MGŁA WOJNY - Glazomier, czyli etap Operacji Matrioszka. Granica jako cel, a Warszawa jako przedmiot ryzykownej rozgrywki
Premier mówi o udaremnionym zagrożeniu dla przejścia z Ukrainą, ale nie mówi, czego udaremniono. Ja spróbuję. Od Suworowa i GRU Serguna po drony nad Dunajem, tak rosyjski planista czyta polską granicę.
Jak rosyjski planista czyta polski korytarz kolejowy?
Od 20 sierpnia Rosja uderzyła w ukraińskie przejścia graniczne co najmniej 6 razy.
Tabaki 21 sierpnia, Wynohradiwka 25 sierpnia, Orliwka na Dunaju 1 i ponownie 6 września, Starokozacze w nocy na 9 września, gdzie zginęło 2 cywilów. Wszystkie w obwodzie odeskim, wszystkie na granicy z Mołdawią i Rumunią, wszystkie dronami. Równolegle 1 września w Kijowie spłonęła lokomotywownia Kolei Ukraińskich, a wśród zabitych byli kolejarze. To nie są dwa osobne wątki. To jedna kampania, którą warto przeczytać oczami tego, kto ją planuje, a nie tego, kto ją odbiera.
W jednej z moich ulubionych książek, „Nauce zwyciężania” («Наука побеждать»), Suworow otwiera wykład trzema słowami. Glazomier (глазомер), bystrota (быстрота), natisk (натиск).
Glazomier to ocena na oko odległości, terenu i przeciwnika, zanim ruszy się do przodu.
Suworow uczył, że przed natarciem idzie ocena, ile przeciwnik wytrzyma i gdzie stoi. Kampania odeska jest dokładnie tym, pomiarem reakcji NATO przed ruchem na północ. Od 20 sierpnia rosyjski sztab mierzy w obwodzie odeskim, ile wytrzyma NATO, kiedy drony spadają kilkaset metrów od jego granicy.
Pytanie, które zadaje sobie Warszawa, brzmi czy następne będą przejścia z Polską. 10 września przestało ono być pytaniem analityka. Premier Donald Tusk (@donaldtusk) powiedział w Bratysławie, że w nocy dzięki współpracy polskich i ukraińskich służb udało się uniknąć bezpośredniego zagrożenia dla jednego z przejść granicznych z Ukrainą, i sam powiązał to zdarzenie z rosyjskimi uderzeniami w Mołdawii.
Odpowiedź nadal jednak wymaga odłożenia na bok emocji związanych z tym zdarzeniem i wejścia w logikę rosyjskiego myślenia, czyli planowania rosyjskiego sztabu w ramach doktryny „Nowej Wojny”, którą sam określam mianem Wojny Zrównoważonej. Ten sztab od kilku miesięcy rozwiązuje jedno konkretne zadanie, które roboczo nazywam Operacją Matrioszka.
ZADANIE
Rosyjski planista nie atakuje przejść granicznych, bo są symbolem. Atakuje je, bo są wąskimi gardłami.
W artykule w „Wojenno-promyszlennym kurjerze” z lutego 2013 Gierasimow napisał, a moim skromnym zdaniem są to słowa jego zastępcy gen. Kima, że akcent przesuwa się w stronę środków niewojskowych, stosowanych w proporcji 4 do 1 wobec wojskowych. To był początek ujawnienia doktryny „Nowej Wojny”, później omyłkowo nazywanej doktryną Gierasimowa lub wojną hybrydową, choć ta ostatnia jest tylko jedną z 4 jej części.
Praktycznie od początku minionej dekady generałowie ówczesnego GRU, Igor Sergun, a po Krymie także jego zastępca Aleksiej Diumin, budowali zaplecze operacyjne do działań niewojskowych prowadzonych tak, by dobrze prosperujące państwo w ciągu dni mogło stać się areną walki. To zaplecze pracuje dziś na naszej granicy, bo efekt na polskim przejściu osiągnięto bez jednego uderzenia.
