Łączymy propaństwowość ze szczyptą zdrowego egoizmu narodowego. Chcemy żyć i pracować wspólnie z innymi ludami jeśli tylko trzymają się swojego rezerwatu.
@IjonTichy_sroda@TPBlaszczyk W Biedrze są związki i całkiem dobrze sobie radzi. Po prostu połączenie państwowej własności i związków zawodowych to wybuchowa mieszanka. Politycy wolą zasypać problemy takich spółek pieniędzmi i mieć spokój do kolejnych wyborów.
@f_f189195@wilmot3000 Większość kapitalistów musiał coś odziedziczyć żeby to potem pomnożyć. Niestety, historie od pucybuta do milionera/miliardera to wyjątki.
@OjaKami Pawłowicz uwierzyła, że politycy PiSu to ojczyzna więc bredzi o Niemcach i lewakach. Dla nich to wygodna wymówka wobec argumentów przeciwko poborowi.
Kilka słów również ode mnie. Kompilacja moich poglądów, obserwacji nastrojów (i wystawienia głowy poza własną… no, wiadomo co – to do was, Team Dębski) i przynajmniej częściowy głos pokolenia Y:
zacznijmy od tego, że mamy do czynienia z niezwykle skomplikowanym tematem. Dodając do tego poziom skomplikowania sytuacji Polski – historycznej i obecnej – wychodzą Himalaje skomplikowania. Każdy, kto chce tę sytuację sprowadzić do „p**d w rurkach”, „pokolenia płatków śniegu”, „sojowego latte” czy innych bzdur, dla dobra sprawy powinien przeprosić i zamilknąć. Nikogo wasze wynurzenia nie ruszają, zwłaszcza że w zdecydowanej większości pochodzą one od pokolenia, które nigdy w żadnej wojnie nie walczyło, które – z racji wieku i wyszkolenia aktualnego na czasy sprzed 40 czy 50 lat (a może i nie) – udział w ewentualnym przyszłym konflikcie będzie miało niewielki i które zbudowało młodszym pokoleniom kraj z mokrego kartonu, a pod kątem obronności maksymalnie z dykty.
Czy w razie konfliktu zbrojnego na pełną skalę – na ten moment mało prawdopodobnego, co też jest podkreślane za rzadko, podobnie jak za rzadko podkreślane jest to, że wszelkie ruchy w tym temacie mają służyć temu, żeby do wojny NIE DOSZŁO – wystarczy nam obecna armia zawodowa? No nie. Nie mamy pojęcia, jak w praktyce zadziała artykuł 5 NATO w razie takiego zdarzenia, a masowość w siłach zbrojnych wciąż ma znaczenie. 2001 rok, czyli jego jedyna w historii aktywacja, nie ma żadnego przełożenia na nasze obecne realia. Ostatnie lata w USA czy wydarzenia na Bliskim Wschodzie wymuszają na nas poczynienie negatywnego założenia, że skończy się na dostawach sprzętu. Sprzęt ważna sprawa, ale bez ludzi ani rusz. Czy to oznacza konieczność powrotu do zetki w starym stylu? Też nie, ale o tym za chwilę. Na razie Konstytucja.
Team Dębski lubi wskazywać na artykuł 85, czyli obowiązek obrony. Ja akurat z Konstytucji i kilku innych tematów prawniczych jestem całkiem niezły, więc pozwólcie, że rozwinę temat, bo wygodnie go ucięliście. Po pierwsze obowiązek obrony to jedynie ustęp 1. Ustęp 2 mówi o szczegółach zawartych w ustawie, ale mamy też ustęp 3:
„Obywatel, któremu przekonania religijne lub wyznawane zasady moralne nie pozwalają na odbywanie służby wojskowej, może być obowiązany do służby zastępczej na zasadach określonych w ustawie.”
Jeśli chcecie powoływać się na Konstytucję, to albo na jej całość, albo w ogóle. Nie ma stania w rozkroku. A to wcale nie koniec, bo – uwaga, może to być dla was niespodzianką – państwo również ma obowiązki wobec obywateli. To nie jest relacja jednostronna. Mamy np. art. 2:
„Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.”
Jest art. 5:
„Rzeczpospolita Polska strzeże niepodległości i nienaruszalności swojego terytorium, zapewnia wolności i prawa człowieka i obywatela oraz bezpieczeństwo obywateli, strzeże dziedzictwa narodowego oraz zapewnia ochronę środowiska, kierując się zasadą zrównoważonego rozwoju.”
