Jak algorytm zamknął komunikację rządu w pętli negatywnej ekspozycji?
Dane z monitoringu mediów społecznościowych z ostatnich 30 dni wskazują jednoznacznie na zaciśnięcie negatywnej pętli algorytmicznej wokół wizerunku rządu 🟦 Donalda Tuska @PremierRP .
🔹Skala zjawiska obejmuje większość aktywnej informacyjnie populacji: internet jest głównym źródłem informacji dla ok. 60-67% Polaków, media społecznościowe docierają do ponad 90% internautów i pochłaniają niemal połowę czasu spędzanego w sieci, a 59% użytkowników wyszukuje w nich informacje zamiast lub obok tradycyjnych wyszukiwarek. Opisany poniżej mechanizm dystrybucji determinuje zatem obraz rządu dla przeważającej części społeczeństwa.
🔹Systemy rekomendacyjne platform optymalizują dystrybucję treści pod funkcję celu opartą na przewidywanym zaangażowaniu, nie na wartości informacyjnej. Zaangażowanie najsilniej koreluje z pobudzeniem emocjonalnym o odczuciu negatywnym: gniewem, drwiną i poczuciem zagrożenia. Treści krytyczne wobec rządu uzyskują w tej funkcji systematycznie wyższe wyniki predykcji, co przekłada się na preferencyjną ekspozycję w strumieniach użytkowników.
🔹Na 10 wpisów dotyczących rządu 8 klasyfikuje się jako jednoznacznie negatywne. Mechanizm ma charakter zamkniętego sprzężenia zwrotnego: interakcja z treścią negatywną aktualizuje profil behawioralny użytkownika, profil determinuje kolejne rekomendacje, a te generują kolejne interakcje tego samego typu. Po przekroczeniu progu nasycenia strumień stabilizuje się w stanie, w którym użytkownik de facto nie otrzymuje informacji o działaniach rządu, lecz konsumuje kronikę "rządu upadłego". Przekaz merytoryczny nie jest przy tym blokowany, lecz wytłumiany czyli uzyskuje niższe wyniki predykcji zaangażowania i w konsekwencji marginalną dystrybucję organiczną.
🔹Liczba otwartych frontów ataku ze strony opozycji i koalicjantów zwiększa podaż sygnału wejściowego dla tego mechanizmu. Algorytm nie wymaga koordynacji źródeł. Agreguje niezależne wątki krytyczne w jednolity strumień, ponieważ każdy z nich zasila ten sam wektor preferencji. Krytyka wewnątrzkoalicyjna, w szczególności ze środowiska 🟨Polski 2050, stanowi sygnał o podwyższonej wadze dystrybucyjnej, gdyż przełamuje granice segmentów i rozszerza zasięg treści poza klastry opozycyjne, dezorganizując równocześnie przekaz obozu rządzącego.
🔹Komunikacja parlamentarzystów koalicji cyrkuluje niemal wyłącznie wewnątrz własnego klastra. Algorytm klasyfikuje ją jako treść niszową o przewidywalnym odbiorze i nie rozszerza jej dystrybucji na innr segmenty.
🔹Dotychczasowe silniki napędowe przekazu rządowego, w tym praworządność, sprawy międzynarodowe i bezpieczeństwo, generują sygnał o niskiej amplitudzie emocjonalnej i przegrywają aukcję uwagi już na poziomie predykcji.
🔹Pozytywne epizody komunikacyjne wywołują wyłącznie krótkotrwałe zaburzenie równowagi systemu, po którym strumień wraca do stanu bazowego, ponieważ nie modyfikują one profili behawioralnych utrwalonych po stronie odbiorców.
🔹Ruchy antyestablishmentowe operują natomiast formatami natywnie zoptymalizowanymi pod funkcję celu algorytmu i nie napotykają symetrycznej kontrnarracji.
🔹Pozycję rządu stabilizują obecnie wyłącznie czynniki zewnętrzne wobec jego strategi czyli niska sprawność komunikacyjna oraz konflikt wewnętrzny w 🟥PiS, które dzielą dostępną pulę uwagi.
