PREZYDENT ZAWETOWAŁ USTAWĘ O WYKONYWANIU WYROKÓW EUROPEJSKIEGO TRYBUNAŁU PRAW CZŁOWIEKA. I TO JEST, KURWA, DRAMAT!
Bo mam coraz silniejsze wrażenie, że niektórym marzy się władza absolutna.
ABSOLUTNIE!
Tyle że moim zdaniem niektórym absolutnie potrzebna jest konsultacja psychiatryczna, bo ich wyobrażenie o sprawowaniu władzy zaczyna przypominać mokry sen dyktatora, któremu ktoś nieopatrznie wmówił, że demokracja polega na tym, iż raz wybrany może już robić, co mu się żywnie podoba.
Wyobraźcie sobie taką sytuację. W Polsce władzę przejmuje partia, która wyprowadza nas z Unii Europejskiej. Ale na tym nie kończy. Idzie dalej, wypowiada Europejską Konwencję Praw Człowieka i zaczyna urządzać państwo według własnego widzimisię. Nowe ustawy, nowe zasady, nowe sądy, a obywatel ma siedzieć cicho, płacić podatki i nie podskakiwać. Bo przecież władza wie lepiej, co dla niego dobre. Nawet wtedy, kiedy właśnie robi mu z życia piekło.
Pewnego dnia trafiasz przed sąd. Masz rację, ale przegrywasz. Odwołujesz się, walczysz latami, aż wyczerpiesz wszystkie możliwości w kraju. A jeśli wcześniej władza pozbawiła cię również ochrony wynikającej z Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, to gdzie, kurwa, masz jeszcze szukać sprawiedliwości? U Pana Boga? Bo na ziemi wszystkie drzwi już zamknięte, a klucze trzymają ci sami ludzie, którzy cię urządzili.
I właśnie dlatego wczorajsze weto prezydenta Nawrockiego tak mnie wkurwia.
Demokracja, do cholery, nie polega na tym, że raz na cztery lata wybieramy sobie pana i władcę, któremu później możemy co najwyżej bić brawo albo pocałować go w dupę. Demokracja polega również na tym, że obywatel może powiedzieć państwu: NIE MACIE RACJI! I ma gdzie dochodzić swoich praw.
Niektórym najwyraźniej marzy się państwo, w którym władza ma zawsze rację a to nazywa się dyktaturą. I jakoś, kurwa, nie przypominam sobie, żeby ludzie masowo uciekali do niej w poszukiwaniu sprawiedliwości.
Dzisiaj możecie takiej władzy klaskać nawet uszami, jutro możecie stanąć przed jej sądem. Bo dyktatura ma tę paskudną właściwość, że wcześniej czy później zaczyna wpierdalać również własnych wielbicieli.
A wtedy, kurwa, może się okazać, że jedyną instancją odwoławczą pozostał wam Sąd Ostateczny. Tylko na termin rozprawy trzeba będzie trochę poczekać. No, chyba że nowy pan i władca postanowi wam to oczekiwanie skrócić, wprowadzając karę śmierci. Wtedy nawet osobiste spotkanie ze Stwórcą będzie można załatwić w trybie przyspieszonym.
WŁADZA ABSOLUTNA? ABSOLUTNIE NIE. ABSOLUTNIE TO NIEKTÓRYM PRZYDAŁABY SIĘ KONSULTACJA PSYCHIATRYCZNA.
Drogi panie @BoguckiZbigniew, skoro się pan powołuje na słownik, to proszę chociaż do niego zajrzeć. Przyimek „wobec” może komunikować o obecności danej osoby, ale może też wskazywać osobę do której odnosi się czynność.
Funkcja w Pałacu ze Sztangą nie czyni z pana językoznawcy.
Ukraińskie uderzenia w ruskie centra danych mogą przyczynić się do drastycznego spadku poparcia dla ultraprawicowych i populistycznych partii na całym świecie 💪
Dlaczego?
Bo to poparcie było sztucznie kreowane i wzmacniane przez Kreml i ruskie boty 😡
Po tym, jak Ukraińcy w ostatnich dniach zbombardowali trzy centra danych w Rosji, radykalnie spadła aktywność ruskich botów w sieci.
Potwierdziło to dzisiaj ABW, potwierdzają to inne kraje monitorujące sieć.
