Od piątku 🇷🇺 lotnisko w Soczi działało tylko przez 8 minut. Tysiące knalii utknęło i nie mają jak wyjechać z powodu regularnych już ataków ukraińskich dronów — donoszą kanalie medialne Państwa Putina.
@Jambalaya0804 Żona od 20 lat mi wypomina, że na pierwszej randce musiała sama zapłacić za bilet do kina. Płaci facet, nie warto robić inaczej. Naprawdę.
Oglądam tą grafikę i widzę polską flagę przy produktach koreańskiej zbrojeniówki a "burzowe chmury" przy produktach z Polski.
To ma pokazywać sympatię i antypatię Pana rzecznika wobec koreańskiego i polskiego przemysłu czy jak?
W każdym razie, postanowiłem ją naprawić.
I jeszcze jedno: możemy JEDNOCZEŚNIE twardo grać z Ukrainą, uzależniając ich działania w sprawie UPA/Wołynia od naszych działań w sprawie poparcia ich akcesji do UE, i w tym samym czasie twardo wspierać Kijów w wojnie z Rosją. W OBU przypadkach realizujemy nasz interes. Jedno drugiemu nie przeczy.
Przed rzezią wołyńską polityka II Rzeczypospolitej wobec mniejszości ukraińskiej była źródłem głębokich napięć. Dlatego nie należy relacji polsko-ukraińskich rozpatrywać zero-jedynkowo. To jest tak trudny temat, że Nawrocki powinien zastanowić się wiele razy, a Zełeński wysłuchać głosu Polaków. Piszę to jako osoba, której rodzina doświadczyła tragedii wołyńskiej.
PiS przez 8 lat nie potrafił zapewnić żołnierzom podstawowego wyposażenia.
Dziś wyśmiewają rząd, który musi naprawiać ich zaniedbania.
Drwić z własnej nieudolności to naprawdę trzeba mieć dużo tupetu.
Pamiętajmy o Ukraińcach, którzy ratowali Polaków i za to ginęli z rąk UPA.
I pamiętajmy, że większość Ukraińców w Polsce ciężko pracuje, płaci podatki i przyczynia się do rozwoju naszego kraju. Nie wolno oceniać całego narodu przez pryzmat tego, że ktoś ukradł rybę z jeziora czy wjechał na Morskie Oko.
Szacunek dla ofiar nie wymaga nienawiści wobec współczesnych ludzi.
@Rybitzky@PiotrZychowicz Dobra. Popieram ich walkę. Spoko. Ale to zadęcie jest niesamowite. Walczyć to mogą tylko dzięki wsparciu całej Europy. Ta ich potęga się zweryfikuje po wojnie, jak trzeba będzie się zetrzeć z rzeczywistością, gdzie mamy zniszczony, wyludniony kraj, z tragiczną demografią.
PO PUTINIE ROSJA NIE POWIE „PRZEPRASZAM”. PO PUTINIE MOŻE WYCIĄGNĄĆ WIĘKSZY NÓŻ
Jeśli sądzicie, że po Putinie będzie koniec wojny, to gratuluję naiwności. To nie jest bajka Disneya, gdzie znika zły car, orkiestra gra hymn pokoju, Ukraina odzyskuje wszystko w jeden weekend, a Rosja wychodzi na konferencję prasową i mówi, że bardzo przeprasza, było jej głupio i już nigdy więcej. Nie. Rosja nie zatrzyma się dlatego, że Putin umrze, zniknie, spadnie ze schodów, wyleci na Marsa albo zostanie wyniesiony z Kremla w pancernym termosie. Rosja dzisiaj nie szuka pokoju. Rosja dalej stawia terytorialne żądania, dalej gada językiem siły, dalej chce Donbasu, Chersonia i Zaporoża, dalej czeka, aż Ukraina pęknie, a Zachód się znudzi. To nie jest język państwa szukającego wyjścia. To jest język państwa, które ostrzy nóż pod stołem.
