@m_turski Pia przez drugą część dystansu biegła za Holenderką, minimalnie ale z tyłu. Dzięki fantastycznemu "rzutowi na taśmę" było równo - prawie. Gratulacje za srebro 👍
Zupełnie nie o to chodzi.
Wielu ludzi nie rozumie czym był eksperyment społeczny lat 90/00 na niektórych dzieciach w dużych miastach.
Tak jak powiedziałem - sam tego doświadczyłem i im więcej o tym myślę dziś, tym bardziej mnie to przeraża.
Nie ma nic złego w motywowaniu do nauki. Nie ma nic złego w budowaniu karier. Ale to co się działo w moich klasach to było zwykłe pranie mózgu.
Testy wstępne do klas profilowanych z programi +90%. Wieczne konkursy z każdego możliwego przedmiotu. Alfiki, Sralfiki, Kangurki, Srangurki. Olimpiady tematyczne. “Mecze naukowe” między szkołami. Wszystko to utrzymane w konwencji, aby ciągle wygrywać, no bo dobre oceny w szkole to zdecydowanie za mało, aby być kimś w życiu.
Przy czym bycie “kimś” w życiu bynajmniej nie oznaczało dobrej kariery. To miał być sukces, o jakim nikt wówczas nawet nie marzył. Pytacie jaki? Tego już nikt nam wówczas nie tłumaczył.
Jeśli zaś mowa o ocenach, to była kompletna psychoza. Nie wystarczyło być dobrym z jednego lub dwóch przedmiotów, ale nic poniżej średniej 5,5 nie uchodziło uwadze wychowawczyni. Każda “piątka” była w domyśle do poprawy na “szóstkę”. Mieliśmy koleżankę, co regularnie zgarniała 6,0, ale już wtedy widziałem jakim to było kosztem.
Najgorsze jednak było nauczycielskie pranie mózgu. Już w podstawówce wbijały klin pomiędzy mnie i najlepszych kumpli, mówiąc otwarcie kto będzie wybitny a kto musi jeszcze dużo pracować. Oczywiście wszystko to albo było wyssane z dupy albo na podstawie własnego widzi mi się po ostatnim sprawdzianie/konkursie. Swoje dodawali rodzice w szale rywalizacji o to, czyje dziecko jest lepsze. Nie wiem jakim cudem nasze przyjaźnie przetrwały i dzisiaj się z tego śmiejemy
W liceum padały teksty, że jeżeli ktoś nie chce się uczyć 20 godzin matematyki tygodniowo (chodziłem do profilu matematycznego) i robić kariery na politechnice, to powinien darować sobie w ogóle naukę, a najlepiej oddać miejsce w klasie komuś ambitniejszemu. Jako wzór stawiano nam absolwentów, którzy do trzeciego roku studiów nie musieli ruszyć palcem, bo wszystko mieli już w głowie.
Tak jak napisałem, problem nie polegał na samej motywacji do nauki. To było coś znacznie bardziej destrukcyjnego.
Do dziś wielu moich kolegów nie umie zrozumieć dlaczego nie jest wybitna (tj. nie zarabia milionów, nie dostaje Nobli, nie odkrywa leków na raka, etc.), lecz co najwyżej lekko powyżej przeciętnej. Z boku ich kariery są całkowicie w porządku, ale to im nie wystarcza.
I bynajmniej nie jest to jakiś urojony problem po latach. Trzech moich kolegów z klasy licealnej już pożegnało się z tym światem. Trudno o tym tak otwarcie pisać, ale żaden z nich nie był zadowolony z miejsca, w którym był w życiu. Bo miało być inaczej. Bo tak mu powiedzieli w szkole.
Linus Torvalds created Linux at 21 without Claude or any other AI.
- He didn't have a co-founder.
- No VC funding. No office.
- No team.
- Just a personal project
he posted to a mailing list:
"I'm doing a free OS."
33 years later,
it runs 97% of the world's servers, all smartphones, and the International Space Station.
The most important software in history started as someone's side project.