🔹W krótkim okresie nie należy oczekiwać poprawy algorytmicznego otoczenia rządu, ponieważ parametry pętli pozostają stabilne, a jej baza paliwowa przewyższa liczbę potencjalnych punktów przerwania. Każde bezpośrednie zaangażowanie ośrodka rządowego w spór zwiększa amplitudę sygnału i przyspiesza obieg pętli zamiast go tłumić
🇩🇪 Merz po wczorajszym spotkaniu w Brühl: "Rosja zagraża naszemu bezpieczeństwu. ChRL stanowi wyzwanie dla naszej gospodarki. Partnerstwa transatlantyckiego nie można już uważać za oczywistość."
Ewolucja niemieckiej polit. zagranicznej przyspiesza. Niemcy odchodzą od dotychczasowego modelu (tanie rosyjskie surowce, chiński rynek zbytu, amerykański parasol bezpieczeństwa) i stawiają na europejską autonomię strategiczną (współpraca z Francją) oraz zwiększone wydatki na obronność (nawet do 5% PKB).
PiS miał zamiar tylko przyatakować Trzaskowskiego Szpitalem Południowym.
Otworzyli Puszkę Pandory.
Chcieli odbić elektorat Konfederacjom?
Rozniecili historyczne żale i międzynarodowy kryzys.
Oni jak podchodzą do problemu, to tylko z kanistrem benzyny i zapałką.
Kafir Afgan napisał:
A ja mogę się pod tym podpisać. Widziałem wojnę domową w Jugosławii. Byłem tam rok. Widziałem takie okrucieństwa, o jakich w najczarniejszych snach mi się nie śniło. Nie wyleczyłem się z tej traumy nigdy. Gdzieś to wciąż we mnie siedzi i jest chyba gorsze od własnych przeżyć pod ogniem przy ciężkiej wymianie ognia między walczącymi, będąc w środku tego gówna.
A oto jego słowa, autor - Kafir Afgan:
Ironią losu największy wysyp ludzi powtarzających kremlowskie brednie, usprawiedliwiających Rosję i mizdrzących się do rosyjskiego żołnierza pojawił się ostatnio właśnie po prawej stronie.
Czy mam z tym problem? A skądże. Wiedziałem, że tak będzie, bo najciemniej jest zawsze pod latarnią. Rosjanie też o tym wiedzą. Dlatego nie szukają wyłącznie komunisty z legitymacją, futrzaną czapką i portretem Putina nad łóżkiem. Biorą każdego, kogo da się wykorzystać.
Jednego kupią za pieniądze. Drugiego za stanowisko. Trzeciego złapią na urażone ego. Kolejnemu wmówią, że walczy o Boga, naród, tradycję i wartości. Następny będzie zwyczajnym pożytecznym idiotą, który z własnej głupoty zrobi dla Moskwy więcej niż zawodowy agent. A gdy nic innego nie działa, zawsze zostaje szantaż, kompromat i strach. Wywiad nie przebiera w środkach przynajmniej obcy, liczy się cel, a cel uświęca środki.
Rosyjskie służby nie pytają, czy jesteś lewicowy, prawicowy, narodowy, ludowy czy kosmiczny. Pytają tylko, czy jesteś użyteczny.
I kiedy wywiad oceni, że „podłoże konfliktu” jest gotowe przychodzi WOJNA.
Najgorszą wojną nie jest wojna hybrydowa. Nie jest nią nawet klasyczna wojna z obcym agresorem, kiedy wiadomo, kto stoi po drugiej stronie, ma obcy mundur, obcą flagę i karabin skierowany w twój kraj.
Najgorsza jest wojna domowa.
Bo wtedy nie zabija się tylko przeciwnika z karabinem. Zabija się jego żonę, dzieci, rodziców i bliskich, żeby jego ból był większy. Żeby zaspokoić pragnienie zemsty. Żeby pokazać, że nienawiść nie ma już żadnych granic.
W wojnie domowej nie wystarcza pokonać wroga. Trzeba go upokorzyć, zniszczyć jego rodzinę, spalić dom i wymazać pamięć. Człowiek przestaje wtedy widzieć drugiego człowieka. Widzi zdrajcę, robaka, podczłowieka i cel.
I właśnie wtedy budzą się prawdziwe demony.