Art. 68:
„Zapewnia obywatelom prawo do ochrony zdrowia oraz równego dostępu do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych.”
Jak ktoś z zagranicy spojrzy szybko na Polskę, to pewnie uzna, że wszystko gra. Wiemy jednak doskonale, że bardzo dużo tutaj nie gra. Zasady sprawiedliwości społecznej w Polsce po 1989 roku zostały w dużej mierze spuszczone w kiblu i wszyscy to doskonale wiecie, nawet jeśli jesteście w fazie głębokiego wyparcia albo wierzycie w bajki, że święty wolny rynek po prostu jeszcze nie działa tak, jak powinien, bo go złe państwo krępuje.
Polska jest krajem dla bogoli, dla deweloperów, dla lekarzy, dla klasy politycznej i kilku innych kast, np. dla niektórych ludzi działających w wymiarze sprawiedliwości, który po 1989 roku nie zawsze tej sprawiedliwości strzeże, co bardzo często dyktowane jest polityką właśnie. Polska jest krajem dla silnych, a na wojenną mielonkę pójdą głównie słabi.
Obowiązkiem państwa jest też strzeżenie niepodległości i nienaruszalności terytorium, czyli szeroko pojęta obronność i bezpieczeństwo, a więc coś, co nas tutaj interesuje chyba najbardziej. Czy przy tym punkcie możemy postawić zielonego ptaszka? Bynajmniej. W 1999 dołączyliśmy do NATO i pora na CS-a, nie? Klasa polityczna, a wraz z nią duża część społeczeństwa, uwierzyła, że dobry wujek zza oceanu już zawsze będzie nas chronił. Jak głupie i krótkowzroczne było to myślenie, chyba nikomu dzisiaj nie trzeba tłumaczyć.
Zmarnowaliśmy prawie 30 lat w tym obszarze. Ktoś powie, że ludzie takich właśnie polityków wybierali. Generalnie zgoda – bardzo często powtarzam, że klasa polityczna jest odzwierciedleniem ludu i wszystkiego na polityków zwalić nie można. Ostatecznie jednak większość odpowiedzialności musi spoczywać na tych, którzy mają najwięcej do powiedzenia, zwłaszcza że z niedotrzymywaniem obietnic wyborczych polscy politycy są za pan brat. Co więc szkodziło działać przeciw swoim wyborcom również tutaj i porządnie zadbać o bezpieczeństwo Polski (tak, to sarkazm)?
Wiecie, ile przez te 30 lat nasi rządzący wybudowali nam schronów? W uproszczeniu: zero. A to, w przeciwieństwie do np. poboru, nie jest i nigdy nie był temat kontrowersyjny. Nikt normalny nie będzie na to psioczył. Nikt normalny nie wykopie z tronu partii, która postanowi przeznaczyć pieniądze na taki rodzaj infrastruktury.
Wiele razy słyszałem od fanów zetki i wojennej mielonki, że mężczyźni z potomstwem mają większą motywację do walki. Trudno o większą bzdurę w tych warunkach. Przeciętny polski mężczyzna przebywający na ewentualnym przyszłym froncie nie ma absolutnie żadnego spokoju w głowie, dopóki jego rodzina nie jest za granicą. W Polsce właściwie wszędzie narażona jest na śmierć, bo nie ma gdzie się schronić. A że nie wszyscy zdołają uciec – jest rzeczą oczywistą. Nawet nie powinni, bo kraj podczas wojny musi jako-tako funkcjonować.
Tu dochodzimy zresztą do kolejnego bardzo ważnego punktu, czyli do tego, że dzieci potrzebują ojca, żony potrzebują mężów, a matki synów. Nie potrzebują medali po nich za to, że bohatersko oddali życie za swój kraj i każdy racjonalnie myślący człowiek postawiony przed wyborem rodzina czy niesprawiedliwy kraj z bardzo niesolidarnym społeczeństwem i kompletnie nieprzygotowany do wojny, wybierze to pierwsze. O tym zresztą głównie pokolenie boomerów uwielbia pouczać młodszych – że trzeba za ojczyznę umrzeć. Kapitalny marketing, doprawdy, czapki z głów. Jeśli chcecie kogokolwiek zachęcić do walki, to na pewno nie w ten sposób, ale wy jesteście oderwani i myślicie, że w każdym temacie jesteście najmądrzejsi, więc innych sposobów nie znacie.