Z dnia na dzień zniknęły tysiące kont szerzących antyukraińską narrację, chwalących ultraprawicę i popierających ruch MAGA w USA. Drastycznie spadło poparcie dla AfD w mediach społecznościowych.
To dokładnie pokazuje, że jeśli chce się rozwiązać problem, to trzeba znaleźć jego ŹRÓDŁO.
Jak ktoś jest chory, to leczenie tabletkami przeciwbólowymi, choć chwilowo uśmierzy ból, nie wyleczy przyczyny i nie sprawi, że człowiek wyzdrowieje.
Tak samo jest z dezinformacją rozsiewaną przez farmy trolli i botów – samo blokowanie może pomóc tylko chwilowo, ale nie rozwiązuje problemu u źródła.
W Polsce takim źródłem dezinformacji jest na przykład TV Republika, która już dawno powinna być zlikwidowana.
Mocno trzymam kciuki, by Ukraińcy szybko zbombardowali pozostałe centra danych w Rosji 🤞
To może pomóc uratować i Ukrainę, i cały świat przed rosyjsko-faszystowskim złem.
TRUMP SPRZEDA POLSKĘ ZA BARYŁKĘ ROPY. A JAK PUTIN DORZUCI PRZEPIS NA BIMBER Z ZIEMNIAKÓW, TO JESZCZE MU PODZIĘKUJE.
Donald Trump właśnie przypomniał światu, że w amerykańskiej polityce interes potrafi być ważniejszy od sojuszy, deklaracji i bezpieczeństwa państw, którym Waszyngton jeszcze wczoraj obiecywał wsparcie. I tylko kompletny idiota albo człowiek świadomie udający idiotę nie dostrzega, jakie zagrożenie może to oznaczać dla Polski.
18 września Trump podpisał ustawę sankcyjną wymierzoną w Rosję i państwa finansujące jej machinę wojenną. Niespełna miesiąc później ogłosił porozumienie z Putinem dotyczące rosyjskiego oleju napędowego, a amerykańska administracja czasowo poluzowała sankcje na ten produkt. Pierwsze zapowiedziane dostawy to ponad 300 tysięcy ton paliwa, kolejne mają nadejść w następnych miesiącach. Rosyjska gospodarka dostaje szansę na dodatkowe pieniądze, choć przecież właśnie jej dochody miały zostać ograniczone, żeby utrudnić Kremlowi prowadzenie wojny. I jeszcze Trump dziękuje Putinowi. No kurwa, normalnie łzy wzruszenia. Jeszcze tylko wspólne zdjęcie przy samowarze, toast za pokój i serdeczne życzenia pomyślności dla rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego.
A teraz przypomnijmy sobie trochę historii, bo mam wrażenie, że szczególnie część polskiej prawicy cierpi na wyjątkowo wybiórczą pamięć. Ameryka już raz zostawiła Polskę Stalinowi. W Jałcie w lutym 1945 roku Roosevelt, Churchill i Stalin ustalali przyszłość Europy, a nasz kraj, który od pierwszego dnia wojny walczył z Niemcami i wykrwawiał się na wszystkich frontach, nie miał przy tym stole własnego głosu. Zachodni alianci zaakceptowali rozwiązania, które w praktyce utrwaliły sowiecką dominację nad Polską. Obiecano nam wolne wybory i suwerenność, a dostaliśmy komunistyczną dyktaturę, więzienia UB, mordowanych żołnierzy podziemia i dziesięciolecia zależności od Moskwy.
I co, kurwa? Jakoś nie słyszę, żeby nasi najbardziej rozkochani w Ameryce prawicowi politycy szczególnie chętnie przypominali ten fragment historii. Pewnie zaraz się okaże, że za Jałtę odpowiadali Żydzi, polscy komuniści, masoni albo krasnoludki. W każdym razie na pewno nie Roosevelt i nie Stany Zjednoczone, bo przecież amerykański prezydent nie może zrobić Polsce krzywdy. To się zwyczajnie nie mieści w głowie człowieka, który politykę międzynarodową pomylił z pielgrzymką do Waszyngtonu. Zresztą zabawne, jak często słyszymy antysemickie brednie, że to Żydzi wszystko przeliczają na pieniądze. A tu proszę, wystarczy popatrzeć na Biały Dom. Żadnych tajemniczych spiskowców, po prostu wielka polityka i interesy. Dla jednych demokracja, dla drugich ropa, a dla Putina być może kolejne pieniądze. Wszystko oczywiście w imię pokoju. Kurwa, jakie to piękne.
