❗️ Błyskawiczne przyjęcia, wykonywanie pakietów kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu badań w bardzo krótkim czasie, możliwość przebywania w innym pomieszczeniu niż ogół pacjentów. W Warszawskim Szpitalu Południowym stworzono nieoficjalnie szybszą i bardziej komfortową ścieżkę przyjęć dla polityków Koalicji Obywatelskiej oraz ich rodzin. @portalzeropl ma na to dokumenty.
1️⃣ Szpitalny oddział ratunkowy Warszawskiego Szpitala Południowego w błyskawicznym tempie zajmował się wpływowymi działaczami Koalicji Obywatelskiej oraz ich rodzinami. Gdy inni pacjenci musieli czekać po 4–5 godzin na przyjęcie, politycy mieli wykonywane badania po 10 minutach od rejestracji.
2️⃣ Polityczni VIP-owie nie musieli siedzieć w publicznej poczekalni. Wydzielono dla nich zaciszny pokój, z kanapą, fotelami i telewizorem.
3️⃣ Z dokumentacji medycznej oraz wypowiedzi niektórych pracowników Szpitala Południowego wynika, że koordynator SOR-u Dawid Kacprzyk w publicznym szpitalu de facto stworzył przychodnię dla polityków.
4️⃣ Znamy nazwiska pacjentów, historię ich leczenia, mamy dokumentację fotograficzną. Nie publikujemy wszystkiego, uznając, że politykom też przysługuje prawo do prywatności w zakresie ich stanu zdrowia. O najbardziej bulwersujących przypadkach poinformowaliśmy jednak Narodowy Fundusz Zdrowia.
5️⃣ Szpital Południowy, placówka kontrolowana przez miasto stołeczne Warszawę, nie zaprzeczył naszym informacjom. Jedynie przestrzegł nas, że nieuprawnione pozyskiwanie, ujawnianie lub rozpowszechnianie informacji dotyczących zdrowia lub korzystania ze świadczeń zdrowotnych stanowi złamanie prawa.
Jest w Krakowie, na Cmentarzu Wojskowym, jeden grób, który chętnie odwiedzam.
To grób księdza Władysława Gurgacza. Jezuity. Szczupłego, niewysokiego. O twarzy dziecka.
W czasie wojny był kapelanem szpitalnym w Gorlicach, a po niej - administratorem parafii w Krynicy. Nie był jednak zaangażowany w konspirację. Słynął z płomiennych kazań, wskazujących, że nie da się pogodzić komunizmu i wiary katolickiej. Krytykował materializm i brutalność. Przeżył dwa zamachy na swoje życie z rąk komunistów.
Chroniąc się przed aresztowaniem, uciekł do lasu, do oddziału „Żandarmeria”, gdzie został kapelanem. Aresztowano go w lipcu 1949 roku w Krakowie. Mimo że miał możliwość ucieczki, to nie skorzystał z niej. Chciał nieść otuchę swoim towarzyszom nawet w więzieniu. Choć nie dokonał żadnych zbrodni, oskarżono go „pranie mózgów”, jako „herszta bandy”.
Cóż, komuniści wszak najlepiej znali się na praniu mózgów…
Na pokazowym stalinowskim procesie przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Krakowie duchowny wygłosił płomienną mowę do komunistycznych zbrodniarzy w mundurach:
„Ci młodzi ludzie, których tutaj sądzicie, to nie bandyci, jak ich oszczerczo nazywacie, ale obrońcy Ojczyzny! Nie żałuję tego, co czyniłem. Moje czyny były zgodne z tym, o czym myślą miliony Polaków, tych Polaków, o których obecnym losie zadecydowały bagnety NKWD. Na śmierć pójdę chętnie. Cóż to jest zresztą śmierć? Wierzę, że każda kropla krwi niewinnie przelana zrodzi tysiące przeciwników i obróci się wam na zgubę!”
14 września 1949 roku skazano go na śmierć i zastrzelono w krakowskim więzieniu Montelupich. Miał 35 lat. Jego szczątki odnaleziono dopiero w 2019 roku.
Polecam tę historię wszystkim szczególnie tym pogrobowcom czerwonej szmaty, którzy bredzą coś o „bandytach z lasu” i niektórym dzisiejszym „jezuitom”, którzy zapomnieli chyba ideałów swojego zakonu. Szczególnie dzisiaj, w Dzień Wszystkich Świętych.