No nie pierdolcie, że po sieci lata przerobione zdjęcie AI ruskiego drona Gerbera, co go dziś Bałtyk na polskiej plaży wyrzucił, z przerobioną cyrylicą na polskie napisy, i konstrukcją na ćwiczebnego wabika, żeby siać propagandę, że to polski dron xD
I podawały go i media i duże konta o tematyce wojennej, po czym bez wyjaśnienia usunęli i podmienili, choć kacapski przekaz poszedł w świat
Kurwa jakiś jebany Wania srający do dziury w ziemi robi was jak dzieci...
.@domi_dlugosz nie gryzła się w język w studiu #PoranekTOKFM! "Nawrocki to jest nikt, on niczego nie będzie budował, za nim nikt w @pisorgpl nie pójdzie, więc nie jest on problemem dla @OficjalnyJK" 🔻
🎙️Zgadzacie się z jej opinią? ⤵️
W obliczu śmierci człowiek powinien się wycofać i dać wybrzmieć ciszy. Tak myślałem przez pierwsze dni po tym, jak student mojego wydziału brutalnie zamordował matkę trójki dzieci pracującą w miejscu, które miało być przestrzenią spokojnej refleksji.
Ale potem głos zabrali ci, którzy nawet śmierć muszą przekształcić w ideologiczną amunicję. Tak jak im pasowało, zobaczyli w niej dowód upadku liberalizmu, efekt opresyjnego patriarchatu albo systemową porażkę psychiatrii.
I tak ze śmierci zrobiono rytuał łatwej społecznej katharsis: chodzi nie o to, by zrozumieć i naprawić, lecz o to, by się pozornie, symbolicznie oczyścić. "Teraz jesteśmy już bezpieczni, bo wiemy, kto jest winny: oni".
Trudno więc milczeć, zwłaszcza że po bezpardonowym wykorzystaniu tej zbrodni przyszła informacja, że nasz student przed zabójstwem przez godzinę zachowywał się dziwnie na kampusie. Był widziany, słyszany, ale ignorowany. Jego koledzy wymieniali się na grupach facebookowych informacjami o "gościu, który biega z siekierą". Na co czekali?
A potem wydarzyło się najwstydliwsze. Zamiast działania – rejestrowanie. Zamiast pomocy – podglądanie. Przez okna uczelnianych budynków, przez szyby smartfonów. A jeszcze potem nagrania, na których widać wszystko, studenci naszego uniwersytetu rozsyłali po internecie.
Auditorium Maximum, przed którą ta zbrodnia się wydarzyła, powinno być miejscem, gdzie wspólnota słucha po to, by zrozumieć. W kulturze klasycznej słuchanie było cnotą, aktem etycznym: uznaniem obecności Innego, gotowością do zmiany, odpowiedzialnością.
Auditorium Maximum to więc nie tylko przestrzeń fizyczna, ale też przestrzeń uważności. I dokładnie tam doszło do odwrócenia znaczenia: największe miejsce słuchania stało się miejscem największej bierności. Słuchanie jako akt etyczny zastąpiło oglądanie – niemoralna pasywność widza.
Kampus w tej chwili przestał być przestrzenią edukacji i odpowiedzialności. Stał się instytucjonalnym peep-show – miejscem, gdzie można było obejrzeć śmierć bez konsekwencji. Wystarczyło patrzeć, nagrać, udostępnić. Ale nie działać.
W klasycznym ujęciu oglądanie było pierwszym krokiem do działania: widzę – więc reaguję. Dostrzegam cierpienie – więc pomagam. Ale współczesność odwróciła ten porządek.
Oglądanie nie tylko nie prowadzi do działania – ono je zastępuje. Zamiast reagować – udostępniamy. To prowadzi do moralnej impotencji: oglądamy coraz więcej, ale robimy coraz mniej.
To, co wydarzyło się tamtego dnia, nie było tylko dramatem jednej ofiary. Było też ujawnieniem naszej zbiorowej kondycji. Przyszłych elit, które patrzą, ale nie widzą. Intelektualistów, którzy wiedzą wszystko, ale nic z tym nie robią, bo przekształcają moralność w przegląd treści, a cierpienie – w odtwarzalny plik.
Społeczeństwo płaci za studia przyszłym prawnikom, żeby słyszeli i widzieli dalej, szerzej, głębiej i żeby mieli odwagę działać, kiedy tego wymagają okoliczności. Po co to robi, skoro oni, zamiast wziąć sprawy w swoje ręce, biorą w ręce telefon – nie po to, by wezwać pomoc, ale po to, by rejestrować?
Czy to nie potwierdza racji tych, którzy nie ufają elitom? W tej sprawie zadziałał nie przyszły intelektualista, ale uniwersytecki strażnik: człowiek, na którego pensję państwo łoży pewnie mniej, niż kosztuje wypasiony telefon, którym tę zbrodnię nagrywano. Nie stał i nie rejestrował, ale zaryzykował życie i leży teraz w szpitalu.
Nasze Auditorium Maximum stało się, niestety, miejscem symbolem, w którym nie usłyszeliśmy tego, co powinniśmy byli usłyszeć. Ani krzyku, ani sygnałów ostrzegawczych, które pewnie były – w słowach, spojrzeniach, niepokojących gestach. Nie usłyszeliśmy także sygnałów zagrożenia, kiedy było blisko. Miejsce stworzone do słuchania stało się symbolem radykalnej głuchoty.
Może więc powinniśmy zmienić jego nazwę na Auditorium Minimum: minimum odwagi, minimum odpowiedzialności, minimum działania? Żeby symbolizowało ten straszny moment, kiedy przestaliśmy uważnie słuchać, a zaczęliśmy bezwstydnie oglądać.