Absolute legend.
Dacie wiarę, że w Polsce była szczepionka, którą stosowano przez 40 lat z nawet spoko skutkiem, a w której nie było ani aluminium, ani rtęci, a raptem w latach 90, kiedy Jaruzelski klepnął Polskę z Rockefellerem, i zaczęto wprowadzać cały ten syf z koncernów BigFarmy, produkowana w Polsce szczepionka Delbeta po prostu zniknęła? Autyzmu, ADHD, aspergera, alergii i całego tego syfu po niej nie było. Zdaniem der @onetpl@MON_GOV_PL nie wie, kto ją wycofał 😅 https://t.co/xjgqW6Gpy4
Skład i obecność rtęci, aluminium/glinu
Rtęć: Nie była obecna w szczepionce Delbeta.
Aluminium/glin: Nie ma dowodów na obecność aluminium w Delbetcie. Delbeta nie była szczepionką z adiuwantami – działała poprzez bezpośrednie stymulowanie układu odpornościowego przez fragmenty bakterii.
Taka ciekawostka: @PiotrWitczak_@justsocha@MariuszJagora@OrdoMedicus@atmecom
🚨: This is the most detailed model of a human cell to date, using x-ray, NMR and cryoelectron microscopy datasets.
‘Cellular landscape cross-section through a eukaryotic cell.’ - by Evan Ingersoll and Gael McGill.
Kiedy Hermann Göring przebywał jeszcze w więzieniu podczas procesów norymberskich, udzielił wywiadu psychologowi Gustavowi Gilbertowi. Göring powiedział: Oczywiście, że ludzie nie chcą wojny. Dlaczego zwykły rolnik miałby ryzykować życie, skoro najlepszym, co może zyskać na wojnie, jest powrót do swojej farmy bez szwanku? Nikt nie chce wojny – ani w Rosji, ani w Anglii, ani w Ameryce, ani w Niemczech. To oczywiste. Ostatecznie jednak to przywódcy kraju decydują o jego polityce. A pozyskanie poparcia społecznego dla tej polityki jest łatwe. Nie ma znaczenia, czy jest to demokracja, komunizm, parlamentaryzm, czy faszystowska dyktatura. Gilbert odpowiedział: „Ale demokracja ma jedną wadę – ludzie mogą wyrażać swoje opinie za pośrednictwem wybranych przedstawicieli”. Göring odpowiedział: „Oczywiście, to dobrze, ale niezależnie od tego, czy ludzie mają głos, czy nie, zawsze można ich zmusić do posłuszeństwa. To proste: powiedz im, że są atakowani, a potem oskarż pacyfistów o brak patriotyzmu i narażanie kraju na niebezpieczeństwo. To działa w każdym kraju”. ✍️ 18 kwietnia 1946, cytat z książki Gilberta Dziennik norymberski
Komentarz Tomasza Jarońskiego w świetnej parze z @ToSikora to jest coś, co wchodzi do mojego domu jak miły gość. Spokojny, bez darcia się, a jednak z emocjami i temperaturą. Adekwatny, z którym ogląda się lepiej, pełniej.
Ten język, te zwroty, te pełne zdania, te wzajemne nawiązania jednego do drugiego stanowiące rozmowę, a nie wypowiadanie teatralnych kwestii, bez silenia się na wszechwiedzę, narcyzm i "jaki to jestem wspaniały, większy niż sportowi herosi", bez zasypywania nas seriami wypowiedzi np.
- Dobrze, że mi to wyjaśniłeś Tomku, bo nie wiedziałem tego.
może i niedzisiejsze, ale dla mnie właśnie takie, jak trzeba.
Naturalne, przyjazne, świetne
Rok 1999.
Rafał Brzoska przyjmuje zamówienia na roznoszenie ulotek w jakimś biurze w Krakowie – ja traduję derywatami na trading floorze Goldmana w Londynie.