Amerykanie od dziesięcioleci mają znakomity PR. Hollywood, wielkie opowieści o wolności, demokracji, ratowaniu świata i obronie słabszych. Piękne filmy, wzruszająca muzyka, przemówienia, od których łza kręci się w oku. Tylko że za tą starannie wypolerowaną fasadą stoi również historia, o której wielbiciele amerykańskiej nieomylności wolą nie pamiętać.
Dwie bomby atomowe zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki, miasta pełne cywilów. Można przez następne sto lat dyskutować, czy skróciły wojnę i jakie względy militarne stały za tą decyzją. Nie zmienia to faktu, że dziesiątki tysięcy ludzi zginęły w chwili eksplozji, a kolejne umierały wskutek poparzeń i promieniowania. A Kambodża? Amerykańskie bombardowania i destabilizacja kraju pomogły stworzyć warunki sprzyjające wzrostowi siły Czerwonych Khmerów. Pol Pot urządził własnemu narodowi piekło, a odpowiedzialność za jego zbrodnie ponoszą przede wszystkim on i jego oprawcy. Tyle że amerykańskiej polityki w tym regionie również nie da się wymazać gumką. Ot, kolejny przykład, jak walcząc z komunizmem, można niechcący pomóc jednym z najgorszych komunistycznych zbrodniarzy w historii. Ale oczywiście Ameryka zawsze wie lepiej.
I tak polski naiwniak łyka ten pięknie opakowany propagandowy cukierek, jakby dostał za darmo kilogram krówek ciągutek. Jeszcze się oblizuje i prosi o więcej. Bo przecież wszystko, co amerykańskie, musi być dobre, uczciwe i robione z miłości do naszego narodu. Nawet jeśli przy okazji kosztuje nas miliardy.
A jak mi tu zaraz jakiś wielbiciel amerykańskiej potęgi wyjedzie z argumentem, że przecież mamy w Polsce amerykańskie bazy i żołnierzy, więc możemy spać spokojnie, to chciałbym potencjalnym amebom politycznym przypomnieć Afganistan. Amerykanie prowadzili tam wojnę przez dwadzieścia lat, wydali gigantyczne pieniądze, zbudowali bazy, wyszkolili i wyposażyli armię, wspierali rząd, a potem uznali, że dalsza obecność przestała leżeć w ich interesie.
I co się, kurwa, wydarzyło? W sierpniu 2021 roku w ciągu kilkunastu dni talibowie przejęli kontrolę nad niemal całym państwem. Kabul padł 15 sierpnia, a dwa tygodnie później ostatni amerykańscy żołnierze opuścili Afganistan. Dwadzieścia lat wojny, tysiące zabitych, gigantyczne wydatki i finał, który powinien być obowiązkową lekcją dla każdego polityka opowiadającego o wiecznej przyjaźni między państwami. Nie twierdzę, że Polska jest Afganistanem. Mamy NATO, inne zobowiązania sojusznicze, własną armię i zupełnie inne znaczenie strategiczne. Ale amerykański sztandar powiewający nad jednostką wojskową sam z siebie nie zatrzyma rosyjskich czołgów. Do tego potrzebne są decyzje polityczne, gotowość do walki i realne zdolności obronne, a nie wiara, że Wuj Sam zawsze przyjedzie z odsieczą, bo przecież kiedyś obiecał.
I jeszcze jedno, domorośli historycy i geopolitycy. Afganistan i Ukraina pokazały, że nawet największym militarnym gigantom można skopać dupę albo przynajmniej tak ją obić, że przez lata nie będą mogli normalnie usiąść. Afgańscy bojownicy walczyli z Sowietami, a później talibowie przetrwali dwadzieścia lat wojny z Amerykanami. Ukraińcy od 2022 roku pokazują Rosjanom, że przewaga w czołgach, samolotach i rakietach nie oznacza automatycznego zwycięstwa. Nie porównuję tych narodów ani celów, o które walczyły. Zwracam jedynie uwagę, że militarna potęga nie zastępuje determinacji przeciwnika. Do obrony własnego kraju trzeba mieć jaja, przygotowanie i ludzi gotowych ponosić ciężar wojny, a nie tylko wielki ryj do darcia mordy.