Problemem nie jest tylko Putin. Problemem jest cały rosyjski system, służby, armia, propaganda, oligarchowie, gubernatorzy, generałowie, cerkiewni politrucy i miliony ludzi karmionych od lat imperialnym bełkotem, że sąsiednie państwa to nie państwa, tylko rosyjski przedpokój. Putin jest twarzą tej choroby, ale nie jest całą chorobą. Po nim nie musi przyjść lekarz. Może przyjść ktoś, kto uzna, że stary car był za miękki, za wolny i za bardzo oglądał się na Zachód. Bo Rosja nie została jeszcze pokonana we własnej głowie. I to jest sedno. Żeby Rosja naprawdę przegrała, rosyjski naród musi niestety poczuć, że przegrał. Nie w telewizorze, nie w przemówieniu, nie w propagandowej mgle, tylko w domu, w rodzinie, w armii, w trumnach, w kalekach, w głodzie kadrowym, w pustych wsiach i w strachu. Musi poczuć, że imperialny grill rozpalony pod mauzoleum Lenina nie zgaśnie od rosyjskich łez, tylko od ceny, której Rosja nie będzie już w stanie płacić.
Bo Rosjanie nie czują dziś końca wojny jak zmęczone niemieckie społeczeństwo pod koniec drugiej wojny światowej. Niemcy byli miażdżeni na froncie i rozbijani we własnych głowach. Rosja na razie kipi wściekłością, urazą i poczuciem upokorzenia. U nich nie ma masowego „dość”. Jest raczej „jak to, kurwa, Ukraina nie padła?”. Jak to, Zachód jej pomaga? Jak to, musimy brać drony od Iranu, amunicję od Korei Północnej i polityczny tlen od Chin? To dla rosyjskiego imperium nie jest lekcja pokory. To jest zniewaga. I Putin doskonale to wie. Wie też, że gdyby teraz odpuścił, mógłby stracić nie tylko władzę, ale i życie. W Rosji przegrany car rzadko odchodzi na spokojną emeryturę z kocem, herbatą i albumem ze zdjęciami.
I teraz liczby, ale nie te bankierskie, tylko wojenne. Putin już formalnie podniósł docelową liczebność rosyjskiej armii do około 1,5 miliona żołnierzy w służbie czynnej, a całe siły zbrojne według dekretów mają mieć prawie 2,4 miliona ludzi. Zachodnie ośrodki podkreślają, że część tych liczb jest aspiracyjna, czyli po rosyjsku, na papierze wygląda jak stalowy młot, a w realu trzeba jeszcze znaleźć ludzi, wyszkolić ich, ubrać, uzbroić, nakarmić i doprowadzić na front. Ale nie wolno się z tego śmiać jak idiota. Bo nawet jeśli część tej armii jest papierowa, to papier w Rosji bardzo łatwo zamienia się w wezwanie mobilizacyjne, a wezwanie mobilizacyjne w chłopa z karabinem, który po dwóch tygodniach szkolenia jedzie pod Bachmut, Kupiańsk albo gdziekolwiek car akurat potrzebuje mięsa.
Rosja ma około 1,2–1,5 miliona aktywnych wojskowych w zależności od sposobu liczenia, około 2 miliony rezerw i ogromny zasób mężczyzn, których państwo może mielić administracją, strachem, pieniędzmi i przymusem. Pełna mobilizacja nie oznacza, że nagle dostaną trzy miliony świetnie wyszkolonych żołnierzy jak z katalogu NATO. Nie. Dostaną mieszaninę poborowych, rezerwistów, kontraktowych, więźniów, ochotników za pieniądze, ludzi z biednych regionów, przymusowo dopchniętych specjalistów i typów, którzy z wojskiem mieli ostatni kontakt przy wódce po komisji. Ale to dalej jest masa. Brudna, nierówna, często źle dowodzona, ale masa. A rosyjska metoda wojny od wieków polega na tym, że jak nie działa skalpel, to biorą młot, a jak młot pęknie, to walą cudzą czaszką.
To nie znaczy, że Rosja jest wszechmocna. Nie jest. W Ukrainie straciła gigantyczną liczbę ludzi, sprzętu, oficerów, specjalistów i reputacji. Szacunki strat są rozbieżne, ale mówimy o setkach tysięcy zabitych i rannych, a nie o jakiejś drobnej „operacji specjalnej”, którą da się zamieść pod kremlowski dywanik. Problem polega na tym, że Rosja może przegrywać dobrze, drogo i głupio, a mimo to dalej mieć zdolność zabijania, niszczenia i rzucania kolejnych ludzi do pieca. To jest państwo, które potrafi uznać 50 tysięcy trupów za koszt polityczny, 100 tysięcy za trudny etap, 300 tysięcy za ofiarę narodu, a milion za dowód wielkości Rosji. Tam śmierć obywatela nie jest tragedią państwa. Jest materiałem eksploatacyjnym.