Nie będę rzucał wyssanymi z palca statystykami, ale nie mam złudzeń: ogromna część ludzi nosi w sobie ten krwiożerczy mechanizm. Dzisiaj jest uśpiony, bo trzymają go prawo, wychowanie, strach przed karą, rodzina, praca i codzienność. Ale wystarczy odpowiednio długo sączyć jad.
Najpierw człowiek się śmieje z przeciwnika. Potem nim gardzi. Następnie zaczyna uważać go za zdrajcę. Później przyzwala, żeby ktoś go pobił. W końcu dochodzi do wniosku, że jego śmierć byłaby dobra dla ojczyzny.
A kiedy krew już popłynie, wszystkie wcześniejsze hamulce znikają.
Zemsta nie rodzi się w miesiąc. Ona dojrzewa latami. Karmi się krzywdą, upokorzeniem, propagandą i codziennym przekazem, że sąsiad nie jest już sąsiadem, tylko wrogiem. Że członek rodziny, który głosuje inaczej, nie błądzi, tylko zdradza. Że druga połowa narodu nie zasługuje na rozmowę, lecz na karę.
I ten jad Rosja sączy w Polskę od lat. Dzieli nas na dwa, trzy i pięć plemion. Każdemu daje innego wroga. Jednym Ukrainę. Drugim Niemcy. Trzecim Unię Europejską. Czwartym uchodźców. Piątym sąsiada, który głosował inaczej. Narracje są różne, ale cel pozostaje ten sam: Polak ma bardziej nienawidzić drugiego Polaka niż Moskwy.
Bo narodu skłóconego nie trzeba pokonywać czołgami. Wystarczy dać mu zapałki i patrzeć, jak podpala własny dom.
Żołnierze wyklęci byli na straconej pozycji. Wiedzieli, że nie odzyskają państwa, że Zachód nie przyjdzie, a sowiecka machina ich zmieli. Mimo to walczyli, bo nie godzili się na rosyjski but, narzuconą władzę i państwo zbudowane na bagnetach okupanta.
Był w nich gen niezawisłości. Był też gniew, rozpacz i zemsta po wojnie, zdradzie, torturach i mordach. Bo wojna domowa nie kończy się wtedy, gdy milkną działa. Ona siedzi w ludziach, rodzinach i grobach przez następne pokolenia.
I teraz wyobraźcie sobie, że kiedyś rosyjska agentura wpływu, pożyteczni idioci oraz polityczne miernoty doprowadzają w Polsce do paraliżu państwa, przejęcia władzy przez ludzi Moskwy albo rosyjskiej okupacji.
Myślicie, że wszyscy grzecznie opuszczą głowy? Nie.
Znowu powstanie podziemie. Znowu pojawią się ludzie ścigani po lasach, piwnicach i ruinach. Ponownie jedni nazwą ich bandytami, a drudzy bohaterami. Ponownie sąsiad będzie donosił na sąsiada. Znowu ktoś będzie wykonywał wyroki, ktoś inny palił domy, a jeszcze ktoś mordował rodziny „dla przykładu”.
Znowu będzie wojna domowa. i znów będą groby. Ponownie przez dziesięciolecia będziemy pytać, kto był bohaterem, kto zdrajcą, kto oprawcą, a kto tylko wykonywał rozkazy.
Dlatego każdy polityk, publicysta, ksiądz, celebryta albo internetowy patriota, który dzień po dniu sączy nienawiść do drugiej części narodu, nie uprawia już polityki. On gromadzi benzynę pod przyszły pożar.
Może robi to świadomie. Może za pieniądze. Może z głupoty. Może z ambicji. Dla skutków nie ma to większego znaczenia.
Rosyjskiej agentury wpływu nie zwalcza się patriotycznym tweetem, konferencją prasową i komisją obsadzoną partyjnymi kolegami. Zwalcza się ją kontrwywiadem, prokuraturą, prawem i państwem, które ma jaja sprawdzać również tych stojących najbliżej latarni.
Bo kiedy demony już wstaną, nie będzie czasu pytać, kto je obudził. Będziemy zajęci grzebaniem własnych trupów.
