Wczorajsza notka poświęcona niesławnej "Fredzi Phi-Phi", którą niejaka Monika Adamczyk zapragnęła zastąpić klasycznego "Kubusia Puchatka" Ireny Tuwim, wywołała bardzo szeroką dyskusję, w której pojawiło się rónież pytanie: Czemu Adamczykowa to zrobiła. Choć pytanie jest dość oczywiste, to jednak i odpowiedź jest bardzo prosta, a udziela jej sama autorka w przedmowie do swojego szokującego przekładu. Owo objaśnienie jest tak skandaliczne, że mogłoby właściwie stać się przedmiotem osobnej analizy,ale ja tu może zacytuję tylko jeden fragment. Pisze Adamczyk tak:
"[W tłumaczeniu mruczanek i wierszyków] starałam się przystosować język polski do rytmu, prostoty i celowej nieporadności oryginału, łamiąc przy tym nierzadko konwencje obowiązujące w w polskiej poezji dla dzieci".
Zobaczmy może zatem ową nieporadność w trzech wersjach, najpierw w oryginalnym wykonaniu Milnego, następnie w wersji zaproponowanej przez Irenę Tuwim i w końcu w tym co wykoncypowała Monika Adamczyk:
"How sweet to be a Cloud
Floating in the Blue
Every little cloud
Always sings aloud.
"How sweet to be a Cloud
Floating in the Blue!"
It makes him very proud
To be a little cloud.
A teraz Irena Tuwim, choć po przeanalizowaniu wszystkich pozostałych wierszyków, nie wykluczam, że tu miał też swój udział sam Poeta"
Jak to miło Chmurką być,
Niebem płynąć jak po wodzie.
Mała Chmurka na dzień dobry
Taką piosnkę śpiewa co dzień:
- Jak to miło Chmurką być,
Niebem płynąć jak po wodzie
I od rana na dzień dobry
Taką piosnkę śpiewać co dzień:
- Jak to miło Chmurką być...,
No i wreszcie - ta dam! - idzie nowe:
Miło być Chmurką tą,
Co po Niebie pływa!
Takie chmurki są,
Że w głos śpiewać chcą.
"Miło być Chmurką tą,
Co po Niebie pływa!"
Dumny jest ten, kto
Dziś jest Chmurką tą.
A zatem myślę, że kluczem do odpowiedzi na pytanie: "Po co?", jest słowo "nieporadność". Monika Adamczyk uznała najwidoczniej, że oryginalny "Winnie the Pooh" jest tak uroczo nieporadny - nieporadny oczywiście celowo (swoją drogą ciekawe, czemu celowo, skoro w innym miejscu podkreśla ona, że "Winnie the Pooh" to nie jest książeczka dla dzieci) - że aby zbliżyć się do arcydzieła, ona też powinna dokonać tłumaczenia nieporadnego.
Ale po co w ogóle to wszystko? I tu na zakończenie mam pewną jeszcze nową myśl. Otóż mamy rok 1988, a więc końcówkę PRL-u i książkę, która w literaturze dziecięcej w Polsce stoi niemal na równi z "Lokomotywą", czy z "Rzepką", czy powiedzmy, zostając przy literaturze obcej, "Winnetou". I oto ja, jako już absolwent anglistyki postanawiam przetłumaczyć Milnego na polski i wydać to, jako wersję ulepszoną. Dokonuję więc owego tłumaczenia i zgłaszam się z nim do, niech będzie że Wydawnictwa Lubelskiego, rodzimego wydawnictwa prof. Adamczyk, i oferuję swoje usługi.
A teraz, proszę zgadywać, jaką odpowiedź usłyszę
Myślę, że wielu z nas wciąż pamięta ten rok, kiedy w Polsce ukazało się nowe, określone, jako rewolucyjne, tłumaczenie książki A.A. Milnego pod tytułem Kubuś Puchatek. Czemu tak myśłę? Otóż główny powód jest taki, że autorka tłumaczenia, niejaka Monika Adamczyk postanowiła, że Kubuś Puchatek to ciężki tłumaczeniowy błąd i postanowiła, że to arcydzieło światowej literatury będzie nosiło tytuł Fredzia Phi-Phi. Co postanowiła, to zrobiło i od tego czasu imię Fredzia Phi-Phi stało się bardzo popularnym memem, któy wciąż, mimo upływu lat, nadal z powodzeniem funkcjonuje w powszechnej świadomości.
Kupiłem tamtą książkę, przeczytalem ją solidnie, wraz z rozległym objaśnieniem intencji pani tłumaczki i byłem tak poruszony jej tragiczną wręcz niekompetencją, że postanowiłem napisać porządną recenzję owego tłumacznia i opublikować ją w lokalnej prasie branżowej. Niestety, po wstępnej zgodzie i przyjęciu mojego tekstu do druku, nagle redakcja się z pomysłu publikacji wycofać i dopiero po latach, kiedy już prowadziłem swój blog, opublikowałem ową recenzję w Sieci. A dziś pomyśłałem sobie, że w zalewie tych strasznych wręcz medialnych doniesień o tym i owym, dobrze będzie nam trochę sie pośmiać, ale zapewniam, że o polityce też trochę będzie. Proszę posłuchać:
Wszyscy pewnie pamiętamy dawny dość już film, wyświetlany w Polsce pod tytułem „Wirujący seks”. A kiedy mówię, że „pewnie” i że „pamiętamy”, to wcale nie przez to, że mieliśmy do czynienia z jakimś wybitnym dziełem światowej kinematografii, lecz przez ów tytuł. Rzecz w tym, że w wersji oryginalnej film nosił tytuł „Dirty Dancing”, co pewnie by się lepiej na język polski tłumaczyło, jako taniec „wyuzdany”, „bezwstydny”, czy „nieprzyzwoity”, ale wydaje mi się – i wydawało mi się zawsze – że ów „wirujący seks” jest dość pomysłowy, a co najważniejsze jak najbardziej sensowny. Stało się jednak tak, że w powszechnej świadomości owo tłumaczenie zachowało się, jako największy tłumaczeniowy obciach III RP. Do dziś jest tak, że jeśli się dyskutuje na temat tłumaczeń tytułów filmów, a to stanowi ulubione zajęcie wszystkich pasjonatów języka angielskiego, ów „wirujący seks” znajduje się niezmiennie na pierwszym miejscu.
Zaciekawiło mnie więc bardzo, kiedy wczoraj, w odpowiedzi na moje uwagi na temat tłumaczenia tytułu filmu Wernera Herzoga „Lo and Behold” jako „Lo i stało się”, parę osób natychmiast zareagowało informacją, że owo tłumaczenie, jest bardzo dobre, dlatego, że wspomniane „lo” występuje jako główna anegdota filmu Herzoga i w związku z tym w polskiej wersji ono musiało się znaleźć. Tym samym, ja się niepotrzebnie czepiam, bo tytuł „Lo i stało się” jest taki właśnie jak ma być, a jak ktoś tego nie łapie, to kiep.
Pomyślałem więc, że oto nadszedł z dawna wyczekiwany czas, bym się więc zajął kultowym literackim przekładem, mniej więcej z tego samego okresu, co wspomniane „Dirty Dancing”, a mianowicie tak zwaną „Fredzią Phi-Phi”. Gdyby ktoś nie pamiętał, w czym rzecz, śpieszę wspomnieć, że w roku 1986 Wydawnictwo Lubelskie załatwiło sobie prawa do nowego tłumaczenia powieści A.A Milnego „Kubuś Puchatek” i robotę tę zleciło niejakiej Monice Adamczyk, dziś udzielającej się publicznie jako prof. dr hab. Monika Adamczyk-Grabowska w Zakładzie Lingwistyki Stosowanej na Uniwersytecie Marii Skłodowskiej w Lublinie, a wówczas zaledwie osobie ambitnej i z pretensjami. Owa Adamczyk siadła do pracy i na słynnym Kubusiu Puchatku dokonała rewolucji, przy której połączone siły Rewolucji Francuskiej i Wielkiej Rewolucji Październikowej spłonęłyby ze wstydu. Przede wszystkim, odkrywszy że imię Winnie jest zdrobnieniem żeńskiego imienia Winnifred, co na polski przekłada się, jako Winifreda, Kubuś automatycznie się zmienia we Fredzię, a to musi świadczyć o tym, że Puchatek to ani chłopczyk, ani dziewczynka, lecz transseksualista, lub, co bardziej prawdopodobne, klasyczny bigender. Co do Puchatka natomiast, zdaniem Adamczyk, owo „pooh”, stanowi klasyczne lekceważące „phichnięcie”, i stąd Fredzia Phi-Phi.