I co teraz ma on – a co mam ja?:)
Dlatego młodzi ludzie – budujcie swoje własne firmy rodzinne w Polsce, zamiast pracować dla zagranicznych korpo…
Robiąc nawet najprostsze rzeczy, ale robiąc je dobrze i na własny rachunek.
Prosto po studiach uznawałem trading derywatów u Goldman Sachsa za najatrakcyjniejszą, najbardziej prestiżową pracę jaką można wykonywać – więc tam poszedłem sprzedawać swoje kompetencje (miałem wówczas na tyle imponujące CV – pewnie jedno z lepszych wśród absolwentów w Europie – że mogłem wybierać dowolnie).
Tyle że tam pracuje się na cudze bogactwo – nie swoje i nie polskie.
Zarabia się nieźle, owszem, ale są to pojedyncze procenty wartości jaką się generuje dla nich – na początku nawet mniej.
Oczywiście życie, lifestyle dla młodego człowieka są fajne.
Ale nic trwałego po tym nie zostaje.
Dlatego warto budować coś swojego, a przy okazji budować kapitał rodzinny i kapitał Polski. 💰🇵🇱
{moje poniższe zdjęcie jest już z paru lat później, w JPMorganie, ale w Goldmanie wyglądało to podobnie, tylko miałem więcej ekranów – bodaj z 9-10, i to jeszcze kineskopowych – wielka instalacja nad biurkiem – gdy moja Mama kiedyś przyszła zobaczyć, to była przerażona całym tym trading floorem – "Dziecko – gdzie żeś ty wylądował?!":)}
This is the most detailed model of a human cell ever created, using data from X-ray, NMR, and cryoelectron microscopy.
‘Cellular landscape cross-section through a eukaryotic cell.’ - Evan Ingersoll & Gael McGill.
Siedemnastolatek zaopatrzony w AI przy wsparciu Bartosza rozwiązał jeden z matematycznych problemów Erdosa!
Stagnacja, bańka, nuda, nic się nie dzieje ;)
"Kiedy 740 dzieci utknęło na morzu, a wszystkie kraje powiedziały „nie”, jeden mężczyzna – który miał powód, by milczeć – powiedział „tak”.
Był rok 1942.
Statek dryfował po Morzu Arabskim niczym pływająca trumna.
Na pokładzie znajdowało się 740 polskich dzieci. Sieroty. Ocalałe z sowieckich łagrów, gdzie ich rodzice zmarli na grypę lub z głodu. Uciekły przez Iran, ale czekała je jeszcze straszniejszy los.
Nikt ich nie przyjął.
Imperium Brytyjskie – najpotężniejsze mocarstwo swoich czasów – odmawiało wstępu do kolejnych portów wzdłuż wybrzeża Indii.
„To nie nasza odpowiedzialność. Odpłyńcie”.
Prawie skończyło się jedzenie. Brak lekarstw. Czas uciekał.
Dwunastoletnia Maria trzymała za rękę swojego sześcioletniego brata. Obiecała umierającej matce, że będzie go chronić. Ale jak chronić kogoś, gdy cały świat się od niego odwraca?
A potem do małego pałacu w Gudżaracie dotarła wieść.
Władcą był Jam Sahib Digvijay Singhji, maharadża Navanagaru. W systemie królewskim był jedynie pomniejszym księciem. Brytyjczycy kontrolowali porty, handel i armię. Miał wszelkie powody, by być posłusznym i milczeć. Kiedy jego doradcy poinformowali go, że 740 dzieci utknęło na morzu po tym, jak Brytyjczycy odmówili zabrania ich do jakiegokolwiek portu w Indiach, zadał jedno pytanie:
„Ile jest tych dzieci?”
„Siedemset czterdzieści, Wasza Wysokość”.
Zatrzymał się i spokojnie powiedział:
„Brytyjczycy mogą kontrolować moje porty. Ale nie kontrolują mojego sumienia. Te dzieci cumują w Navanagarh”.
Doradcy ostrzegli go:
„Jeśli sprzeciwisz się Brytyjczykom…”
„Więc przestanę”.