Zdjęcie moje, z Jugosławii
zmarł w wieku 81 lat Tadeusz Baranowski. autor setek wspaniałych komiksów, twórca postaci https://t.co/yRHTE7I0Yj. Bąbelka i Kudłaczka czy kultowego profesorka Nerwosolka, że o Smoku Diplodoku... też wspomnę!
wieczny szacunek i pokój jego pamięci
W wieku 81 lat zmarł Tadeusz Baranowski. Autor komiksów pełnych surrealistycznych żartów. Kudłaczek i Bąbelek szukali źródeł wody gazowej, Profesor Nerwosolek i Entomologia Motylkowska spotkali potwora z Loch Ness i Neptuna, Lord Hokus-Pokus i Podróż smokiem Diplodokiem, albo wampiry Szlurp i Burp
W USA jest obecnie niezła teoria spiskowa dotycząca tego człowieka.
Mitch McConnell jest senatorem USA i do niedawna liderem Republikanów w tej izbie.
Problemy zdrowotne jednak zmusiły go do usunięcia się w cień, mimo, że senatorem pozostał.
Parę dni temu pojawiły się pogłoski, że miał zawał. Wg oficjalnych informacji "dochodzi do siebie" ale plotki głoszą, że jest w stanie śmierci klinicznej.
I jest to trzymane w tajemnicy, a on utrzymywany przy życiu z jednego powodu.
W listopadzie w USA odbędą się wybory. McConnell i tak kończy kadencję, więc Kentucky będzie wybierać jego następcę. To bardzo konserwatywny stan, dlatego w normalnym scenariuszu faworytem byłby oficjalny kandydat Republikanów.
Ale kluczowa jest data 3 sierpnia.
Jeśli McConnell umrze lub zostanie uznany za niezdolnego do sprawowania funkcji po tej dacie, jego następca zostanie wyłoniony w ramach listopadowych wyborów. Jeśli jednak powstałby przed 3 sierpnia, zostaną uruchomione specjalne wybory na jego miejsce.
I tu zaczyna się właściwe kino.
W takich wyborach nie działałby klasyczny mechanizm partyjnych prawyborów, czyli „primaries”, w których partia wybiera jednego oficjalnego kandydata. To oznacza, że na prawicy mogłoby pojawić się więcej niż jedno nazwisko - i konserwatywny elektorat mógłby się rozbić.
A w tle jest Thomas Massie.
Massie to republikański polityk z Kentucky, który mocno podpadł Donaldowi Trumpowi. Między innymi dlatego, że domagał się ujawnienia akt Epsteina. Trump i jego środowisko postanowili więc zrobić z jego prawyborów pokaz siły. Kampania przeciwko Massiemu była jedną z najdroższych w historii wyborów do Izby Reprezentantów - wydano dziesiątki milionów dolarów.
Massie przegrał. Ale gdyby doszło do specjalnych wyborów do Senatu, mógłby spróbować wrócić do gry jako dodatkowy kandydat po prawej stronie.
A to mogłoby rozbić republikańskie głosy i w ekstremalnym scenariuszu otworzyć drogę Demokratom do zwycięstwa w stanie, który normalnie powinni przegrać.
Więc ludzie Trumpa robią wszystko, by do tego nie dopuścić.
Pikanterii dodaje fakt, że żona McConnella, chinka, wyjechała nagle z kraju 3 dni po jego hospitalizacji, przez co potencjalnie nie może się podpisać się pod wnioskiem o odstąpienie od uporczywej terapii i odpięcie od maszyn podtrzymujących funkcje życiowe...
Jeśli to się potwierdzi, to może powstać z tego niezły film.
Co robi Adrian Zandberg w polskiej polityce?
Wiele osób zachodzi w głowę jako rolę chce odgrywać Adrian Zandberg w polskiej polityce. Ma zasłużoną opinię krzykacza i demagoga, który potrafi krytykować każdą inicjatywę, ale nie potrafi wnieść do dyskusji niczego wartościowego. W roku 2015 jego partia RAZEM nie dostała się do Sejmu, ale zdołała odebrać kilka procent głosów Zjednoczonej Lewicy/SLD, która przez to także nie dostała się do Sejmu. Premię za porażkę Lewicy w wyborach zgarnął PiS, zdobywając samodzielną większość w Sejmie, co umożliwiło destrukcję praworządności, pełne podporządkowanie Prokuratury, przejęcie kontroli nad Spółkami Skarbu Państwa a w efekcie 8 lat złodziejstwa.