Operacji, jakie Adamczyk przeprowadziła na tłumaczeniu Ireny Tuwim było oczywiście znacznie więcej, ja tylko może zwrócę uwagę na dwie, moim zdaniem najbardziej szokujące, a mianowicie na to, że Krzyś otrzymał imię Krzysztof Robin, no i że wszystkie zawarte w tekście Tuwim zdrobnienia zostały zastąpione przez zwykłe grube formy, a więc „balonik” stał się „balonem”, łapka” „łapą”, a „osiołek” „osłem”. A skoro już jesteśmy przy Kłapouszku, on też został przez Adamczyk przechrzczony na „Iijeę”. Dlaczego tak? Gdy chodzi o Krzysia, sprawa jest prosta. Bohater Milnego miał na imię Christopher Robin, więc ma być Krzysztof Robin, a nie jakiś Krzyś, co do Kłapouchego natomiast, on w języku angielskim nosi imię Eeyore, co ma wyrażać głos wydawany przez osła, a więc po polsku będziemy mieli „Iijaa”. Co do zdrobnień, ich w tłumaczeniu Adamczyk nie ma, bo, jak ona sama tłumaczy w przedmowie, w tłumaczeniu Tuwim „pełno jest spieszczeń i zdrobnień, które nie występują w oryginale, a bohaterowie przemawiają językiem dziecinnym”, w związku z czym ów „balon” zamiast „balonika”, żeby było wiernie. Swoją drogą, mam nadzieję, że dziś po latach, kiedy Monika Adamczyk jest już profesorem, zdążyła zauważyć, że język angielski ma to do siebie, że pomijając parę wyrazów, takich jak „ringlet”, „starlet”, czy „droplet”, zdrobnienia nie tam występują i już.
Ja bym jednak nie wchodził w szczegóły, lecz skupił się nad podstawowym pomysłem Adamczyk, czyli owym bigenderyzmem Puchatka. Otóż przede wszystkim należałoby nam sobie uświadomić, skąd się wziął sam pomysł na tę książeczkę. Otóż A.A. Milne miał pięcioletniego synka imieniem Christopher Robin, który z kolei miał całą kupę pluszaków, w tym królika, tygrysa, kangura, sowę, prosiaczka, no i naturalnie też pluszowego misia i to dla niego postanowił napisać tę książkę – o nim i o jego zabawkach. Ów zamysł zrealizowany jest do tego stopnia wiernie, że gdy rzucimy okiem na oryginalne zdjęcia z rodzinnego albumu rodziny Milne, zobaczymy dokładnie to co znamy z oryginalnych ilustracji Sheparda. A zatem powinniśmy wiedzieć i zapamiętać raz na zawsze, że to wszystko, co znajdujemy w książce, to autentyczny, cudownie realny świat realnie istniejącego dziecka.
Ale popatrzmy na sam początek tej książeczki, gdzie wszystko zostaje wyjaśnione, a co rozpoczyna rozmowa między ojcem, a jego dzieckiem. Schodzi Krzyś na dół po schodach, ciągnie swojego misia za łapę, ten wali głową w schody, i rozpoczyna się rozmowa:
- Myślałem, że to chłopczyk.
- Bo to jest chłopczyk.
- Nie możesz więc go nazywać Winnie.
- Ja go tak nie nazywam.
- Przecież…
- On nazywa się Winnie-the-Pooh. Nie wiesz, co oznacza „the”?
A ja tylko przypominam, że Autor rozmawia z pięcioletnim dzieckiem o przedimku określonym „the”. Za chwilę zresztą pada uwaga: „Nawet nie próbujcie tego zrozumieć”.
I tu wydaje mi się, że Monika Adamczyk wzięła sobie tę radę bardzo do serca i uznała, że rozumieć nie trzeba. Rzecz tymczasem jest bardziej skomplikowana. Otóż mały Krzyś lubił bywać w londyńskim zoo, gdzie mieszkał sobie jego ulubiony zwierzak, sprowadzona z Kanady niedźwiedzica, na pamiątkę miasta Winnipeg, z którego pochodziła, nazwana imieniem Winnie. Krzyś ją tak ukochał, że, co naturalne, swojego pluszowego misia nazwał jej imieniem, a przyparty do muru przez swojego tatę w sprawie płci misia, odpowiedział, jak potrafił, zrzucając cała winę na owo nieszczęsne „the”. I na to przychodzi Monika Adamczyk i ogłasza przybycie jakiejś Fredzi.
A zatem mamy pięcioletnie dziecko, całą kupę pluszowych zabawek i ów dziecięcy świat, no i ojca, który opowiada mu najważniejszą historię jego życia i jeśli tylko uważnie wczytamy się w tłumaczenie Ireny Tuwim, wszystko to zobaczymy, tyle że po polsku. Po polsku.
No i znów, na to przychodzi to coś i zaczyna nam tłumaczyć, że choć „jest wiele fragmentów w tej książce, które mogą się wydać dziwne i niezgrabnie przełożone, są to zazwyczaj zabiegi mające na celu oddanie niezwykłego języka oryginału, który w niepowtarzalny sposób łączy cechy specyficzne dla mowy dziecka z elementami stanowiącymi parodię języka używanego przez niektórych dorosłych”.
Ktoś się spyta, co mi strzeliło do głowy, by dziś się zajmować akurat tym starym wybrykiem pewnej pani, o którym pies z kulawą nogą dziś już nie pamięta. Otóż powody są dwa. Pierwszy to taki, że wprawdzie o Monice Adamczyk i jej tłumaczeniu z roku 1986 pamięta mało kto, natomiast ja bym chciał wiedzieć przede wszystkim, jak to się stało, że ona w tamtym czasie dostała zezwolenie władz na przemielenie – co z tego, że nieskuteczne? – klasycznego tłumaczenia Ireny Tuwim, no i oczywiście, jakie talenty doprowadziły tę kobietę do pozycji, którą ona zajmuje dziś w nowej Polsce? Drugi powód to ten, nawiązujący do tematu, którym ja osobiście żyję w tych daniach szczególnie żywo, a więc wszelkiego rodzaju nisz. Mamy bowiem ową prof. dr hab. Monikę Adamczyk-Grabowską, zatrudnioną w Zakładzie Lingwistyki Stosowanej na lubelskim UMCS-ie i już tylko się zastanawiamy, jak ona tego dokonała. Każdy normalny odbierający świat człowiek pomyślałby sobie pewnie, że po wybryku, jaki ona odstawiła, jako osoba dopiero wchodząca w ów świat, gdyby jakimś udem znalazła zatrudnienie na uniwersytecie, to tylko po to, by już do końca życia prowadzić tam co najwyżej kiosk z drożdżówkami i pepsi. Tymczasem, jak widzimy, owa Fredzia Phi-Phi to był zaledwie początek wielkiej kariery. Wprawdzie pewnie nie dokładnie takiej, jak ona sama sobie wymarzyła, ale przynajmniej na tyle poważnej, by nie trzeba było ukrywać panieńskiego nazwiska.
Nie podejrzewam, by akurat prof. Adamczyk-Grabowska czytała ten tekst, ale kto wie, czy ktoś jej na niego nie zwróci uwagi, a zatem na tę okoliczność mam dla niej jeszcze coś ciekawego. Owo „pooh”, które dla Adamczyk stanowi wyraz lekceważenia, jest jednoznacznie wyjaśnione w tekście Milnego. Otóż, po wielogodzinnym wysiłku, kiedy to Kubuś Puchatek wisiał uczepiony balonika, nie potrafiąc ani się wznieść, ani zbliżyć do miodu, ani opaść na ziemię, przez cały tydzień, musiał chodzić z łapkami wyciągniętymi w górę. A kiedy przylatywała mucha i siadała mu na nosie, on ją mógł tylko odgonić, dmuchając. O tak: „pooh!” I stąd ta część imienia.
I jeszcze coś. Ja tego wszystkiego się dowiedziałem, kiedy po raz pierwszy się zorientowałem, że „Kubuś Puchatek” to nie jest jeszcze jedna książeczka dla dzieci bez większego znaczenia, czyli dawno, dawno temu, znacznie przed tym, kiedy to Monice Adamczyk w 1986 roku zlecono tę dziwną robotę. I moim zdaniem to jest jedna z przyczyn, dla których ona dziś buduje niszę, a ja nie.
Jeśli komuś ta analiza spodoba się na tyle, by ją oserduszkowacz, serdecznie zachęcam do zafollowania mojego konta. Kolejne nie mniej ciekawe wpisy czekają w kolejce. A jeśli komuś się spieszy, to zapraszam na mój blog pod adresem https://t.co/X9BIGpfEEs. Tam mamy całą najnowszą historię Polski i świata dzień po dniu.
Post Scriptum
Już po napisaniu tamtego tekstu, postanowiłem dokładnie sprawdzić, co to za ptaszek ta Adamczyk, żeby wiedzieć, jakim cudem ona dotarła tam gdzie się obecnie zajmuje i proszę spojrzeć na co wpadłem. To powinno nam bardzo wiele wyjaśnić, gdy chodzi o te nasze kariery:
Od 2010 – członek redakcji półrocznika Studia Judaica
Od 1999 - członek redakcji rocznika Polin: Studies in Polish Jewry wydawanego przez Littman Library of Jewish Civilization w Brandeis University, Waltham, Mass., USA
Od 1978 tłumaczka literatury pięknej z języka angielskiego (od 1989 również z jidysz).