Obowiązkiem państwa było przez te 30 lat zbudowanie takiego SYSTEMU (słowo klucz) obronności, zarówno pod względem militarnym, cywilnym, jak i politycznym, żeby jak najbardziej zminimalizować ryzyko tego, że ktokolwiek nas zaatakuje, a jeśli już zaatakuje, to żeby jak najmniej ludzi musiało iść ginąć za ojczyznę. Udało się to jedynie częściowo – jesteśmy w NATO i UE. Reszta leży i kwiczy.
A już najbardziej nie udało się w kwestii zbudowania wspólnoty i solidaryzmu. Nie udało się, bo nawet nie było takiej woli. Od 30 lat jesteśmy karmieni neoliberalną, ultraindywidualistyczną papką, gdzie jedynym świętym jest wolny rynek i własny interes, a jeśli państwo robi <sprawdza notatki> COKOLWIEK, to od razu jest <ponownie sprawdza notatki> KOMUNIS I BOLSZEWIA.
Naród to niestety kupił i widać to w przeróżnych sferach: zachowaniach kierowców na polskich drogach, oszustwach podatkowych małych i dużych czy masowym negowaniu pomocy socjalnej ze strony państwa, bo przecież wiadomo, że każdy biedny to pijak i nierób i ma źle na własne życzenie. Może i głupi ten naród, ale trzeba też przyznać, że państwo zrobiło naprawdę wiele, żeby ludzie instytucjom publicznym nie ufali i żeby uwierzyli, że tylko skupienie się na czubku własnego nosa ma w Polsce sens.
Równy dostęp do świadczeń zdrowotnych (xD), kwestie mieszkalnictwa (xD), jedne z najdroższych w Europie kredytów hipotecznych, wciąż niskie w relacji do cen pensje, biznes masowo sprowadzający tanią siłę roboczą, która żadnemu obowiązkowi obrony nie będzie poddana – wymieniać dalej? To są rzeczy, które mają największe znaczenie dla młodych tu i teraz. Dla wielu z nich Polska nie jest ukochaną ojczyzną, a jedynie miejscem, w którym przypadkiem się urodzili i nie jest to ich wina.
Czy wam się to podoba czy nie – tak właśnie jest i do takich realiów trzeba dostosować swój przekaz i swoją strategię. Słodkie pierdzenie o przelewaniu krwi, dumie i honorze, II wojnie światowej, rozbiorach czy innych tego typu kwestiach na większość ludzi dzisiaj nie działa. Oni oczekują konkretów tu i teraz (lub przynajmniej szansy na te konkrety), a nie baśni i legend. Nie musicie się z nimi zgadzać, ale jeśli tak właśnie jest, to obrażanie ich i wyzywanie od najgorszych niczego nie zmieni. Tzn. zmieni, ale na gorsze.
I nie mówcie mi tutaj o Rosji, Somalii czy Bangladeszu jako alternatywie, bo nikt nie patrzy w tamtym kierunku. Jesteśmy dużym krajem w środku Europy, który od 22 lat jest w UE, od 27 w NATO i powinno nas interesować równanie wyłącznie do najlepszych. Mamy warunki, dzięki którym moglibyśmy dzisiaj być w miejscu o wiele lepszym, niż teraz. Wiele z tego, co udało się w Polsce od 1989, udało się POMIMO.
Mogliśmy w ostatnich dniach przeczytać też długie (albo i nie takie długie) listy powodów, dla których Polska jest wspaniałym miejscem do życia. Były to wybitne przykłady cherry-pickingu, zawsze zresztą pochodzące od ludzi, którzy mają dobrą pozycję społeczną i sytuację finansową. Nie tylko politycy są więc oderwani od rzeczywistości, ale również tzw. zwykli obywatele.