W wyborach 15 października 2023 partia RAZEM startowała wspólnie z Nową Lewicą. Zdobyli 7 miejsc w Sejmie. Nie chcieli wejść do rządu. Potem okazało się, że czasami głosują inaczej niż Koalicja 15 Października. W roku 2024 nastąpił rozłam. RAZEM oddzieliło się od Nowej Lewicy, część posłów odeszła. Obecnie koło poselskie RAZEM to zaledwie czworo posłów.
Ostatnio Adrian Zandberg aktywnie włączył się w działania polityków PiS, którzy w związku z nieprawidłowościami w Szpitalu Południowym w Warszawie chcieliby odwołania Rafała Trzaskowskiego z funkcji prezydenta Warszawy, albo nawet całego rządu Donalda Tuska. 1 lipca 2026 Zandberg grzmiał z mównicy sejmowej: „Ile jeszcze będziecie się migać od odpowiedzialności i udawać, że nic się nie stało w sprawie Szpitala Południowego? Doszło do złodziejstwa. Doszło do dojenia publicznych pieniędzy i nikt nie poniósł za to politycznej odpowiedzialności.”
Okazało się, że do politycznej odpowiedzialności chciał pociągnąć Marcina Kierwińskiego, bo jest nie tylko szefem MSWiA, ale także szefem warszawskich struktur Koalicji Obywatelskiej. Marcin Kierwiński spokojnie wyjaśnił, że w Warszawie rządzi samorząd, a on sam nie jest nadprezydentem Warszawy. Odpowiadając na pytanie o ewentualną dymisję, do której wzywa Adrian Zandberg, minister Kierwiński przekazał, że o jego dymisji nie będzie decydowała żadna przystawka PiS. Ta uwaga została podchwycona przez prawicowych komentatorów, którzy uznali ją za coś niedopuszczalnego. Tymczasem z działań Adriana Zandberga i jego ludzi wynika, że są oni jak najbardziej przybudówką PiS.
Zaczęło się od pomocy w zbieraniu podpisów przed wyborami w 2015. Działacze RAZEM twierdzą, że zebrali je samodzielnie, jednak Andrzej Anusz (były poseł AWS, związany z prawicą) mówi, że jego ekipa miała najpierw zbierać podpisy dla Kukiza’15, a następnie „przerzucili się” na RAZEM. Potem były różne działania torpedujące wspólny front ówczesnej opozycji. Gdy wszystkie partie demokratyczne łączyły siły na wielkich manifestacjach, kierownictwo partii RAZEM podkreślało, że nie chce wielkich, „salonowych” manifestacji. Działacze RAZEM organizowali akcje, które z pozoru były bardziej radykalne, ale w rzeczywistości rozbijały jedność sił demokratycznych. W kluczowych momentach woleli stać z boku i zamiast bronić praworządności, organizowali pikiety w obronie praw pracowniczych. Dziś okazuje się, że w sejmowych debatach głos Adriana Zandberga niewiele się różni od głosu Przemysława Czarnka.
W opinii niektórych komentatorów, rola RAZEM sprowadza się do bycia „języczkiem u wagi” działającym na rzecz PiS i Konfederacji, który ma odbierać jak najwięcej głosów najbardziej zradykalizowanej grupy najmłodszych wyborców. W zasadzie te głosy mają pójść na straty, byleby nie dostała ich Nowa Lewica. Jeżeli chodzi o program partii, bardziej chodzi o omamienie młodych ludzi o lewicowych poglądach, niż o udział w rządzeniu i realizację szczytnych celów. Szefowie RAZEM nie są zainteresowani rządzeniem. Wolą dzielić dotację na partię oraz pobierać wynagrodzenia poselskie i diety, a równolegle nic nie robić i oskarżać rząd o bezczynność. Odpowiada im rola klasycznej partii niszowej, która mobilizuje elektorat protestu, szczególnie młodych i niezadowolonych z mainstreamu.
To fakt, że Adrian Zandberg potrafi przemawiać zarówno w Sejmie, jak również na wiecach. Urodził się w Danii w 1979 roku, jest więc jeszcze dość młody, ma dziś 47 lat. W Polsce mieszka od 1986. Jest dobrze wykształcony. Studiował prawo i historię na UW (doktorat z historii ruchów socjaldemokratycznych w Niemczech i UK). Był współzałożycielem partii RAZEM. W 2022 został współprzewodniczącym partii (wraz z Magdaleną Biejat, później samodzielnie).