Członek Rady Programowej Żydowskiego Instytutu Historycznego im. Emanuela Ringelbluma w Warszawie (od 2013 r.)
Członek Rady do Spraw Dialogu z Judaizmem przy Konferencji Episkopatu Polski (od 2006 r.)
Ina Levine Invitational Senior Scholar w United States Holocaust Memorial Museum w Waszyngtonie – 2006/7
Vivian Lefsky Memorial Fellowship w YIVO Institute for Jewish Research – wrzesień/październik 2002
Stypendium American Council of Learned Societies - visiting scholar w Center for American Culture Studies, Columbia University oraz w YIVO Institute for Jewish Research, Nowy Jork, rok akademicki 1988/89
2004-2007 – grant nr 1 H01C 035 27 pt. „Księgi pamięci (izkor bicher) jako źródło wiedzy o historii i kulturze polskich Żydów”
2001-2004 – grant nr 5H01C 060 21 pt. „Kazimierz vel Kuzmir – Kazimierz Dolny w zapisach literatury polskiej i jidysz”
2005 – Medal Honorowy „Powstania w Getcie Warszawskim” przyznany przez Stowarzyszenie Żydów Kombatantów i Poszkodowanych w II Wojnie Światowej za działalność społeczną i naukową
2004 – Nagroda naukowa im. Jana Karskiego i Poli Nireńskiej przyznana przez YIVO Institute for Jewish Research w Nowym Jorku za badania w dziedzinie literatury jidysz
2004 – honorowy dyplom Ambasady Izraela za zasługi dla ocalania miejsc związanych z historią Żydów polskich
Wykłady gościnne:
Zentrum Jüdische Studien Berlin-Branderburg - 2015
Muzeum Żydowskie w Oslo - 2015
Muzeum Zydowskiej w Thornheim, Nowegia - 2014
Instytut Polski w Tel Avivie – seria wykładów w różnych miastach Izraela – 2008
Ina Levine Annual Lecture w Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie – 2007
Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie – 1991, 1997, 2004
Fundacja Judaica w Krakowie – listopad 2003, listopad 2007, październik 2009
YIVO Institute for Jewish Research w Nowym Jorku - marzec 1989, październik 2002
Przynależność do towarzystw naukowych:
Polskie Towarzystwo Studiów Jidyszystycznych, prezes, 2010-2013
Polskie Towarzystwo Studiów Żydowskich (członek-założyciel), od 1995 roku.
"Sędzia powiedział do nich tylko jedno:
„Malujcie. Teraz”.
Ona wzięła pędzel — i 53 minuty później obraz był gotowy.
On nie stworzył niczego.
Tak, w sali sądu federalnego w Honolulu, rozpadło się kłamstwo, które trwało przez dziesięciolecia.
Nazywała się Margaret Keane.
To ona była artystką stojącą za słynnymi dziećmi o wielkich, smutnych oczach — obrazami, które kiedyś wisiały w milionach domów w całej Ameryce.
Ale przez lata świat wierzył, że te obrazy stworzył jej mąż.
Walter Keane.
To on sprzedawał jej prace.
To on udzielał wywiadów.
To on przyjmował pochwały.
To on zbudował publiczny wizerunek na obrazach namalowanych jej rękami.
A Margaret milczała.
Najpierw ze strachu.
Potem ze wstydu.
A później dlatego, że była przekonana, iż i tak nikt jej nie uwierzy.
Ich historia zaczęła się w San Francisco w latach 50. Margaret była rozwiedzioną matką, cichą i nieśmiałą, utalentowaną artystką, która od dzieciństwa rysowała postacie z ogromnymi oczami. Dla niej oczy nie były tylko częścią twarzy. Były oknami do wnętrza człowieka.
Walter był inny.
Głośny.
Pewny siebie.
Czarujący.
Umiał mówić, sprzedawać, przekonywać i zajmować przestrzeń tak, jakby należała do niego.
Kiedy zaczął pokazywać jej obrazy na plenerowych targach sztuki, podpis „Keane” pozwalał kupującym zakładać, że to jego prace.
A on ich nie poprawiał.
Gdy Margaret zrozumiała, co się dzieje, była oburzona.
Walter tłumaczył to „praktycznie”: męskie nazwisko lepiej się sprzedaje. Ludzie zapłacą więcej, jeśli uwierzą, że obrazy namalował mężczyzna. On potrafi sprzedawać, mówił, a ona nie.
Tak zaczął się układ, który powoli stał się pułapką.
Ona malowała.
On sprzedawał.
On zabierał zasługi.
Ona zostawała w cieniu.
Z czasem ten cień zaczął przypominać więzienie.
Według późniejszych relacji Margaret, Walter kontrolował jej życie, izolował ją i zmuszał do wyczerpującej pracy. Malowała do granic sił, czasem nawet po szesnaście godzin dziennie, tworząc płótna, które przynosiły jemu sławę i pieniądze.
On stał się celebrytą.
Przyjmowano go jako ekscentrycznego artystę.
Ludzie znali jego twarz.
Słuchali jego historii.
Jego nazwisko się sprzedawało.
A Margaret pozostawała tą, której ręce stworzyły to wszystko — podczas gdy jej głos był prawie niesłyszalny.
Publiczność kochała te obrazy.
Krytycy sztuki często odrzucali je jako zbyt sentymentalne albo kiczowate.
Ale zwykłych ludzi to nie obchodziło.
W tych ogromnych oczach widzieli samotność, czułość, strach, dzieciństwo i ból.
Nie wiedzieli, że za nimi stoi prawdziwa kobieta, której własne życie także było pełne milczenia.
W 1964 roku Margaret wreszcie odeszła od Waltera.
Przeprowadziła się z córką na Hawaje.
Później znalazła odwagę, by publicznie powiedzieć prawdę.
W 1970 roku, podczas wywiadu radiowego, ogłosiła:
to ja malowałam te dzieci.
Każde z nich.
Walter nigdy nie był ich twórcą.
On wszystkiemu zaprzeczył.
Mówił, że kłamie.
Sugerował, że jest niestabilna.
Twierdził, że malował postacie z wielkimi oczami jeszcze zanim ją poznał.
Wtedy Margaret zaproponowała prosty sposób, by udowodnić prawdę:
publiczny pojedynek malarski.
Oboje mieli przyjść na Union Square w San Francisco i malować przed dziennikarzami.
Walter się zgodził.
A potem się nie pojawił.
Margaret przyszła.
I namalowała.
Mimo to Walter nadal przypisywał sobie zasługi.
Ostateczna granica została przekroczona w latach 80., kiedy Walter znów publicznie oskarżył ją o kłamstwo. Margaret pozwała go o zniesławienie.
Proces trwał trzy tygodnie.
Walter reprezentował się sam. Był teatralny, głośny i oskarżycielski. Atakował wiarygodność Margaret i próbował zamienić salę sądową w kolejną scenę.
Margaret pozostała spokojna.
Ale sędzia Samuel King w końcu miał dość niekończących się sporów.
Zaproponował więc test, przed którym nie dało się uciec żadną przemową:
jeśli oboje twierdzicie, że malowaliście te obrazy, to malujcie.
Tutaj.
W sądzie.
Przed ławą przysięgłych.
Przed wszystkimi.
Margaret zgodziła się natychmiast.
Walter powiedział, że nie może malować z powodu problemu z ramieniem.
Nie dotknął pędzla.
Margaret usiadła przed płótnem.
Wszyscy patrzyli, jak jej ręka robi to, co robiła przez dziesięciolecia.
Po 53 minutach obraz był gotowy:
dziecko o wielkich oczach,
w niepowtarzalnym stylu, który świat już znał.
Tym razem jednak te oczy nie milczały.
Były świadectwem.
Ława przysięgłych szybko podjęła decyzję:
Margaret Keane była prawdziwą artystką.
Walter ją zniesławił.
Przyznano jej odszkodowanie.
Później, z powodów technicznych, kwestia pieniędzy została ponownie rozpatrywana. Ale dla Margaret pieniądze nigdy nie były najważniejsze.
Powiedziała prosto:
„Nie chodziło mi o pieniądze. Chciałam tylko, żeby ustalono fakt, że to ja namalowałam te obrazy”.
I właśnie to otrzymała.
Swoje imię.
Swoje autorstwo.
Swoją prawdę.
Walter do końca życia upierał się, że to on był prawdziwym artystą.
Margaret żyła jeszcze wiele lat i nadal malowała już pod własnym nazwiskiem. Z czasem jej prace stawały się jaśniejsze, mniej mroczne, jakby prawda wpuściła z powrotem powietrze na płótno.
W 2014 roku film Tima Burtona „Big Eyes” opowiedział jej historię nowemu pokoleniu.
Margaret Keane zmarła w 2022 roku w wieku 94 lat.
Ale nie odeszła z tego świata jako „żona artysty”.
Nie jako cień.