Nasza potęga, którą Team Dębski mocno ostatnio podkreśla, też jest zresztą głównie papierowa, vide 20. gospodarka świata. Fajnie, ale co z tego wynika dla zwykłego obywatela? Co wynika dla zwykłego obywatela, straszonego odebraniem podstawowych praw przy uchylaniu się od poboru, z tego, że w Polsce jest czysto? Z tą czystością to też jest zabawna sprawa, bo są w Polsce miejsca, które są okropnie brudne (polecam wystawić głowę poza najlepsze dzielnice Warszawy). Jest też masa krajów, które są od Polski o wiele czystsze i nikogo nie interesuje, jak jest w Indiach czy Pakistanie. Liczy się jedynie to, co na północ i zachód od nas. To te miejsca są odniesieniem, bo tego ludzie oczekują.
Alternatywą są zatem Niemcy, Norwegia, Irlandia, Dania, Szwecja, Austria czy Holandia. Alternatywą mogą być nawet Czechy czy Chorwacja, bo tam nikt Polakom nie będzie groził odebraniem podstawowych praw obywatelskich za to, że nie chcą zginąć za kraj i niespecjalnie duże będzie ryzyko, że zostaną rozerwani na drobne kawałki, a jakość życia będzie porównywalna.
To zresztą też było śmieszne, bo pan Dębski zagroził, że młodzi uchylający się od obowiązku wynikającego z art. 85 Konstytucji zostaną pozbawieni dostępu do kredytów. Kredytów – przypominam – absurdalnie drogich. Wspaniała motywacja, panie dezerterze od zetki, całe życie na państwowej pensji.
I ja nie mówię tu o stanie wojny, a o stanie pokoju, w którym to wszystko musiałoby być wprowadzone – no sorry, nawet w takich kwestiach obowiązują demokratyczne standardy (to m. in. ich mamy przed Rosją bronić, nie? 🙃), takie jak konsultacje społeczne czy vacatio legis. Jeśli chcecie zabierać ludziom paszporty, pozbawiać ich dostępu do finansowania mieszkań (drogich, ale jednak) czy praw wyborczych (i to w czasie pokoju!), to robicie z Polski Erytreę i w spektakularny sposób burzycie swoje argumenty o tym, że Polska to kraj, za który warto walczyć. Nie, za Erytreę w środku Europy nie warto walczyć.
Jeśli chodzi o czas wojny, to oczywiście, że ucieczka najłatwiejsza nie będzie, ale wielu i tak ucieknie, tak jak uciekło z Ukrainy. Można zrobić tak, żeby uciekło ich jak najmniej z własnej, nieprzymuszonej woli, bo rzeczywiście będą mieli motywację do walki, ale wy widocznie wolicie zabawy w dyktatorków.
Powiecie, że Ukraińcy mają o wiele gorszy kraj i walczą. No, mają. To są jednak Ukraińcy. Jeśli chcą walczyć za swój skorumpowany grajdół, niech walczą (no, niektórzy nie chcą). Polacy mają prawo nie walczyć. Jesteśmy w Polsce i liczy się tutejsza perspektywa, czy się ona komuś podoba czy nie. Lamentowanie o płatkach śniegu i zachęcanie do zostania mięsem armatnim przyniesie efekt odwrotny do pożądanego.
Ludzie niechętni do służby wyznają różne wartości i mają różne poglądy polityczne oraz powody, dla których nie chcą służby. Są lewicowcy, wskazujący głównie na niesprawiedliwe państwo dla bogoli. Są prawicowcy czy centrowcy (głównie mężczyźni), którzy czują, że w zakresie służby i obronności (i kilku innych też) nie są traktowani na równi z kobietami. Paliwo do tego zapewnił zresztą ostatnio również pan Dębski swoimi żenującymi komentarzami, które niestety nie trzymały się zbytnio rzeczywistości. Są też inni – wszystkich tu nie wymienię. To nie jest zatem tylko jedna grupa społeczna, to nie są wyborcy jednej partii.
Pomijam tych, którzy zatrzymali się w rozwoju na 13. roku życia (z całym szacunkiem dla 13-latków) – wezwania do powrotu służby ze strony zwolenników hiperindywidualizmu i państwa z kartonu (tu mowa o drugim Sławomirze, który zresztą zaczął obecną dyskusję) mogę skwitować jedynie milczeniem z zażenowania.
Sprzeciw wobec solidaryzmu czy dążenia do równości ekonomicznej i sprawiedliwości społecznej (jako wyrazu KOMUNY I BOLSZEWII) i promocja ultraindywidualizmu to zresztą w Polsce post-transformacyjnej domena jak najbardziej prawicy, czyli tych, którzy teraz najgłośniej krzyczą o patriotyzmie, obowiązkach konstytucyjnych (tylko dla obywateli, nie dla państwa) i pójściu na Rosjan z pukawkami przeciw czołgom i dronom.