Buduje wizerunek radykalnego lewicowca. Jest antyliberalny, skupiony na prawach pracowniczych, mieszkalnictwie społecznym, progresji podatkowej, klimacie i krytyce „koryciarstwa”. Skupia się na retoryce antyrządowej i jak najczęstszej medialnej obecności bez przekuwania tego na konkretne sukcesy legislacyjne. Podstawowe cele jego medialnych ataków to: Donald Tusk, deweloperzy, pracodawcy oraz „ludzie bogaci” (do których on sam się zalicza).
Adrian Zandberg moralizuje w kwestiach płacowych i finansowych, podczas gdy sam był beneficjentem nieprawidłowości finansowych w swojej partii. Największa kontrowersja dotyczy okresu 2019–2021. Członkowie zarządu RAZEM (w tym Zandberg) dostali wysokie nagrody/premie (ok. 200 tys. zł rocznie na osobę, czyli ponad 16 tys. zł/mc brutto). Zandberg wcześniej deklarował, że w partii płace są na poziomie średniej krajowej. Sprawa trafiła do prokuratury i PKW, z powodu podejrzenia nielegalnego finansowania. PKW kwestionowała nagrody jako wątpliwe prawnie.
Zandberg i inni tłumaczyli to nagrodami za kampanię i uzyskane wyniki. Sprawa ucichła bez spektakularnych skutków karnych, ale mocno zaszkodziła wizerunkowi „uczciwej lewicy przeciw establishmentowi”. Teraz RAZEM krytykuje finansowanie innych partii i ogólnie „pieniądze w polityce”.
Co robi Adrian Zandberg w polskiej polityce? Nic dobrego.
Pozostaje jeszcze pytanie: Ilu wyborców po raz kolejny uwierzy w czcze obietnice budowy przez państwo mieszkań rozdawanych za darmo i obietnice drastycznego podwyższania płac bez podwyższania wydajności oraz inne mżonki żywcem wyjęte z publikacji marksistowsko-leninowskich? Zobaczymy za kilkanaście miesięcy.
autor: @GasewiczJarek dla @AkademiaPrawdy
źródła: Sejm, ONET, TVN24, Wikipedia
ilustracja: Adrian Zandberg w Sejmie - screen
Wielu z Państwa śledziło moją sprawę dotyczącą zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa przez Marszałka Sejmu Szymona Hołownię, złożonego w związku ze zwołaniem Zgromadzenia Narodowego i odebraniem przysięgi od Karola Nawrockiego.
Dzisiaj otrzymałem odpowiedź kończącą krajowy etap tej sprawy. Wykorzystałem wszystkie środki prawne, które w mojej ocenie były dostępne na gruncie prawa krajowego. Prokuratura konsekwentnie odmówiła podjęcia działań.
Nie traktuję tego jako porażki. Uważam, że obywatel ma prawo korzystać z przewidzianych prawem środków i domagać się kontroli działań organów państwa. Ja z tego prawa skorzystałem.
Jak obiecałem, publikuję również dokument kończący ten etap postępowania. Uważam, że uczciwość wobec osób, które śledziły tę sprawę, wymaga pokazywania nie tylko dokumentów potwierdzających moje stanowisko, ale również tych, z którymi się nie zgadzam.
Nie oznacza to jednak końca wszystkich działań. W związku z tą sprawą nadal toczą się postępowania przed instytucjami międzynarodowymi, w tym przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka. O ich przebiegu również będę Państwa informował.
Dziękuję wszystkim za wsparcie, cierpliwość i zaufanie.
👻 W połowie maja 2025 roku na trasie między Ząbkowicami Śląskimi a Dzierżoniowem Karol Nawrocki miał paść ofiarą zamachu. Nie dowiadujemy się tego od policji, z karty pacjenta ani z komunikatu służb, ale z rozmowy z historykiem, prof. Andrzejem Nowakiem.