Nie jako kobieta, która malowała w milczeniu, podczas gdy ktoś inny odbierał oklaski.
Odeszła jako Margaret Keane — artystka, której imię wreszcie wróciło do jej własnych obrazów.
Czasem sprawiedliwość nie przychodzi szybko.
Czasem spóźnia się o całe dekady.
Ale są chwile, kiedy całe kłamstwo rozpada się bardzo prosto.
Jedno płótno.
Jeden pędzel.
Pięćdziesiąt trzy minuty.
I człowiek, który nie pozwala już nikomu ukraść swojego imienia."
za Przytulność
Wynajmujemy busa / lodziarnię, może nawet kilka, żeby być w różnych miastach. Na zakończenie roku szkolnego uczniowie z czerwonymi paskami otrzymają od Kanału Zero darmowe lody. Uczniowie bez czerwonych pasków otrzymają z kolei dobre słowo i zachętę do nauki w przyszłym roku.
‼️‼️ Szokujące relacje urzędników skarbowych z całej Polski.
Szanowni Państwo,
Nie pozwolę, żeby całe zło było kierowane wyłącznie do zwykłych urzędników na samym dole, dlatego 👇
Czas powiedzieć sobie wprost, jak wygląda rzeczywistość ‼️‼️
Piszę to w trosce o polskich przedsiębiorców i moich kolegów i koleżanek z pracy ❗️
Piszę to, by pomogli mi Państwo zmienić politykę obecnego kierownictwa MF, rządu i nagłośnienili tę patologię.
‼️ My, urzędnicy nie chcemy "dociskać" najmniejszych i najsłabszych.
Od wielu dni (po akcji z pizzą) otrzymuję wiadomości od pracowników urzędów skarbowych i urzędów celno-skarbowych z całej Polski. Wszyscy mówią o tym samym 👇
‼️ O zmianie tzw. mierników dotyczących nabyć sprawdzających i o ogromnej presji na ich wykonanie.
🔺️Mierniki:
Jeszcze 3 lata temu do wykonania tzw miernika nabyć sprawdzających liczyła się tylko liczba wykonanych nabyć sprawdzających.
Nieważne, czy ukarano mandatem ❗️
Chodziło o prewencję. Chodziło o to, żeby sprawdzać, pouczać i przypominać o obowiązkach .
I to miało sens.
‼️‼️Dzisiaj, po zmianie kierownictwa (rządu) do miernika liczą się TYLKO pozytywne nabycia sprawdzające, czyli takie zakończone mandatem albo odmową przyjęcia mandatu (sic❗️). Czyli ZAWSZE MUSI BYĆ MANDAT.
Jednocześnie podnoszone są wartości mierników, które urzędy mają wykonać (ma być więcej mandatów).
Z relacji urzędników wynika ponadto, że narzucane są przez kierownictwo kwoty mandatów (jak najwyższe), co jest absolutnie sprzeczne z kodeksem karnym skarbowym.
❗️Od 3 lat mówię głośno, że zamiast koncentrować siły na największych oszustwach skarbowych, wyłudzeniach i prawdziwych patologiach, coraz częściej uderza się w najmniejszych przedsiębiorców. W ludzi, którzy są najłatwiejsi do skontrolowania ‼️‼️
Dlatego pytam publicznie.
Kto zmienił konstrukcję tych wskaźników?
Kto podniós ich poziomy?
Kto odpowiada za politykę, która odchodzi od prewencji na rzecz rozliczania efektów zakończonych mandatem?
I czy Minister Finansów @Domanski_Andrz uważa, że to jest właściwy kierunek?
Ja nie zamierzam milczeć. I nie pozwolę, żeby cała odpowiedzialność była zrzucana na najniższy szczebel, podczas gdy decyzje zapadają znacznie wyżej.
I proszę nie pisać, że my tylko wykonujemy rozkazy.
❗️Właśnie ryzykuje, opisuję i krytykuję obecną politykę rządu.
I liczę, ze dziennikarze zajmą się tematem tak chętnie jak pizzą z krewetkami.
‼️‼️‼️ Jako urzędnicy nie chcemy karać mandatami za drobne wykroczenia, a do tego się nas zmusza.
‼️‼️ Nakłada się na nas chore mierniki jak w korporacjach, niemożliwe do wykonania i potem mamy przypadek pizzy.
To nie nasz wymysł.
‼️ Nie chcemy karać malutkich.
To wymysl Szefa KAS Marcina Łobody, @Domanski_Andrz
I @donaldtusk
To polityka obecnego rządu.
@RepublikaTV@wPolscepl@FaktyTVN@wirtualnapolska@Money_pl
Tej wielkości jest domowa bateria litowo-jonowa typu LFP 🔋 o pojemności 10 kWh od polskiego producenta Powerlab. Za mną 16 kWh. Przede mną wersja 5 kWh. W ciągu dekady będą to zwykle AGD w każdym mieszkaniu/domu poza Polską. W Polsce planujemy właśnie zakaz ich montażu np. w mieszkaniach i ograniczenia w montażu w domach, jako jedyne państwo na świecie. Tak wygląda ta transformacja energetyczna po polsku... 🫣 Gdy już polscy producenci dadzą sobie spokój z produkcją, bo przepisy zamkną im krajowy rynek, za kilka lat pewnie ponownie otworzymy się ma importowane baterie do zastosowań domowych. Wtedy będą już bezpieczne... #PolitykaPrzemysłowa #Baterie #CenyEnergii #PowerLab
„Rewolucja przemysłowa a współczesny stan Polski”
Jedna z moich ulubionych tez dla studentów uczelni technicznych w Niemczech - brzmi brutalnie, ale im dłużej obserwuję świat techniki, gospodarki i państw, tym bardziej uważam ją za prawdziwą: nowoczesne kraje dzielą się nie na bogate i biedne, lecz na te, które naprawdę przeżyły rewolucję przemysłową, i te, które jedynie nauczyły się kupować jej produkty. Bo rewolucja przemysłowa nie była wyłącznie epoką maszyn parowych, fabryk i kominów. To był moment, w którym człowiek Zachodu zaczął inaczej myśleć o rzeczywistości. Narodziło się myślenie procesowe. Świat przestał być zbiorem pojedynczych rzemieślników i lokalnych warsztatów, a stał się organizmem opartym na standaryzacji, organizacji, logistyce, przewidywaniu i technologii. Najważniejsze nie było już samo wykonanie produktu. Najważniejsze stało się zrozumienie, dlaczego produkt powstaje, z czego wynika jego przewaga i jak kontrolować cały proces jego tworzenia.
To dlatego jedne państwa produkują silniki lotnicze, mikroprocesory czy nowoczesne turbiny, a inne przez dekady pozostają jedynie montowniami lub importerami cudzych rozwiązań. Można bowiem nauczyć się obsługiwać technologię, nie rozumiejąc jednocześnie cywilizacji technicznej, która ją stworzyła.
I właśnie tutaj przypadek Polski jest jednocześnie fascynujący i tragiczny.
Polska miała bowiem pewne historyczne „szczęście”. W czasie gdy Europa Zachodnia przechodziła najcięższą i najbardziej brutalną fazę rewolucji przemysłowej, Polska formalnie nie istniała. Nie uczestniczyła jako pełnoprawne państwo w budowie własnego XIX-wiecznego kapitalizmu przemysłowego. Była to oczywiście katastrofa polityczna i cywilizacyjna, ale paradoksalnie właśnie dlatego po 1918 roku II Rzeczpospolita mogła częściowo budować się od nowa.
I budowali ją ludzie niezwykli. Drugie i trzecie pokolenie polskich inżynierów, technokratów, ekonomistów i przedsiębiorców wychowanych już w kulturze technicznej Berlina, Zurychu, Wiednia, Petersburga czy Paryża. Ludzie nieskażeni kompleksem prowincji wobec technologii. Oni rozumieli, że nowoczesne państwo nie powstaje z romantycznych haseł, ale z portów, kolei, energetyki, chemii, hutnictwa, organizacji przemysłu i własnej myśli inżynierskiej. Dlatego II RP mimo biedy, chaosu i gigantycznych problemów potrafiła stworzyć rzeczy, które do dziś budzą podziw. Gdynia budowana praktycznie od zera, Centralny Okręg Przemysłowy, rozwój przemysłu chemicznego, ambitne projekty komunikacyjne, nowoczesne lotnictwo i przemysł zbrojeniowy były próbą stworzenia państwa nowoczesnego nie tylko politycznie, ale cywilizacyjnie. Nazwiska takie jak Eugeniusz Kwiatkowski, Ignacy Mościcki czy Stefan Bryła symbolizują moment, w którym Polska próbowała wejść do grona państw naprawdę rozumiejących nowoczesność techniczną.
I właśnie dlatego historia Polski jest tak fascynująca i jednocześnie tragiczna. Wojna przerwała ten proces w momencie, gdy zaczynał on dojrzewać. Zginęły całe środowiska inżynierskie, przedsiębiorcze i naukowe, które mogły stać się fundamentem polskiej nowoczesności na kolejne pokolenia. Została przerwana ciągłość budowy własnej elity technicznej i przemysłowej.