Problemem jest też to, że wszyscy krzyczący o poborze zupełnie nie precyzują, o co im tak naprawdę chodzi. Pobór w starym stylu nie ma dzisiaj najmniejszego sensu (i dobrze, bo to była patologia), nie ma też szans na stworzenie pozytywnych rezultatów. Jedyne, co ma sens, to kapitalny system fiński. Spoiler: nigdy go w Polsce mieć nie będziemy (no, tak na 99%, żeby nikt się do mnie nie doczepił). Okno na jego zbudowanie najpewniej minęło już dawno, choćby z uwagi na obrzydzenie Polakom narodowego solidaryzmu i stworzenie państwa z kartonu dla bogoli, które rozmontować i zbudować na nowo jest niezwykle trudno.
Nie jesteśmy zresztą jako państwo w stanie zrobić o wiele mniej skomplikowanych rzeczy, więc nie łudźmy się, że taki model obronności państwa (i odsetek ludzi chcących za kraj walczyć), jaki funkcjonuje w Finlandii, jest dla nas osiągalny. Próbować oczywiście trzeba, ale nie tak, jak to sobie zetkowicze wyobrażają.
Państwo zmarnowało trzy dekady na zabezpieczenie kraju, a teraz niektórzy próbują nakleić plasterek na amputowaną kończynę albo założyć trytytki tam, gdzie potrzebne jest porządne spawanie (albo najlepiej nowy stop), bo tym właśnie byłby pobór w obecnych warunkach, i zrzucić odpowiedzialność za obronę kraju na młodych.
Ci młodzi widzą, co dzieje się na Ukrainie – zarówno w kwestii poboru i mobilizacji (a że wielu nie odróżnia jednego od drugiego, to też kwestia tego, że nikt im nigdy nie wytłumaczył), jak i rozerwanych na strzępy ciał czy ludzi co prawda żywych, ale pozbawionych kończyn. Dokładnie to mają w głowie, kiedy zaczynacie mówić o poborze i nie ma się co dziwić, że tak jest, bo nigdy (jako Najmądrzejsze Pokolenie, w przeciwieństwie do głupiutkiego i roszczeniowego pokolenia płatków śniegu, nie? – to do was, boomerzy) nie zrobiliście nic, żeby było inaczej. Taki właśnie byłby los bardzo wielu spośród tych, których chcielibyście poborowi poddać, gdyby później doszło do konfliktu.
W obecnych warunkach pobór to nic więcej, niż masowa produkcja mięsa armatniego. Nie potrafimy dobrze wyposażyć nawet naszych zawodowych, więc darujmy sobie bajki o porządnym wyposażeniu i przeszkoleniu dodatkowych żołnierzy. Różnica między byciem przeszkolonym wcale a prawie wcale jest właściwie zerowa. Jeśli chcecie kogoś przygotować do wojny, to musicie mu zapewnić najlepszy sprzęt i szkolenie (żeby miał szansę przeżyć) oraz finansową rekompensatę za czas treningu i gwarancję utrzymania zatrudnienia i zarobków po powrocie do pracy czy zrekompensować utracony czas studiów. To zresztą również coś, co z całą pewnością państwo polskie przerośnie.
Mamy też wciąż mocno skostniały system panujący w wojsku. Jeśli służba ma wyprodukować człowieka gotowego do walki, a nie kolejną osobę z PTSD, trzeba zmienić bardzo dużo. Od 30 lat udaje się jedynie małymi kroczkami, więc teraz to magicznie nie przyspieszy.
Z autopsji zresztą wiem, że państwo polskie w obszarze bezpieczeństwa niespecjalnie jest zainteresowane profesjonalizmem. Moja historia dotyczy co prawda trzyliterowych służb, ale znam też sporo osób z naszych sił zbrojnych, więc dość dobrze wiem, jak to wygląda również tam.
W obszarze obronności jest masa ważnych zadań do wykonania – militarnie i cywilnie, dla mężczyzn i dla kobiet. Niektóre kwestie to czysta biologia (np. kobiety w oddziałach szturmowych), ale jeśli pan Dębski od razu mówi, że kobiety są niezastępowalne i wprost zachęca do łamania Konstytucji, na którą się chwilę wcześniej powołał, to nie tylko na starcie pokazuje młodym mężczyznom, jak niewiele dla niego znaczy ich życie, ale też mija się z prawdą.