Bo walka, do ciężkiej kurwy nędzy, nie polega na lataniu po cmentarzach z wieńcami, robieniu sobie zdjęć przy pomnikach i wrzeszczeniu „PAMIĘTAMY!” z miną, jakby człowiek od trzech godzin rozpaczliwie szukał toalety i właśnie kończyła mu się cierpliwość pęcherza. To nie walka, tylko polityczny lament z asystą kamer, pocztem sztandarowym i obowiązkowym przemówieniem o bohaterstwie przodków. Żeby było jasne, pamięć o poległych jest świętym obowiązkiem, a ich groby zasługują na szacunek. Tyle że od samego składania wieńców armia nie dostanie ani jednego dodatkowego czołgu, drona czy magazynu amunicji. I niech ci wszyscy zawodowi patrioci od patriotycznego wzruszenia zrozumieją wreszcie, że polegli nie walczyli po to, żeby kolejne pokolenia polityków mogły urządzać sobie konkurs na najpiękniejszą minę podczas składania kwiatów. Pamięć o bohaterach ma sens wtedy, kiedy potrafimy wyciągać wnioski z ich śmierci, a nie jedynie zarabiać na niej polityczne punkty.
A wracając do Amerykanów, przestańcie wreszcie pierdolić, że robią nam jakąś wielką łaskę, bo niczego nie dostajemy za darmo. Polska za sojusze płaci pieniędzmi, zakupami uzbrojenia, własnym wysiłkiem obronnym, a kiedy trzeba było, płaciła również krwią swoich żołnierzy w Iraku i Afganistanie. Jestem byłym oficerem wojskowych służb specjalnych i nie trzeba mi opowiadać bajek o wojnie ani sojuszniczej lojalności. Sojusz to wzajemne zobowiązania i wspólne interesy, a nie romantyczny związek, w którym jedna strona bezgranicznie kocha, a druga wystawia rachunki.
Najbardziej jednak przeraża mnie nie Trump, tylko część naszych rodzimych prawicowych wyznawców Ameryki. Wystarczy, że pomarańczowy Donald stanie przed mikrofonem, wyszczerzy zęby i powie: „I love Poland! Pułaski! Kościuszko! Great Polish people!”, a niektórzy nasi politycy dostają takiego orgazmu, jakiego prawdopodobnie nigdy w życiu nie przeżyli w łóżku z kobietą. I to nie jakiegoś zwykłego. To jest, kurwa, orgazm geopolityczny, patriotyczny, transatlantycki, z salutowaniem do amerykańskiej flagi i hymnem Stanów Zjednoczonych w tle. Żona może przez dwadzieścia lat próbować wywołać u takiego faceta podobne emocje, a Trumpowi wystarczy wymienić dwa polskie nazwiska, żeby chłop dostał wypieków na twarzy, wilgotnych oczu i drżenia kolan. Donald jeszcze nie skończy przemówienia, a oni już są po wszystkim, szczęśliwi, spełnieni i przekonani, że uczestniczyli w największym wydarzeniu politycznym od czasów chrztu Polski.
A potem zaczyna się polityczne lizanie dupy na skalę przemysłową. Wzruszone komentarze, że prezydent pamięta o Pułaskim, że wspomniał Kościuszkę, że kocha Polaków i nigdy nie mieliśmy tak wspaniałego przyjaciela. Gdyby Trump powiedział, że pierogi są najlepszym daniem świata, prawdopodobnie zwołaliby konferencję prasową, ogłosili historyczny sukces polskiej dyplomacji i zaproponowali ustanowienie święta narodowego. A gdyby jeszcze wspomniał schabowego, niektórzy musieliby się chyba przebrać przed występem w telewizji. I pomyśleć, że ci sami ludzie potrafią godzinami rozprawiać o godności narodowej, zdradzie Jałty i konieczności prowadzenia niezależnej polityki. Ale kiedy pojawia się Trump, cała ta niezależność kończy się szybciej niż promocja w Lidlu. Jeszcze chwila, a będą opowiadać, że kiedy Donald wypowiada słowo „Poland”, to gdzieś w niebie Kościuszko salutuje, Pułaski ociera łzę, a Matka Boska Częstochowska osobiście błogosławi amerykańskie interesy naftowe.