Późniejszy PRL odziedziczył część infrastruktury i kadr, ale już w zupełnie innym modelu politycznym i cywilizacyjnym. Prawdziwa siła państwa nie rodzi się wyłącznie z patriotyzmu, wielkich słów czy historycznych mitów. Rodzi się z umiejętności tworzenia technologii, organizacji i własnych procesów przemysłowych. A tego nie da się kupić wyłącznie pieniędzmi. Do tego potrzebna jest jeszcze kultura techniczna i czas - coś, co buduje się przez pokolenia i co bardzo łatwo można utracić w ciągu jednej wojny.
Po II wojnie światowej historia polskiej techniki staje się jeszcze bardziej tragiczna, ponieważ wojna nie tylko fizycznie zniszczyła przemysł i miasta. Ona przede wszystkim przerwała ciągłość budowy polskiej elity technicznej. Zginęły całe środowiska inżynierskie, przedsiębiorcze i naukowe.
/1
Ostatnio spodobała Wam się seria o chińskim internecie, więc dziś coś równie interesującego.
Przez 1300 lat jeden egzamin decydował, czy będziesz rządził prowincją, czy orał pole do końca życia.
Chiński system egzaminów cesarskich (科举) to najbardziej brutalny, najbardziej wpływowy i najbardziej fascynujący system selekcji w historii ludzkości.
A większość ludzi na Zachodzie nigdy o nim nie słyszała. 🧵
❌ Zaczyna się robić naprawdę mrocznie i ciekawie. Komisja Europejska wskazała już konkretne podmioty, które - poza samymi bankami - będą zarabiać na obsłudze programu SAFE.
1️⃣ Mowa między innymi o Banque de France TELSAT, czyli systemie aukcyjnym wykorzystywanym do emisji obligacji UE. To instytucja publiczna, należąca do państwa francuskiego.
2️⃣ Dalej mamy Eurex Repo - platformę wykorzystywaną do obsługi rynkowej unijnego długu. Za nią stoi pośrednio Deutsche Börse AG, w której akcjonariacie znajdują się między innymi tacy giganci jak: BlackRock i Fidelity. Te nazwy mówią same za siebie. To globalne grupy kapitałowe, obecne praktycznie wszędzie tam, gdzie krążą największe pieniądze.
3️⃣ Jest też Eurex Clearing AG, odpowiedzialny za rozliczanie operacji. Spółka ta jest w 100% zależna od Eurex Frankfurt AG, a ta należy do Deutsche Börse Group, kontrolowanej przez Deutsche Börse AG. Znów więc na końcu tego łańcucha pojawiają się ci sami wielcy gracze światowych finansów.
4️⃣ W tym modelu uczestniczy również Deutsche Bundesbank. Komentarz narzuca się sam, ale to pozostawiam już Polakom.
Do tego dochodzą oczywiście banki obsługujące samą emisję długu UE, z którego finansowany będzie SAFE. I tu warto powiedzieć jasno: to nie państwa członkowskie będą pożyczać bezpośrednio od tych banków. To Komisja Europejska będzie emitować dług przy ich udziale, a następnie pożyczać pieniądze państwom. Które banki konkretnie będą obsługiwać poszczególne emisje, jeszcze nie wiadomo. Wiadomo jednak, że Komisja... opublikowała już listę ok. 37 podmiotów, spośród których będzie je wybierać. I teraz rzecz najważniejsza! Spośród tych około 37 banków:
❌ 10 pochodzi z Niemiec,
❌ 7 z Francji,
❌ 4 z Hiszpanii.
Polskich banków na tej liście nie ma.
I właśnie o to idzie ta gra. Nie o żadną romantyczną „solidarność europejską”, lecz o kontrolę nad przepływem gigantycznych pieniędzy w tym całym mechanizmie przez dekady. Polska zarabiać nie będzie.
Czas się obudzić.
"Ks. prof. dr hab. Waldemar Rakocy CM
Emerytowany profesor zw. KUL
ul. Św. Filipa 19
31-150 KRAKÓW
e-mail: [email protected]
Jego Eminencja
Ksiądz Kardynał Grzegorz Ryś
Kraków, 6 lutego 2026 r.
Jestem profesorem nauk biblijnych, specjalizującym się w pismach Pawłowych i pragnę po
dzielić się z Eminencją Pawłowym i biblijnym postrzeganiem kilku istotnych dla chrześcijaństwa tematów. Są to tematy – poza jednym – powiązane z judaizmem. Dotykam tych z nich, które są źle rozumiane lub występują niejasności albo uproszczenia.
1. Czy Żydzi są narodem wybranym? W zamyśle Bożym przynależność etniczna do jakiegoś ludu nigdy nie równała się wybraństwu w znaczeniu ludu Bożego. Wybraństwo jest kategorią zbawczą, a nie etniczną. W wybraństwie uczestniczy ten, kto odpowiada na Boże
wezwanie. Celem wybrania Izraela było obwieszczenie światu przyjścia Mesjasza, Chrystusa. Cel był zbawczy. I z tym celem było związane jego wybranie.
Historyczne wybranie ludu izraelskiego jako miejsca Bożego objawienia i przyjścia w nim
Chrystusa jest powodem do chluby, ale nie gwarantuje ono automatycznie wybraństwa w sensie wejścia do ludu Bożego. Fakt urodzenia się Żydem nie zapewnia z góry takiego udziału. Stwierdza to jasno apostoł Paweł w Rz 9, 6b: „Nie wszyscy, którzy pochodzą z Izraela, są Izraelem”. Innymi słowy nie wszyscy, którzy urodzili się Żydami, są Bożym Izraelem, czyli wybranym ludem Bożym. Są nimi ci, którzy odpowiedzieli na Boże wezwanie (obecna w ST koncepcja ‘wiernej reszty’). I dalej: „[…] i nie wszyscy przez to, że są potomstwem Abrahama, stają się jego dziećmi” (w. 7). Biologiczne pochodzenie od Abrahama nie decyduje o przynależności do ludu Bożego, czyli o byciu dzieckiem Boga („nie synowie co do ciała są dziećmi Bożymi” w. 8a). Decyduje ono jedynie o przynależności do etnicznego Izraela, lecz nie do ludu Bożego. Tu musi mieć miejsce odpowiedź na Boże wezwanie.
Stąd urodzenie się Żydem nie gwarantuje bycia w gronie wybranego ludu Bożego; decyduje
jedynie o przynależności do ludu, w którym został zapowiedziany i przyszedł Mesjasz. W
przeciwnym razie Bóg byłby niesprawiedliwy: Żyd apostata z racji swego urodzenia uczestniczyłby w Bożym wybraństwie, a bogobojny poganin byłby z niego wykluczony, bo nie urodził się Żydem. Takie są konsekwencje etnicznego rozumienia wybraństwa.
Niepoprawnym jest przede wszystkim określenie „naród wybrany”. Po pierwsze, Pismo św.
nie zna określenia „naród wybrany” używanego powszechnie w jęz. polskim (lecz nie w jęz.
obcych: np. the chosen people, le peuple élu, il popole eletto itd.); Pismo św. zna jedynie
pojęcie ludu wybranego. Po drugie, w tamtych czasach nie istniała jeszcze koncepcja narodu,
która jest zjawiskiem nowożytnym (na marginesie: tłumacze ksiąg Pisma św. na jęz. polski
błędnie używają w odniesieniu do tamtych czasów terminu ‘naród’; wszędzie powinno być
‘lud’, ‘plemię’ itp.). Po trzecie, Sobór Watykański II (Nostra Aetate, pkt. 4) używa w odniesieniu do Żydów określenia „lud wybrany”, a nie „naród”; naród może być izraelski, ale nie wybrany. Po czwarte, określenie „naród wybrany” jest niepoprawne teologicznie, ponieważ ma konotację etniczną, ograniczającą etnicznie dostęp do Bożej łaski, co jest sprzeczne z ekonomią zbawienia. Stąd nie mówimy ‘naród Boży’, ale ‘lud Boży’. Jedynie występującym i poprawnym określeniem jest „lud wybrany”. Wybraństwo jest kategorią zbawczą i obejmuje tych, którzy realizują zamysł Boży.
Określenie „naród wybrany” kształtuje błędne przekonanie, że z racji bycia Żydem ktoś przy
należy automatycznie do ludu wybranego. Nigdy przynależność etniczna / narodowa nie
równała się Bożemu wybraństwu (chociaż w czasach Jezusa judaizm doszedł już do takiego
przekonania). Wybraństwo jest kategorią zbawczą, a nie etniczną.