Wysłał wiadomość do statku: Jesteście tu mile widziani.
Kiedy brytyjscy urzędnicy zaprotestowali, Maharadża pozostał nieugięty.
„Jeśli silni odmówią ratowania dzieci” – powiedział.
„Ja, słaby, zrobię to, czego wy nie możecie”.
W sierpniu 1942 roku statek z trudem wpłynął do portu Navanagara w palącym letnim słońcu.
Dzieci szły jak duchy – wyczerpane, z pustymi oczami, wiele zbyt słabych, by chodzić. Nauczyły się mieć nadzieję na dobro. Nadzieja stała się niebezpieczna.
Maharadża czekał na nich na nabrzeżu.
Ubrany prosto na biało, uklęknął, by znaleźć się na wysokości ich oczu. Za pośrednictwem tłumaczy wypowiedział słowa, których nie słyszeli od śmierci rodziców.
„Nie jesteście już sierotami.
Jesteście teraz moimi dziećmi.
Jestem waszym Bapu – waszym ojcem”. Maria poczuła uścisk dłoni brata. Po miesiącach odrzucenia te słowa wydawały się surrealistyczne.
Ale on mówił poważnie.
Nie zbudował obozu dla uchodźców.
Zbudował dom.
W Balachadi stworzył coś niesamowitego – małą Polskę w Indiach. Polskich nauczycieli, którzy rozumieją traumę. Polskie jedzenie przyprawione wspomnieniami. Polskie piosenki w indyjskim ogrodzie. Choinkę pod tropikalnym niebem.
„Cierpienie próbuje cię wymazać” – powiedział. „Ale twój język, kultura i tradycje są święte. Zachowajmy je tutaj”. „
Dzieci, którym powiedziano, że nie mają miejsca na świecie, w końcu znalazły dom.
Znowu się śmiały. Znów się bawiły. Wróciwszy do szkoły. Maria patrzyła, jak jej brat goni pawia w pałacowym ogrodzie, a jej ciało znów przypomniało sobie, co oznacza bezpieczeństwo.
Maharadża często je odwiedzał. Pamiętał imiona. Obchodził urodziny. Oglądał szkolne przedstawienia. Pocieszał dzieci płaczące za rodzicami, którzy nigdy nie wrócą. Płacił za lekarzy, nauczycieli, ubrania i jedzenie – z własnego majątku.
Przez cztery lata, gdy świat był rozdarty wojną, 740 dzieci żyło nie jako uchodźcy, ale jako rodzina.
Kiedy wojna się skończyła i nadszedł czas wyjazdu, wiele z nich płakało. Balachadi stało się jedynym domem, jaki kiedykolwiek naprawdę znali. Te dzieci dorosły i podróżowały po całym świecie – zostając lekarzami, nauczycielami, inżynierami, rodzicami, dziadkami. I nigdy nie zapomniały.
Warszawski Skwer Dobrego Maharadży pojawił się w Polsce. Szkoły noszą jego imię. Otrzymał najwyższe odznaczenie w Polsce.
Ale oryginalny pomnik nie był kamienny.
Tworzyło go 740 istnień ludzkich.
Dziś, mając 80 lat, wciąż się spotykają. Opowiadają wnukom o królu Indii, który nie chciał zamienić współczucia w polityczną kalkulację.
W 1942 roku, gdy królestwa zamknęły swoje podwoje, jeden człowiek – bez zobowiązań i z wszelkimi powodami, by milczeć – spojrzał na cierpienie i powiedział:
„To teraz moje dzieci”.
I tak świat się zmienił – po cichu, na zawsze i nieodwołalnie."
za David Attenborough
Happy 138th Birth Anniversary to Srinivasa Ramanujan, the self-taught Indian mathematical genius.
He discovered nearly 4,000 original theorems and equations, many of them so far ahead of their time that they were proven only decades after his death.
India observes National Mathematics Day today to commemorate Ramanujan’s birth anniversary and to celebrate his extraordinary legacy in mathematics.