Twierdzenie o niezastępowalności kobiet co do zasady wynika z ich tradycyjnej biologiczno-społecznej roli jako dawczyń życia i matek. Problem w tym, że przy obecnym wskaźniku dzietności ten argument jest niemal kompletnie martwy. Pan Dębski podał tu przykład Izraela, zapominając o dwóch ważnych kwestiach: TFR w Polsce (1.1 vs 2.85 w Izraelu) oraz o tym, że za wysoki wskaźnik dzietności w Izraelu odpowiadają głównie charedim (ultraortodoksi), którzy… są zwolnieni ze służby wojskowej (nawet mężczyźni) 🙃.
Możemy analizować niedawne badania dot. gotowości obywateli krajów NATO do walki za ojczyznę (nie znam ich metodologii, więc nie wiem, na ile są wiarygodne). Możemy się zastanawiać, dlaczego to akurat Finlandia ma najwyższy odsetek takich ludzi (74%, choć to akurat chyba dość oczywiste, dlaczego), a zaraz za nią są Turcja, Szwecja i Norwegia (73%, 55% i 58%).
Trzy z tej czwórki (Turcja to inny przypadek) to najlepszy obecnie na świecie model społeczno-gospodarczy, więc może najpierw zajmijmy się skandynawizacją czy też nordyzacją (bo jest tu przecież nieskandynawska Finlandia) państwa, a potem rozmawiajmy o obronności? Możemy się zastanawiać, ale jednak najważniejsze jest to, że mówimy o Polsce i to tutejsze uwarunkowania powinny nas interesować, prawda?
Nie no, tyle to nie, was nie interesują ci, którzy w zamyśle mieliby Polski bronić. Wy chcecie narzucić potężne obowiązki bez wcześniejszego zapewnienia praw, wypełnienia obowiązków ze strony państwa i odpowiedniego szkolenia (na które wiecie, że nie mamy warunków), bo jesteście wannabe zamordystami i nie rozumiecie (bo nie chcecie zrozumieć) ludzi, którym chcecie zmieniać życie.
Pan Dębski uwypuklił zresztą, że jego zdaniem nawet 10% populacji Polski byłoby w stanie pójść na front i że jego zdaniem to wystarczająco, bo to oznacza prawie 4 mln ludzi. No to do dzieła. Morale rekrutów to też ważna sprawa. Ci chętni pewnie po wojnie mogliby liczyć – zapewne słusznie – na jakieś przywileje. Jest jednak różnica między ponadnormatywnymi przywilejami za poświęcenie i ryzykowanie życia, a przywilejami nieuzasadnionymi. Jeszcze większa jest różnica między przywilejami za walkę a odbieraniem podstawowych praw i wolności obywatelskich.
Reasumując: najważniejsze jest to, żeby zminimalizować ryzyko wojny (po to właśnie solidaryzm, wspólnota i SYSTEM obronności, a nie pobór na łapu-capu bez pomyślunku, ładu i składu). Jeśli już jednak do wojny dojdzie i nawet, jeśli uznamy, że warto za Polskę walczyć (dla wielu młodych to stwierdzenie to dzisiaj nieśmieszny żart i wasze urażone uczucia patriotyczne są tutaj nieistotne, bo mają podstawy, żeby tak myśleć), trzeba zadbać o to, żeby jak najmniej ludzi poszło na przemiał i żeby po wojnie ich rodziny żyły dostatnie w – skoro tak kochacie Konstytucję – demokratycznym państwie prawa, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej, strzegącym niepodległości, dbającym o bezpieczeństwo (ale tak naprawdę, a nie tak, jak teraz), w którym każdy ma równy dostęp do opieki zdrowotnej i innych usług publicznych i w którym nie ma uprzywilejowanych kast.
Na razie jesteśmy bardzo, ale to bardzo daleko od tego miejsca.
@C_Kazmierczak Co dostaną ludzie powołani do służby i kombatanci po wojnie za swój wysiłek? Jaki los czeka inwalidów wojennych, lepszy niż kąt w przytułku i czy zasiłki sfinansują im godne życie?