Po Putinie ta maszyna nie musi się zatrzymać. Ona może na chwilę zakaszleć, zgubić rytm, zacząć gryźć własny ogon. I to byłby najlepszy wariant dla Ukrainy oraz dla nas. Kreml zajęty własnym gardłem ma mniej czasu na cudze granice. Ale równie dobrze nowy człowiek na szczycie może uznać, że musi udowodnić twardość. A w Rosji twardości nie udowadnia się reformą, prawem i normalnością. Twardość udowadnia się czystką, mobilizacją, więzieniem, wojną i strachem. Tam następca Putina może nie przyjść z białą flagą. Może przyjść z listą nazwisk, nową falą mobilizacji i hasłem, że Rosja została zdradzona, więc trzeba dokręcić śrubę.
Najgroźniejszy scenariusz polega na tym, że po Putinie zacznie się wojna o władzę w samym aparacie przemocy. Na Łubiance, w FSB, w GRU, w Rosgwardii, w armii, w administracji prezydenckiej i między kremlowskimi klanami. Tam nie będzie eleganckiej debaty o konstytucji, praworządności i nowym otwarciu. Tam będzie walka o archiwa, kanały finansowe, lojalność generałów, granice, prokuraturę, sądy, media i ludzi z bronią. FSB nie jest dodatkiem do rosyjskiego państwa. Jest jednym z jego twardych kręgosłupów. A taki kręgosłup po śmierci cara nie idzie do sanatorium. On sprawdza, komu można złamać kark.
I właśnie dlatego nie wolno myśleć, że śmierć Putina załatwia sprawę. Rosja ma armię, rezerwy, aparat przemocy, propagandę, przemysł wojenny, nuklearny straszak i społeczeństwo, które przez lata uczono, że porażka jest hańbą, a sąsiad ma żyć na kolanach. To wszystko nie znika razem z jednym człowiekiem. To zostaje. I jeśli rosyjski naród nie poczuje realnej klęski, jeśli nie zrozumie, że za imperialne sny płaci się krwią, biedą, izolacją i rozpadem własnego życia, to po Putinie może nie być pokoju. Może być tylko nowy car, nowa mobilizacja i nowa bajka o tym, że Rosja znowu musi się bronić, napadając na innych.
Dlatego Rosję zatrzyma nie brak Putina. Rosję zatrzyma dopiero cena, której nie będzie w stanie zapłacić. Militarna, polityczna, społeczna i wewnętrzna. Rosja musi przegrać tak, żeby nie dało się tego przykryć paradą, ikoną, czołgiem na Placu Czerwonym i kolejną porcją telewizyjnego kłamstwa. Musi poczuć porażkę jako państwo, system i społeczeństwo imperialne. Wszystko inne to modlitwa ludzi, którzy pomylili geopolitykę z dobranocką.
A wiecie, co jest największą polską porażką w tym wszystkim? Że rządzący z prawej i z lewej strony tak naprawdę nie czują tego zagrożenia w kościach. Przewalili ostatnie lata na partyjne napierdalanki, konferencje, komisje, ordery, uśmiechy, patriotyczne frazesy i medialne teatrzyki, zamiast przygotować państwo na najgorszy wariant. A najgorszy wariant nie polega na tym, że Putin zniknie i będzie spokój. Najgorszy wariant polega na tym, że po Putinie przyjdzie ktoś, kto uzna, że Rosja nie przegrała dlatego, że była zbyt brutalna, tylko dlatego, że była brutalna za mało.
I dlatego bredzenie, że jakiś pan z gaśnicą, pan na hulajnodze albo kolejny samozwańczy geopolityk z internetowej piwnicy „dogada się z Rosjanami”, jest mrzonką w najczystszej postaci. Chyba że przez dogadanie rozumiecie uklęknięcie, błaganie Moskwy o wybaczenie i zgodę na powrót do roli grzecznego satelity ruskiego miru. Tylko nie nazywajcie wtedy tego suwerennością. Nie nazywajcie tego wielką Polską. To nie jest żadna wielka Polska. To jest zwykłe tchórzostwo, polityczne upodlenie i dobrowolne włożenie głowy pod rosyjski but.