O dzisiejszym Izraelu i o Żydach na świecie można mówić jako spadkobiercach tych, wśród
których Bóg zapowiedział przyjście Mesjasza i w tym sensie ich wybrał jako miejsce Bożego
objawienia. Nie znaczy to jednak, że są ludem wybranym, że korzystają z przywileju wybraństwa, bo o tym decyduje realizacja woli Bożej związanej z ich wybraniem. Tą wolą było przyjęcie Chrystusa i Jego ogłoszenie światu, cel ich wybrania. A oni Go odrzucili. Są ludem wybranym w pewnym momencie historii jako locus divinae revelationis; następnie część z nich do momentu przyjścia Chrystusa była ludem wybranym (Bożym) w ramach etnicznego Izraela (tzw. ‘wierna Reszta’). Obecnie lud wybrany, lud Boży stanowią ci, którzy przyjęli Chrystusa, tj. Kościół Chrystusowy. Lud wybrany jako lud Boży jest jeden. Z tej racji nie można mówić o wyznawcach prawa mojżeszowego, że są nadal ludem wybranym. Jest to tworzenie dwóch równoległych porządków zbawczych, co jest obce zbawczemu planowi Boga.
Obecny stan wyznawców prawa mojżeszowego jasno obrazuje apostoł Paweł metaforą
drzewka oliwnego (Rz 11, 16b-24). Żydzi są od niego odcięci. Mogą być na powrót wszczepieni (Bóg ich miłuje [w. 28b]). Ale aktualnie są odcięci. Z tej racji są według apostoła „nieprzyjaciółmi Boga” (w. 28a), co w języku biblijnym oznacza zerwanie z Nim relacji. Nie znaczy to jednak, że Bóg ich odrzucił definitywnie. Bóg nikogo nie odrzuca definitywnie.
Żydzi są stale zaproszeni do tego, aby przyjąć Chrystusa, bo „dary łaski i wezwanie Boże są
nieodwołalne” (w. 29). Boże wezwanie jest stałe i dlatego Bóg stale wzywa ich do wkroczenia na drogę ku Chrystusowi.
2. Czy przymierze na Synaju jest stale aktualne? Przymierze na Synaju wygasło i tym
samym ustało z racji nowego przymierza zawartego w Chrystusie, do którego przygotowywało: „Ponieważ zaś mówi o nowym [przymierzu], pierwsze uznał za przestarzałe; a to, co się przedawnia i starzeje, zanika” (Hbr 8, 13). Utrzymywanie, że przymierze na Synaju nadal trwa, jest uznaniem za niepotrzebne (czy o względnej wartości) przymierza zawartego w Chrystusie. Tymczasem przymierze na Synaju jest etapem na drodze ku Chrystusowi i Jego Kościołowi. Doprowadziło ono do Chrystusa, spełniło swoją rolę i wygasa. Nie jest anulowane, odwołane, ale wygasa, ustaje. Gdyby Żydzi przyjęli Chrystusa, właśnie tak by o nim myśleli i mówili. Postrzegają je jako stale trwające, bo nie przyjęli Chrystusa.
Utrzymywanie, że przymierze na Synaju jest stale aktualne, jest tworzeniem równoległej rzeczywistości zbawczej: jednej z Chrystusem, a drugiej bez Niego. Jest to występowanie przeciwko zbawczemu planowi Boga.
3. Czy Żydzi wierzą w prawdziwego Boga? Izraelitom (Żydom) objawił się Bóg prawdziwy, ale odrzucając Chrystusa, odrzucają oni prawdziwego Boga. Nie wygląda to tak, że Izrael odrzucił Syna Bożego, a trwa przy Bogu. Kto odrzuca Syna, nie ma też Ojca (1 J 2, 23), bo Bóg jest jeden. Izrael odwołuje się do prawdziwego Boga, ale Go nie zna, bo On objawił się w Chrystusie. Dopiero Chrystus objawia Ojca i tajemnicę Trójcy Świętej. To, co o Bogu poznał biblijny Izrael, jest mglistą wiedzą w porównaniu z poznaniem Go w Synu Bożym (J 10, 30: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy”; 14, 9: „Ten, kto widzi Mnie, widzi i Ojca”). Sytuacja obecnego Izraela jest trudna, bo zna on Boga tylko w wąskim zakresie, bo Ten objawił się w pełni w Chrystusie. Na ich oczach spoczywa zasłona (2 Kor 3, 14).
Odrzucając Syna Bożego, Izrael odrzucił Boga Jahwe, bo Jezus razem z Ojcem i Duchem
Świętym jest Bogiem Jahwe: „Jeżeli nie uwierzycie, że JA JESTEM [który jestem], pomrzecie w grzechach swoich” (J 8, 24. 58). Jezus jest Bogiem Jahwe i dlatego odrzucenie Go jest odrzuceniem prawdziwego Boga – stąd konkluzja: „[…] pomrzecie w grzechach swoich”.
Nie można trwać przy Bogu, odrzucając Syna Bożego, który poprzez jedną naturę boską jest
jednym Bogiem z Ojcem i Duchem Świętym. Odrzucenie Syna Bożego jest odrzuceniem
(całego) Boga. Żydzi wiedzą, który Bóg jest prawdziwy, ale jednocześnie Go odrzucają. Czy
w tej sytuacji wierzą w prawdziwego Boga?
Chrystus nie jest dopełnieniem wiary Żydów w Boga (obrazowo brakujące np. 30%), ale całym poznaniem Boga (obrazowo 100%). Z tej racji w nikim innym nie ma zbawienia.
4. Czy Żydzi potrzebują Chrystusa tak samo jak pozostała ludzkość? Żyd potrzebuje w
takim samym stopniu Chrystusa i nawrócenia w Nim do Boga, co wszyscy inni ludzie. Dla
czego? Bo odkupienie jest nowym stworzeniem w Chrystusie (Ga 6, 15; 2 Kor 5, 17; Ef 2,
15). Nie jest wydoskonaleniem starego porządku zbawczego, ale powołaniem go do istnienia
od początku! Właśnie dlatego, że jest to nowy porządek zbawczy (nowe stworzenie), każdy
musi do niego wejść: tak poganin, jak i Żyd, bo nikt wcześniej w nim nie trwał. Żyd był w
korzystniejszej sytuacji jedynie z tej racji, że był lepiej przygotowany na przyjęcie nowego
porządku zbawczego.
Przyjęcie Chrystusa jest według NT najwyższą formą nawrócenia, której potrzebuje każdy:
zarówno Żyd, jak i poganin. Jest odmianą człowieka, jakiej dokonuje w nim Bóg. Nic się nie
równa temu, czego Bóg dokonuje w człowieku, kiedy przyjmuje on Chrystusa – odmienia go
i wprowadza w nowe życie ze sobą. Żyd potrzebuje takiego nawrócenia tak samo jak poganin, bo porządek religijny Żydów wyznania mojżeszowego nie jest w stanie tego zapewnić. Nie jest prawdą, że przyjmując wiarę w Chrystusa, poganin się nawraca a Żyd jedynie dopełnia swoją wiarę. Skoro jest to nowy porządek zbawczy (nowe stworzenie), każdy wchodzi do niego na tych samych warunkach. Stąd Żyd bezwzględnie potrzebuje Chrystusa. Przykładem nowego stworzenia, czyli rzeczywistości nieobecnej w ST, a obecnej aktualnie, jest Kościół. Jest on nowym bytem, stworzeniem, bo jego Ciało, tj. Chrystus, jest nowe. Na etapie ST nie ma niczego, co równałoby się darowi Kościoła. Na etapie ST lud Boży był zgromadzony przy Bogu. Obecnie jest on wszczepiony w Chrystusa, Jego Ciało i stanowi z Nim jedno. W Kościele jesteśmy członkami Ciała Chrystusa. Nie jest to zatem wydoskonalenie porządku ST ani jego dopełnienie w sensie uzupełnienia brakującym elementem, ale danie czegoś nowego. Z tej racji do Kościoła jako nowego stworzenia, nieobecnego w ST, musi wejść zarówno poganin, jak i Żyd, bo żaden z nich wcześniej nie korzystał z takiego przystępu do Boga (jest on czymś nowym).
Innym przykładem jest przymierze Boga z człowiekiem. Nie jest to już przymierze, w którym każda ze stron bierze na siebie określone zobowiązania, bo tu w razie nie wywiązywania się jednej ze stron ze swych zobowiązań, przymierze zostaje zerwane. Obecna relacja z Bogiem, zawarta w Chrystusie, nie ma odpowiednika w ST. Nie jest ona przymierzem, ale testamentem, czyli jednostronnym, wspaniałomyślnym obdarowaniem ludzkości przez Boga relacją ze sobą, gdzie Bóg czyni się gwarantem tej relacji i z tej racji nie zostanie ona nigdy zerwana. Testament nie podlega zerwaniu, a jedynie wykonaniu. Określenia jak wydoskonalenie czy dopełnienie nie są tu adekwatne. Obecna relacja z Bogiem na wzór testamentu, nawiązana w Chrystusie, jest ‘nowym stworzeniem’ względem tej starotestamentowej. Daje to, czego tamta nie dawała. To nie jest tylko danie czegoś więcej. Dobrze rozumieli to u początków chrześcijanie i dlatego nazwali księgi święte Starym i Nowym Testamentem, a nie Starym i Nowym Przymierzem.