👻 Wtedy, w maju, nikt nikogo nie zawiadomił o zdarzeniu: ani lekarza, ani toksykologa, ani prokuratora. Garnitur, jak wynika z relacji, wyczyszczono, autokar umyto. Została tylko opowieść.
👻 Wiele opowieści to opowieści rozrzutne, z elementami zbędnymi, przypadkowymi. W opowieści prezydenta jednak nic się nie marnuje. Każda strzelba Czechowa mu ostatecznie wypala. I to właśnie jest najbardziej frapujące.
👻 Po pierwsze, ta opowieść zamienia słabość w siłę. „Jakby nagle ktoś wyłączył mi organizm", „jakbym dostał konkretny cios w szczękę" – to jeszcze mógłby być opis omdlenia. Ale nagle pojawia się trucizna, która zmienia wagę i gatunek zdarzenia. Człowiek, któremu zrobiło się niedobrze, jest słaby. Za to człowiek, którego chciano otruć, jest ważny.
👻 Po drugie, opowieść prezydenta między wierszami identyfikuje sprawcę, bo otrucie jest dziś znakiem rozpoznawczym jednego mocarstwa. Każdy pamięta zniszczoną dioksyną twarz Wiktora Juszczenki z jego kampanii prezydenckiej na Ukrainie.
👻 Wpisanie się w ten szereg robi z kandydata natychmiast czołowego przeciwnika Kremla. Co więcej, także Smoleńsk w mitologii prawicy jest przecież zamachem Rosji na polskiego prezydenta. Także i tu mamy więc jakąś kontynuację.
👻 Po trzecie, ta opowieść wskazuje metodę. Prezydent sugeruje, że trucizna mogła trafić do jego ciała, bo całował kobiety w rękę. To ukazuje Karola Nawrockiego jako depozytariusza staropolskiej, rycerskiej grzeczności, a więc przeciwieństwo liberalnego upadku obyczajów.
👻 Ale też czyni go męczennikiem świadomym, bo ochrona przecież ostrzegała, że właśnie tak można go zaatakować. „Ale ja i tak to robiłem". Wiedział i nie przestał. Czy dotyk dłoni przy pocałunku może kogoś powalić pięćdziesiąt metrów dalej?
👻 Za to doprowadzenie do zguby przez pocałunek niesie jednocześnie element Maty Hari i Judasza. To dwa potężne toposy. Ale czy nie dwa grzyby w barszczu?
👻 Po czwarte, opowieść ma świadków: trzech lojalnych towarzyszy. To oni byli bladzi, to oni „nie mogli na to patrzeć", to jeden z nich powiedział potem: „byłem przekonany, że ty nie żyjesz". Bohater więc jakby umiera, ale jednak wraca, a ci trzej wierni uczniowie stoją nad nim, nie mogąc w to uwierzyć. Nie trzeba nazywać tej sceny po imieniu, jest wystarczająco biblijna.
👻 To dużo, ale wciąż za mało. Prezydenta leżącego na podłodze autokaru i wymiotującego „gejzerami" współpracownicy porównują do postaci z „Egzorcysty". I nagle to, co obrzydliwe, przemienia się w symbol walki duchowej, a zbrukane ciało staje się polem starcia dobra ze złem.
👻 Jest i element teologii politycznej: przeciwnik już nie jest zwykłym adwersarzem, jest siłą demoniczną. Ta opowieść przenosi spór polityczny w rejestr duchowy, w którym przywódca stoi po stronie Boga, a przeciwnik – wiadomo gdzie.
👻 To opowieść kompletna, a nawet nadmiarowa. Inne historie mają w sobie detale, które do niczego nie prowadzą, nic nie znaczą i nikomu się nie przydają. Ta takich resztek nie ma.
👻 Trucizna tłumaczy słabość, Rosja tłumaczy truciznę, pocałunek tłumaczy sposób, umiłowanie tradycji tłumaczy pocałunek, „Egzorcysta" tłumaczy wymioty, a przyjaciele, którzy jakby przybiegli do grobu, dostarczają godnego finału.
👻 Opowieść prezydenta jest opowieścią założycielską, a więc opowieścią organizującą sens. Wprawdzie nieudolną, bo przedawkowaną, wprawdzie scenariuszowo słabą, jak film o Smoleńsku, ale jest.