Bo to już nawet nie jest bezkrytyczne uwielbienie sojusznika. To polityczny fetysz, w którym każde pierdnięcie z Białego Domu urasta do rangi historycznego wydarzenia, a każda krytyka Trumpa traktowana jest niemal jak zdrada narodowa. I najzabawniejsze, że właśnie ci ludzie najgłośniej krzyczą, że Polska musi wstać z kolan. Tyle że kiedy przed nimi staje amerykański prezydent, natychmiast przypominają sobie, kurwa, jak wygodnie było na tych kolanach. A kiedy Donald skończy mówić, jeszcze przez tydzień chodzą z błogim uśmiechem, jakby właśnie przeżyli noc życia. Tylko że ich wielki amerykański kochanek następnego dnia może już o tym nie pamiętać, bo będzie zajęty kolejnym interesem. Być może właśnie z Putinem.
Przypomnę jeszcze Memorandum Budapesztańskie z 1994 roku. Ukraina zrezygnowała z odziedziczonego po Związku Radzieckim arsenału jądrowego, otrzymując zapewnienia dotyczące poszanowania jej suwerenności i granic. Rosja te zobowiązania brutalnie podeptała. Amerykanie i Brytyjczycy nie obiecali automatycznego przystąpienia do wojny w obronie Ukrainy, ale historia pokazała, jak niebezpieczne jest utożsamianie dyplomatycznych deklaracji z rzeczywistą gwarancją bezpieczeństwa. Papier nie strzela, deklaracje nie zatrzymują czołgów, a dobre intencje nie zestrzeliwują rakiet.
Nie chcę Polski antyamerykańskiej. Chcę Polski, która potrafi być sojusznikiem Ameryki, nie stając się jej bezmyślnym wasalem. Polski, która rozumie, że NATO jest fundamentem naszego bezpieczeństwa, ale żaden sojusz nie zwalnia nas z obowiązku myślenia, przygotowywania się na najgorsze i budowania własnej siły. Patriotyzm nie polega przecież na lizaniu amerykańskiej dupy ani rosyjskiego buta. Polega na pilnowaniu interesów własnego państwa, nawet jeżeli trzeba powiedzieć sojusznikowi coś, czego bardzo nie chce usłyszeć.
Amerykanie już raz dogadywali się ze Stalinem w sprawie Polski. Nie zamierzam udawać, że podobna historia nie może się powtórzyć tylko dlatego, że dziś zamiast Roosevelta w Białym Domu siedzi Trump, a zamiast Stalina na Kremlu Putin. Nie twierdzę, że tak się stanie, ale jestem wystarczająco stary i wystarczająco dużo widziałem, żeby nie wierzyć w bajki o wiecznych przyjaźniach między państwami. Szczególnie wtedy, kiedy opowiadają je politycy, którzy swoją odwagę demonstrują głównie przed mikrofonami, a wiedzę o wojnie czerpią z przemówień wygłaszanych nad grobami tych, którzy naprawdę walczyli.
Bo kiedy wielcy zaczynają dzielić świat między siebie, mali zwykle dowiadują się o wynikach negocjacji dopiero wtedy, gdy przychodzi im płacić rachunek.
A Polska już raz zapłaciła za taką lekcję dziesięcioleciami zniewolenia. I, kurwa, wystarczy.
6 października 2026 r. Tobias Rausch z AfD został wybrany na przewodniczącego landtagu Saksonii-Anhalt. W tajnym głosowaniu w 83-osobowej izbie otrzymał 48 głosów. To o cztery głosy więcej niż łączna liczba 44 mandatów, którymi dysponują skrajnie prawicowa AfD i skrajnie lewicowy Sojusz Sahry Wagenknecht dla Rozsądku i Sprawiedliwości (BSW).
Zaraz po zwycięskim głosowaniu obie partie wykorzystały nowy układ sił i zgłosiły wniosek wzywający do wstrzymania wojskowego i finansowego wsparcia dla Ukrainy oraz zniesienia sankcji wobec Rosji.