‘Nowe stworzenie’ odnosi się także do koncepcji Mesjasza, synostwa Bożego, dekalogu, kapłaństwa, ekspiacji jako modelu pojednania z Bogiem itd. Każda prawda zbawcza ST, każdy przywilej zostają przewyższone w Chrystusie (nowe stworzenie), bo Bóg dał coś nowego i większego niż na etapie ST. Między Starym a Nowym Testamentem jest ciągłość, drugie wynika z pierwszego, ale między nimi jest jednocześnie niewyobrażalny przeskok jakościowy. Różnicę wyznacza osoba Chrystusa: mówimy tu o różnicy między brakiem Chrystusa a Jego obecnością.
Między Starym a Nowym Testamentem nie ma przejścia w sensie dopełnienia pierwszego
przez jakiś element drugiego; jest to danie czegoś nowego (nowe stworzenie w Chrystusie) –
czegoś, co niewyobrażalnie przewyższa pierwsze (stan braku Chrystusa i stan Jego posiadania). Ten przeskok wyraża apostoł Paweł w 2 Kor 3, 10: „Wobec przeogromnej chwały [rzeczywistości nowotestamentowej] okazało się w ogóle bez chwały to, co miało chwałę tylko częściową [rzeczywistość starotestamentowa]. ST przy NT jest jak światło świecy przy świetle Słońca; traci całkowicie swój słaby blask.
5. Czy Żydzi są naszymi starszymi braćmi? Zdarza się nadużywać słów Jana Pawła II z 13
kwietnia 1986 r. z jego wystąpienia w synagodze w Rzymie. Przypisuje się papieżowi, że
powiedział o Żydach „nasi starsi bracia”. Papież powiedział dokładnie: „[…] i w pewnym
sensie można by powiedzieć nasi starsi bracia”. Nie powiedział, że są naszymi starszymi
braćmi, bo nie są nimi. Byliby wtedy, gdyby przyjęli Chrystusa. Przez warunkowy charakter
wypowiedzi („w pewnym sensie” i „można by powiedzieć”) papież unika znaczenia dosłownego. Jednocześnie wyznacza granicę i rozdział między judaizmem, który odrzucił Chrystusa, a chrześcijaństwem. Są to dwa porządki religijne, które rozwijają się niezależnie od siebie i nie ma między nimi braterstwa wiary w sensie dosłownym, bo występuje rozdźwięk w najistotniejszej kwestii, Mesjasza.
6. Czy Żydzi ukrzyżowali Chrystusa? Odpowiedzialni historycznie za ukrzyżowanie Jezusa byli Żydzi i Rzymianie. Ewangelie nie pozostawiają tu cienia wątpliwości. Chrześcijanie zaś są winni śmierci Chrystusa (KKK 598) w tym sensie, że nasze grzechy doprowadziły do ekspiacyjnej śmierci Chrystusa. Chrystus umarł, ponieważ zgrzeszyliśmy. W tym sensie odpowiedzialna jest cała ludzkość. Trzeba jasno rozgraniczać między historyczną odpowiedzialnością za śmierć Jezusa a winą w sensie religijnym. Nie należy wykorzystywać stwierdzenia Katechizmu Kościoła Katolickiego do wybielania Żydów z ich winy za ukrzyżowanie Jezusa. Nie rozumiem ich winy jako winy zbiorowej, ale winę tych, którzy usilnie zabiegali o wyrok śmierci dla Jezusa. To, że Drugą Wojnę Światową wywołali Niemcy, nie znaczy, że wszyscy Niemcy ponoszą za to odpowiedzialność, ale nie znaczy to też, że Niemcy nie wywołali Drugiej Wojny Światowej i nie ponoszą za nią żadnej odpowiedzialności.
7. Jaka powinna być nasza postawa względem judaizmu? 1) Należy podtrzymywać kontakty z Żydami, bo wszyscy jesteśmy dziećmi tego samego Boga, ale prawda zbawcza nie
może być wyciszana. 2) Nie należy usprawiedliwiać, wybielać odrzucenia Chrystusa przez
Żydów (wypaczanie historii zbawienia), ale trzeba pomóc im w otwarciu się na Niego.
W latach 20. XIX w. Żydzi z synagogi w Strasburgu postanowili przeczytać Nowy Testament
i przyjrzeć się jego przesłaniu. Kolejnych trzech rabinów, a z nimi kilkadziesiąt osób z synagogi, przyjęło Chrystusa. Pojawiła się dyspozycja otwartości na prawdę i łaska natychmiast zadziałała. Jest to kierunek, w jakim należy iść w kontaktach z wyznawcami prawa mojżeszowego – tak postępować, aby pojawiła się w nich dyspozycja otwartości na prawdę. Nie należy rezygnować z takich prób. Przykład mamy w apostole Pawle (Rz 11, 14). Nie wolno rezygnować z wysiłków na rzecz pozyskania Żydów dla Chrystusa. Misja ewangelizacyjna stale trwa i obejmuje wszystkich – bez wyjątku. Wymaga jednak roztropności w działaniu.
W nawiązaniu do powyższego, w kontaktach z judaizmem nie może być to dialog jednostronny, w którym my, chrześcijanie, pochylamy się stale nad ich wiarą, zgłębiamy myśl żydowską, a oni zamykają się całkowicie na myśl chrześcijańską. Nie jest to dialog, ale jednostronna rozmowa. W szczerym dialogu każda ze stron powinna wysłuchać racji drugiej strony.
Jeżeli tego nie ma, wzajemne spotkania skutkują „urabianiem” przez myśl żydowską chrześcijan biorących w nich udział, którzy przejmują żydowskie myślenie i rozumienie historii zbawienia. Chrześcijanie się judaizują, a Żydzi nie tylko się nie chrystianizują, ale jeszcze utwierdzają w swoich przekonaniach. Z takich spotkań korzyść dla siebie odnoszą jedynie wyznawcy prawa mojżeszowego.
8. Czy w modlitwie konsekracyjnej podczas Mszy św. powinny być słowa o Ciele Chrystusa wydanym i Krwi przelanej „za wielu” czy „za wszystkich”?
Ten temat nie stanowi kontrowersji z Jego Eminencją, ale przedstawiam go, bo pojawiają się próby zmiany. W tekście greckim NT (Mt, Mk, Łk i 1 Kor 11) znajdują się dwie formy: „za wielu” (hyperpollōn) i „za was” (hyper hymōn). W żadnym z czterech świadectw nie mówi się o wydanym Ciele Chrystusa i przelanej Krwi „za wszystkich”.
Według Ewangelii Mateuszowej Jezus ma na myśli tych, w których dzieło odkupienia odniesie zamierzony skutek: „Moja Krew …, która będzie wylana … na odpuszczenie grzechów”, czyli przelana za tych, w których dokona odpuszczenia grzechów, tj. którzy skorzystają z łaski odkupienia i wejdą w relację z Bogiem. Jezus nie ma na myśli tych, którzy nie skorzystają z łaski odkupienia, tj. w których przelana krew nie przyniesie zamierzonego skutku. Bóg nie działa na darmo, nie marnuje swojej łaski. Jako istota doskonała, kiedy działa, osiąga cel.
Jezus nie ma zatem na myśli wszystkich ludzi, ale tylko owych wielu, którzy odpowiedzą
pozytywnie na łaskę odkupienia i wejdą w relację z Bogiem. Zgodnie z intencją słów Jezusa
poprawną formą jest „za wielu” (w tym także „za was” – dzisiaj w odniesieniu do każdego,
kto uczestniczy w Eucharystii), co znajdujemy na kartach NT i co funkcjonuje w aktualnej
modlitwie konsekracyjnej w jęz. polskim.
Forma „za wszystkich” nie występuje w NT, bo jest niezgodna z rozumieniem dzieła odkupienia. Forma „za wielu” naprowadza na jego właściwe rozumienie. Należy porzucić myślenie, że wszyscy zostali odkupieni, czyli wprowadzeni w relację z Bogiem. Wszystkim została otwarta droga do Boga, ale odkupieni zostali ci, którzy weszli w relację z Bogiem (odpowiedzieli pozytywnie). I za nich Jezus przelewa krew (odkupienie jest stanem podobnym zbawieniu). Jezus nie przelewa krwi za tych, w których nie przynosi to zamierzonego skutku, bo byłoby to działanie daremne. Posługując się obrazem Jezusa, nie rzuca On pereł przed świnie. Zatem dzieło odkupienia swymi owocami dosięga tej części ludzkości, która odpowiada na nie pozytywnie. I to przesłanie zawiera się w wyrażeniu „za wielu”.
U początku sprawowania posługi pasterskiej w Archidiecezji Krakowskiej życzę Eminencji
Bożego błogosławieństwa i wszelkiej pomyślności.
In Christo Salvatore mundi"
za ks. prof. Waldemar Rakocy CM
Holendrzy właśnie dostali cios prosto w serce swojej ufności.
