kurwa, bolało najbardziej.
Bo według ich propagandy żołnierz WSI nie mógł być żołnierzem walczącym na wojnie. Nie mógł być człowiekiem, który służył Polsce, narażał życie i wracał z misji z bagażem, którego żaden telewizyjny rycerzyk nigdy nie udźwignie. Musiał być bandytą. Musiał być zdrajcą. Musiał być częścią „układu”. Inaczej cała ich polityczna legenda rozpadała się jak plastikowa zbroja po pierwszym kopniaku.
A gdzie byli ludzie Macierewicza, kiedy trwały wojny w Afganistanie i Iraku?
Nie było ich tam.
Żaden z tych wielkich pogromców WSI, samozwańczych egzekutorów i patriotów z telewizyjnej taśmy produkcyjnej nie pchał się tam, gdzie świstały kule, wybuchały miny i każdego dnia można było wrócić w worku.
Na prawdziwą wojnę byli zwyczajnie zesrani.
Za to po polskich studiach telewizyjnych szwendali się jak właściciele państwa. Prężyli piersi, marszczyli brwi i rżnęli rycerzy sprawiedliwości w plastikowych zbrojach. Bohaterowie na baterie. Komandosi od mikrofonu. Egzekutorzy bezpieczni tak długo, jak długo między nimi a prawdziwym zagrożeniem stała kamera, immunitet i partyjny ochroniarz.
Rozwiązali WSI zza biurek. Ludzi, którzy naprawdę służyli i jeździli na wojny, nazwali bandytami. Potem przez lata budowali własne bohaterstwo na cudzej służbie, cudzym ryzyku i cudzej krwi.
I właśnie dlatego „Kontakt” ich tak bolał.
Bo pokazał, że ci rzekomi „bandyci” mieli za sobą prawdziwą służbę, a ich oskarżyciele głównie prawdziwe występy w telewizji.
W 2018 roku, właśnie po tej książce, prokurator z żandarmami wszedł o szóstej rano do mojego domu. Z butami. Postawiono mi zarzuty.
I wiecie co?
Nie spierdoliłem.
Nie chowałem się po szpitalach. Nie wymyślałem chorób, kiedy przyszło odpowiadać za własne słowa. Nie latałem po psychiatrach. Nie uciekałem za granicę. Nie robiłem z siebie umierającego męczennika, kiedy zrobiło się gorąco.
Stanąłem i wziąłem to na klatę. Nie spierdalałem na Węgry do USA czy na Białoruś ja niektórzy bohaterowie dobrej zmiany...
Bo bohaterstwo nie polega na nazwaniu żołnierza bandytą z bezpiecznego studia telewizyjnego. Nie polega na niszczeniu ludzi zza biurka i prężeniu się przed kamerą.
Bohaterstwo zaczyna się tam, gdzie kończy się propaganda.
Tam, gdzie naprawdę strzelają. I właśnie tam tych plastikowych rycerzy nie było. Chcecie wiedzieć jak wygląda wojna nie ta z opisów bajkopisarzy link poniżej
https://t.co/angsJ1sw4U