Kto wybiera posła partii prawicowo-ekstremistycznej na przewodniczącego landtagu, musi to pogodzić ze swoim sumieniem. Kto oddaje swój głos AfD, ten gra w grę ekstremistów i niszczy wiarygodność – ostrzegał kanclerz, kierując ostrzeżenie do centroprawicowych radnych, że wybór ten jest nie do pogodzenia wartościami CDU.
KRWAWY CHALLENGE CZY WOJNA HYBRYDOWA? KTO STOI ZA ATAKAMI W POLSKICH SZKOŁACH?
Ostrołęka. Dziewięć rannych osób. Następnego dnia Leszczydół-Nowiny pod Wyszkowem. Piętnastolatek zabija 37-letnią kobietę i rani kolejne dwie osoby. W Sierpcu policja zatrzymuje siedemnastolatka podejrzewanego o przygotowywanie podobnego ataku. Trzy niepokojące zdarzenia w ciągu dwóch dni. Przypadek? Być może. Ale ja, jako były oficer wojskowych służb specjalnych, nie zamierzam przyjmować najwygodniejszego wyjaśnienia tylko dlatego, że pozwala wszystkim spokojnie wrócić do domu i udawać, że problem został rozwiązany.
Zacznijmy od pytania, które nie daje mi spokoju. Czy ci młodzi ludzie rzeczywiście sami wpadli na pomysł, żeby wejść do szkoły i urządzić rzeź? A może ktoś ich inspirował, podsycał nienawiść, podsuwał wzorce i przygotowywał psychicznie do zabijania? Czy mamy do czynienia z kolejnym internetowym challengem, tym razem polegającym na krzywdzeniu niewinnych ludzi? Policja sprawdza również taki trop, choć na razie nie potwierdzono istnienia zorganizowanego wyzwania. Sam fakt, że podobna możliwość pojawiła się w toku wyjaśniania tych wydarzeń, powinien skłonić do poważnej analizy.
Bo czym właściwie jest taki challenge? Dla jednego dzieciaka głupią zabawą, dla drugiego sposobem zdobycia popularności, a dla trzeciego wyzwaniem, które trzeba wykonać, żeby udowodnić swoją wartość. Wystarczy odpowiednio wykorzystać potrzebę akceptacji, frustrację, samotność i fascynację przemocą. A jeśli do tego dołożymy człowieka, który świadomie manipuluje młodzieżą, internet przestaje być miejscem rozrywki, a staje się narzędziem oddziaływania psychologicznego.
I teraz dochodzimy do sprawy znacznie poważniejszej. KTO ZA TYM STOI? Czy to tylko naśladownictwo? Czy internetowa społeczność gloryfikująca przemoc? Czy może ktoś dorosły, kto świadomie inspiruje młodych ludzi do popełniania zbrodni?
Jedna z moich hipotez zakłada możliwość udziału obcych służb specjalnych. Podkreślam, to hipoteza, a nie stwierdzony fakt. Nie mam dowodów, że którykolwiek z tych ataków został przez nie zainspirowany. Ale mając doświadczenie w służbach, uważam, że takiego kierunku rozpoznania nie wolno z góry odrzucać. Zwłaszcza w obecnej sytuacji bezpieczeństwa Polski.
Bo wojna hybrydowa, do kurwy nędzy, nie kończy się na wysadzaniu torów, podpalaniu magazynów, przecinaniu kabli czy wysyłaniu dronów nad lotniska. Jej istotą jest również destabilizacja państwa, wywoływanie chaosu, podważanie zaufania do instytucji i sianie strachu w społeczeństwie. Kreatywność w doborze narzędzi takiej wojny może być praktycznie nieograniczona.
A KTÓRY KRAJ BYŁBY NA TYLE CHORY I BEZWZGLĘDNY, ŻEBY ZAFUNDOWAĆ POLAKOM COŚ TAKIEGO?
Które państwo miałoby interes w tym, żeby polscy rodzice bali się wysyłać dzieci do szkoły? Żeby społeczeństwo żyło w ciągłym napięciu, a instytucje bezpieczeństwa musiały angażować coraz więcej sił do reagowania na kolejne kryzysy? Które państwo od lat traktuje destabilizację innych krajów jako instrument swojej polityki?