Przez dziesięć lat KNMI, ich IMGW – instytucja niemal święta – obniżało temperatury sprzed 1951 roku, nawet o blisko dwa stopnie. W ten sposób zniknęło szesnaście z dwudziestu trzech fal upałów. Lato 1947, które starsi pamiętali jako ogień na polach, stało się w statystykach „sezonem łagodnym”. Na tej podstawie zbudowano całą dzisiejszą narrację: „nigdy nie było tak gorąco”.
W 2026 poprawili metodę – po cichu, bez przeprosin i walnięcia skruchy – i pstryk: siedem fal wróciło. W tym to, że 1947 znów jest piekłem.
Patrzę na to już z daleka i czuję coś między politowaniem a zazdrosną ironią. Oni naprawdę wierzyli. Wierzą od wieków: że państwo jest uczciwe, że nauka jest czysta, że urzędnik w garniturze i profesor z tytułem nie mogą kłamać, bo po co by mieli?
Polacy tę wiarę stracili dawno – rozbiory, powstania, dwie okupacje, kłamstwa „władzy ludowej”, Okrągły Stół, kolejne „nowe elity”. Wiemy, że każda władza kłamie, gdy jej wygodnie. Holendrzy dopiero teraz zaczynają to rozumieć. My mamy inny problem. Mało który polityk potrafi skutecznie wypromować, aby poziom etyki w polityce był na miarę intencji źródlanej: Polis. A bez tego z kolei nigdy Polacy w pełni nie skorzystają z potencjału jaki niesie ze sobą dobrze funkcjonujące, bo oparte na wzajemnym szacunku i zaufaniu do siebie suwerena i jego urzędników, państwo.
W Holandii dopiero od paru dekad pęka coś, co boli bardziej niż sama prawda o temperaturach: pęka obraz świata, w którym można spać spokojnie, wierząc, że ktoś na górze pilnuje, żeby było sprawiedliwie.
Witajcie w naszym klubie, drodzy rowerzyści i hodowcy tulipanów.
Trochę zimno, trochę wietrznie.
Ale przynajmniej nie musicie już udawać, że „ja nie wiedziałem - ja ufałem i robiłem swoje”.
Z zaciekawieniem przeczytałem wywiad z ks. Chrostowskim oraz polemiki z nim ks. Wróbla i Perzyńskiego. Sądzę, że poruszanej w nich kwestii nie da się rozwiązać bez odpowiedzi na proste pytanie: Kogo Bóg obiecał narodowi żydowskiemu? Prosta odpowiedź. Kościół zna ją od dawna.
Warto zatrzymać się nie przy nazwiskach, lecz przy tym, czym nauka właściwie jest – bo w sporach tego rodzaju fundament bywa mylony ze sztafażem.
Nauka nie żywi się wiarą w jedyną prawdę, nawet gdy przywdziewa szaty „konsensusu naukowego". Żywi się sporem, falsyfikacją, niezgodą i prawem do kwestionowania tez, które właśnie dominują. Konsensus – jeśli w ogóle powstaje – jest wynikiem długiego konfliktu poznawczego, nie jego zamiennikiem ani moralnym nakazem milczenia.
Opowieść o „odcinaniu się instytucji", „wycofywaniu stanowisk" i „kompromitacji" nie dowodzi niczego w porządku naukowym. Opisuje reakcje instytucjonalne – często polityczne, wizerunkowe, komunikacyjne – które z procedurą poznawczą nie mają wiele wspólnego. Mamy tu do czynienia z typowym mechanizmem medialnym: spór naukowy zostaje przełożony na narrację o ortodoksji i herezji, po czym rozstrzygnięty nie przez argument, lecz przez autorytet, potępienie i odwołanie do „jedynie słusznej linii". To nie jest język nauki. To język zarządzania przekonaniami.
Autor poniższego wpisu, Jakub Wiech, występuje w tym sporze jako publicysta i komentator konsensusu instytucjonalnego – nie jako badacz procesów klimatycznych. Jego zadaniem zawodowym jest tłumaczenie i upowszechnianie narracji dominującej, nie jej weryfikacja. To nie zarzut, tylko ustalenie porządkowe. Problem zaczyna się wtedy, gdy publicystyka udaje arbitra prawdy naukowej.
Argument w rodzaju „gdyby miał rację, dostałby Nobla" nie jest argumentem naukowym. Jest narzędziem dyscyplinującym, które ma zamknąć spór, nie go rozstrzygnąć. Historia nauki pokazuje coś dokładnie odwrotnego: postęp rodził się z niezgody na obowiązujący konsensus, nie z podporządkowania się mu. Od geologii, przez fizykę, po klimatologię – prawo do bycia w mniejszości było warunkiem rozwoju wiedzy, nie jej patologią.
Spór o klimat nie dotyczy tego, czy klimat się zmienia, lecz jak się zmienia, w jakim tempie, z jakimi sprzężeniami zwrotnymi i w jakich granicach istniejacych modeli. Redukowanie tej debaty do moralnej opowieści o „odszczepieńcu" i „jedynie słusznej nauce" jest wygodne medialnie, ale poznawczo jałowe.
Nauka nie potrzebuje katechizmu. Potrzebuje odwagi, by powiedzieć: sprawdźmy to jeszcze raz.
My parents were married for 33 years.
I never once heard the word “DIVORCE” in our house.
Not during fights, money stress, hard seasons.
Never.
Before my wedding, my father pulled me aside and said a few things
that still live in my head to this day:
Toyota wypuściła reklamę pro-life, przedstawiającą Lauren Woolstencroft - urodzoną bez nóg - która została 8-krotną złotą medalistką paraolimpijską.
Większość niepełnosprawnych dzieci jest eliminowana poprzez aborcję.
‼️Nie, nie i jeszcze raz nie ❗️
Nie pozwólmy Panu @DudSlaw zafałszować prawdy!
W środowisku KAS jestem znana z tego, że zawsze mówię prawdę i jestem bardzo merytoryczna 👇
Drodzy czytelnicy!
Luka VAT to dochody oczekiwane liczone wg odpowiedniej metody minus dochody faktyczne (czyli dochody budżetu).
Natomiast dochody budżetu to wpłaty minus zwroty.
Jeżeli przyśpiesza się zwroty to tym samym zmniejszają się dochody budżetu w danym roku, a zwiększają w roku następnym.
Absolutną pewność będziemy mieli jeżeli MF przedstawi dane szczegółowe tj. w jakiej wysokości dochody wykonane przyjęto do wyliczenia luki. Czekamy na MF.
Ponadto Pan Dudek w ogóle nie odniósł się do pozostałych moich argumentów.
Nie pisałam przecież tylko o zwrotach, a nie widziałam głębokiej analizy i ustosunkowania się do całości❗️
Drodzy czytelnicy, zdradzę Wam, że ministerstwo finansów posiada legalne narzędzia do przesuwania luki w czasie.
Eksperci ponadto nie znajdują żadnego działania uszczelniającego po stronie KAS czy MF, które mogłoby skutkować zmniejszaniem luki o połowę po dwukrotnym wzroście w roku poprzednim.
I jeszcze wyjaśnienia od eksperta Pana @ArtKraw
"metodologia biorąca ujęcie memoriałowe sprowadza się głównie do tego, że dochody przesuwamy o jeden miesiąc. Jako przybliżenie jest to ok, ale termin na zwroty VAT to 60 dni a wydłużony to 180, jeśli przyspieszymy lub opóźnimy zwroty to możemy mieć wpływ na efekt luki"
‼️Więc niech mi Pan nie pisze, że mój wpis to bzdury, bo Pan ani nie potrafi się odnieść do każdego argumentu, ani nie rozumie metody memoriałowej w kontekscie terminów zwrotów VAT.
Uważa się Pan za eksperta od ekonomii, ale ja jestem wieloletnim urzędnikiem KAS otaczającym się najlepszymi ekspertami w dziedzinie luki VAT i zwrotów VAT , którzy są w samym sercu KAS i MF i znają się na swojej robocie lepiej od Pana.
‼️Wiec proszę na przyszłość w dyskusji ze mną powściągnąć sformułowania typu "pisze Pani bzdury", potem odnieść się do 1/4 wpisu, a potem jeszcze pokazać, że nie rozumie się metodologii o której się pisze - bo ze mną i z moimi ekspertami nie tak łatwo wygrać polemikę ‼️‼️
Czas na nitkę o największej zbrodni na cywilach w Europie po II WŚ, o której pamięć zakopano na 50 lat, a ofiary pozbawiono grobów. O hańbie 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki i osób pokroju Maksymiliana Sznepfa. O Obławie Augustowskiej - małym Katyniu w lipcu 1945 roku.
Najgłupszy wynalazek w historii motoryzacji, a wszystko po to by zużywać szybciej silniki.
Technologia auto start-stop została wdrożona po tajnym spotkaniu w 2011, na którym producenci zgodzili się stworzyć iluzję oszczędności, jednocześnie przyspieszając starzenie się silników.