👻 I nie ma tu co sprawdzać. Mit polityczny nie jest opisem faktów do zweryfikowania, jest obrazem, który mobilizuje. Jego siła jest całkowicie niezależna od prawdziwości. A na mityczność wskazuje tu przede wszystkim jedno: o zamachu opowiada się policji, ale o swojej zwycięskiej walce z wszechogarniającym złem tylko wyznawcom.
Drobne przypomnienie faktów:
1) "rzeź Wołyńska" nie była tylko na Wołyniu a na Kresach
2) była to zorganizowana akcja czystki etnicznej tj zaplanowanego ludobójstwa, mordów celowo dokonywano w maksymalnie sadystyczny i okrutny sposób żeby resztę ludności polskiej sterroryzować wypędzić z terenów które po czystce etnicznej miały być czysto ukraińskie
3) UPA zabiła więcej Ukraińców którzy nie chcieli mordować Polaków niż: Sowietów, Niemców, polskich żołnierzy i innych ludzi razem wziętych.
Generalnie drugą pod względem liczby ofiar populacją mordowaną przez UPA byli sami Ukraińcy.
4) Szacunki polskich badaczy oscylują wokół 100 tys zamordowanych w podczas zbrodni ludobójstwa Polaków
5) Polskie Bataliony Chłopskie (takie AK ale związane z ludowcami i rolnikami - przypisek dla nie Polakó czytających wpis) w 1943 (przed lipcem) proponowała UPA sojusz przeciw sowietom. Trzech posłańców od dowództwa Batalionów Chłopskich zostało przez UPA rozerwana żywcem końmi na środku wsi po kilkudniowych sadystycznych torturach.
6) Akcje odwetowe AK były bezpośrednim następstwem zbrodni ludobójstwa na Polakach. Były zbrodnią wojenną i trudno owe usprawiedliwiać ALE na terenach gdzie miały miejsce czystka etniczna na Polakach albo ustała albo znacznie zmniejszyła swój rozmach. Niestety UPA rozumiała tylko ten język.
Najważniejsze: w akcjach odwetowych AK Polacy zabili kilkukrotnie mniej Ukraińców niż samo UPA zabiła Ukraińców którzy nie chcieli mordować Polaków. Głównym katem Ukraińców na kresach było UPA a nie AK. Warto żeby to jasno wybrzmiało.
7) Ukraińcy przed wojną byli w Polsce represjonowani tak bardzo że Banderze karę śmierci zamieniono na dożywocie zaś Ukraińcy stanowili "aż" 3% osadzonych w Berezie Kartuskiej. Która była politycznym więzieniem. Polityka narodowościowa II RP była zła ale była dokładnie taka jak wszystkich państw powstałych po rozpadzie Austro-Węgier i Cesarstwa Niemieckiego - wynaradawiająca mniejszości. Z punktu obecnych standardów była nie do przyjęcia, z punktu ówczesnych standardów - cóż, Sowieci po prostu wymordowali i zagłodzili 3-5mln Ukraińców. zaś Ukraińców w Polsce zginęło mniej w dwudziestoleciu między wojennym niż komunistów, robotników lub rolników podczas pacyfikowanych strajków i buntów. Co więcej - polityka względem Ukraińców w Polsce stała się twardsza dopiero po fali zabójstw i terroru jakie UWO/ OUN rozpętała wobec...Ukraińców oskarżonych o "kolaborowanie" z Polakami oraz polskich urzędników.
Meritum: II RP nigdy nie miała polityki eksterminowania ludności ukraińskiej, nigdy nie było masowych mordów których skala przekraczałaby represje wobec: rolników, robotników, komunistów itp.
8) Akcja "Wisła" po wojnie jest uważana przez sporą część historyków za zbędną i narzuconą przez Sowietów. Niemniej całkowicie zatrzymała działalność UPA na terenie Polski. Co więcej - na 140 tys przymusowo przesiedlonych ludzi (z których spora część nie była i nie czuła się być Ukraińcami) na skutek tych działań zmarło w trakcie przymusowego wysiedlania około 200 osób znanych z imienia i nazwiska. Znane największe szacunki zmarłych/zabitych podczas "Wisły" nie przekraczają 250 osób.
Zachęcam do udostępniania wpisu i cytowania.