Rosja jest oczywistym kierunkiem, który należałoby uwzględnić w analizie kontrwywiadowczej. Nie dlatego, że istnieją dowody na jej udział w tych konkretnych wydarzeniach, lecz dlatego, że wykorzystywanie działań dywersyjnych, dezinformacyjnych i destabilizacyjnych należy do znanego repertuaru rosyjskich operacji. Jednak wskazanie potencjalnego beneficjenta nie oznacza jeszcze ustalenia sprawcy.
Państwo zaczęło działać i mam nadzieję, że robi to dwutorowo. Z jednej strony należy ustalić indywidualne motywy sprawców, ich sytuację, przygotowania i źródła inspiracji. Z drugiej trzeba sprawdzić, czy za ich plecami nie stoją dorośli inspiratorzy, internetowi manipulatorzy, zorganizowane grupy, a w najbardziej niepokojącym wariancie również obce służby specjalne.
I nie chodzi mi o szukanie rosyjskiego szpiega pod każdym szkolnym biurkiem. Chodzi o elementarną zasadę pracy operacyjnej. Nie odrzuca się hipotezy tylko dlatego, że brzmi nieprawdopodobnie. Najpierw się ją weryfikuje, a dopiero później wyciąga wnioski.
Chciałbym wiedzieć, czy zbadano kontakty internetowe sprawców, ich aktywność na komunikatorach, wspólne grupy, administratorów, źródła inspiracji i ewentualne powiązania między zdarzeniami. Czy korzystali z tych samych materiałów? Czy ktoś zachęcał ich do przemocy? Czy ktoś obiecywał im popularność? Czy otrzymywali podobne komunikaty albo uczestniczyli w tych samych internetowych wyzwaniach? I wreszcie, czy możemy wykluczyć, że ktoś świadomie wykorzystuje podatność młodzieży na manipulację?
Oczywiście możliwe jest również, że żaden dorosły za tym nie stoi, a mamy do czynienia z naśladownictwem i indywidualnymi motywami młodych sprawców. Taka wersja wcale mnie nie uspokaja. Bo jeżeli nastolatki samodzielnie dochodzą do przekonania, że mordowanie niewinnych ludzi może zapewnić im rozgłos, to mamy kurewsko poważny problem społeczny, którego nie rozwiąże ustawienie radiowozu przed każdą szkołą.
Nie zamierzam natomiast krytykować policji za brak działania. Policjanci zatrzymali podejrzanego w Sierpcu, a Komenda Główna Policji zarządziła wzmożone kontrole w rejonach szkół. To konkretne działania i dobrze, że zostały podjęte. Mam jednak nadzieję, że równolegle do ochrony placówek trwa głębokie rozpoznanie środowiska internetowego młodzieży i poszukiwanie ewentualnych inspiratorów.
Bo jeżeli ktoś świadomie wykorzystuje młodych ludzi jako narzędzia przemocy, to jego zatrzymanie powinno być równie ważne jak zatrzymanie człowieka z nożem. A jeżeli mamy do czynienia z nową formą naśladownictwa, trzeba jak najszybciej poznać mechanizm jej rozprzestrzeniania.
Nie chcę kolejnych politycznych konferencji pełnych zapewnień, że wszystko jest pod kontrolą. Chcę państwa, które potrafi wyprzedzać zagrożenia, zamiast jedynie liczyć rannych i zabitych.
Bo jeżeli za tym szaleństwem rzeczywiście stoi jakiś skurwysyn, który urządził sobie z polskiej młodzieży narzędzie do zabijania, to właśnie teraz może siedzieć spokojnie przed komputerem i szukać następnego dzieciaka, któremu wmówi, że zamordowanie człowieka jest pieprzonym challengem.
I TO JEGO TRZEBA ZNALEŹĆ. ZANIM ZGINIE KTOŚ NASTĘPNY.
Jako nauczycielka z wieloletnim stażem, pozwolę sobie na apel do rodziców.
Niech państwo znajdą dzisiaj czas, by szczerze porozmawiać z dziećmi. O tym co się ostatnio dzieje w szkołach też...
Dzieci dużo wiedzą, ale często nie dzielą się tą wiedzą z dorosłymi.
Bezpieczeństwo
Warto było lecieć kilkanaście godzin, zabrać ze sobą całą świtę i pokazać Polakom i światu,coś czego w Warszawie pokazać się nie da... Te ,ca.6 mln zł to i tak by się na coś wydało.