W zeszłym kwartale wdrożyłem Microsoft Copilot dla 4000 pracowników.
30 dolarów za stanowisko miesięcznie.
1,4 miliona dolarów rocznie.
Nazwałem to „cyfrową transformacją".
Zarząd uwielbiał to sformułowanie.
Zatwierdzili w jedenaście minut.
Nikt nie zapytał, co to właściwie będzie robić.
Łącznie ze mną.
Powiedziałem wszystkim, że „zwiększy produktywność 10x".
To nie jest prawdziwa liczba.
Ale brzmi przekonująco.
HR zapytał, jak zmierzymy to 10x.
Powiedziałem, że „wykorzystamy dashboardy analityczne".
Przestali pytać.
Trzy miesiące później sprawdziłem raporty użycia.
47 osób to otworzyło.
12 użyło więcej niż raz.
Jednym z nich byłem ja.
Użyłem tego do streszczenia maila, który mógłbym przeczytać w 30 sekund.
Zajęło 45 sekund.
Plus czas na poprawienie halucynacji.
Ale nazwałem to „sukcesem pilotażu".
Sukces oznacza, że pilotaż nie zawiódł w widoczny sposób.
Dyrektor finansowy zapytał o ROI.
Pokazałem mu wykres.
Wykres szedł w górę i w prawo.
Mierzył „gotowość AI".
Wymyśliłem tę metrykę.
Pokiwał z aprobatą.
Mamy teraz „gotowość AI".
Nie wiem, co to znaczy.
Ale jest w naszej prezentacji dla inwestorów.
Starszy programista zapytał, czemu nie używamy Claude'a albo ChatGPT.
Powiedziałem, że potrzebujemy „bezpieczeństwa klasy enterprise".
Zapytał, co to znaczy.
Powiedziałem „zgodność z regulacjami".
Zapytał, z którymi regulacjami.
Powiedziałem „ze wszystkimi".
Nie wyglądał na przekonanego.
Umówiłem go na „rozmowę o rozwoju kariery".
Przestał zadawać pytania.
Microsoft przysłał zespół od studiów przypadku.
Chcieli nas pokazać jako historię sukcesu.
Powiedziałem im, że „zaoszczędziliśmy 40 000 godzin".
Obliczyłem tę liczbę mnożąc liczbę pracowników przez liczbę, którą wymyśliłem.
Nie zweryfikowali.
Nigdy nie weryfikują.
Teraz jesteśmy na stronie Microsoftu.
„Globalne przedsiębiorstwo oszczędza 40 000 godzin dzięki Copilotowi."
Prezes udostępnił to na LinkedInie.
Dostał 3000 polubień.
Nigdy nie użył Copilota.
Żaden z zarządu nie użył.
Mamy zwolnienie.
„Strategiczne priorytety wymagają minimalizacji cyfrowych dystraktorów."
Sam napisałem tę zasadę.
Licencje odnawiają się w przyszłym miesiącu.
Wnioskuję o rozszerzenie.
5000 dodatkowych stanowisk.
Nie wykorzystaliśmy pierwszych 4000.
Ale tym razem „zwiększymy adopcję".
Adopcja oznacza obowiązkowe szkolenie.
Szkolenie oznacza 45-minutowy webinar, którego nikt nie ogląda.
Ale ukończenie będzie śledzone.
Ukończenie to metryka.
Metryki trafiają do dashboardów.
Dashboardy trafiają do prezentacji zarządowych.
Prezentacje zarządowe zapewniają mi awans.
Zostanę wiceprezesem do trzeciego kwartału.
Nadal nie wiem, co robi Copilot.
Ale wiem, do czego służy.
Służy do pokazania, że „inwestujemy w AI".
Inwestycja oznacza wydatki.
Wydatki oznaczają zaangażowanie.
Zaangażowanie oznacza, że poważnie traktujemy przyszłość.
Przyszłość to jest to, co ja powiem.
Dopóki wykres idzie w górę i w prawo.
Źródło: https://t.co/fSfHxFE3oM