Od wiosny rosyjska kampania przeciw kolei przeszła z frontowego zaplecza na całe terytorium Ukrainy. Między grudniem a połową maja jawne źródła odnotowały 127 uderzeń w obiekty Kolei Ukraińskich, a geografia operacji uderzeniowych rozszerzyła się na obwody wołyński, lwowski i rówieński.
Cel został nazwany wprost w rosyjskim obiegu ekspercko-wojskowym i potwierdzony z drugiej strony przez Serhija Beskrestnowa. Chodzi o zniszczenie logistyki łączącej Ukrainę z Europą, zarówno wojskowej, jak i cywilnej.
W tej logice przejście graniczne jest najtańszym punktem w całym łańcuchu. Nie trzeba niszczyć setek kilometrów toru ani całego węzła. Wystarczy spalić budynek odpraw, uszkodzić zasilanie i systemy łączności, a przepustowość spada do zera na 24 do 48 godzin, bo tyle według ukraińskich danych trwało awaryjne przywracanie pracy przejść po sierpniowych i wrześniowych uderzeniach.
Przy kosztach jednego Shaheda to najlepszy stosunek nakładu do efektu, jaki rosyjska armia ma dziś w arsenale.
A masy nie brakuje. W samym sierpniu Rosja wystrzeliła w Ukrainę ponad 2800 dronów o napędzie odrzutowym, a 8 września na Kijów poszły 32 pociski manewrujące i 166 Shahedów. Rosyjski sztab dysponuje nadwyżką środków, którą może przesuwać na cele drugorzędne bez uszczerbku dla głównego wysiłku.
DLACZEGO ZACZĘTO OD MOŁDAWII I RUMUNII
To najważniejsza część analizy MGŁY WOJNY i tu widać, jak Rosjanie nauczyli się kalkulować w nowoczesnym targetingu, jak ktoś, kto liczy koszty polityczne równie starannie jak tonaż ładunku.
Tu przypomina mi się cytat z V księgi Tukidydesa. „Silni robią to, co mogą, a słabi znoszą to, co muszą”. Dlatego Operację Matrioszka zaczęto od Mołdawii, państwa poza sojuszem.
W 416 roku p.n.e. posłowie ateńscy powiedzieli mieszkańcom Melos, wyspy, która nie należała do żadnego sojuszu i chciała pozostać neutralna, że silni robią to, co mogą, a słabi znoszą to, co muszą. Melos odmówiło kapitulacji, zostało oblężone i zniszczone.
Co ciekawe, podobną taktykę zastosował 200 lat później Hannibal, który przez 8 miesięcy oblegał Sagunt, miasto sprzymierzone z Rzymem, i patrzył, czy Rzym przyjdzie. Rzym słał poselstwa. Kiedy Sagunt padł, Hannibal wiedział już, ile naprawdę warta jest rzymska gwarancja, i wiosną 218 roku przekroczył Ebro.
Mołdawia nie jest w NATO. Rumunia jest, ale między Orliwką a Isaccea leży Dunaj, który daje naturalny bufor i pozwala uderzać kilkaset metrów od terytorium Sojuszu bez naruszania jego przestrzeni.
Bukareszt reaguje spokojniej niż Warszawa, nie ma za sobą własnego Przewodowa i nie podrywa myśliwców przy każdym nalocie na sąsiedni obwód.
Tu mój wniosek jest prosty. Rosyjski sztab wybrał odcinek, na którym może przetestować całą sekwencję, od pierwszego uderzenia przez odbudowę po drugie uderzenie w ten sam obiekt kilka dni później, i zmierzyć reakcję państwa NATO przy minimalnym ryzyku.
Wynik tego testu jest dla Moskwy zachęcający.
Orliwka została trafiona dwukrotnie w ciągu tygodnia, a poza komunikatami służb granicznych i ukraińskiego MSZ nie nastąpiło nic, co podniosłoby koszt kolejnego uderzenia. Cytując analityków ISW, z którymi tym razem wyjątkowo się zgadzam, to podwójna strategia izolowania Ukrainy od Europy i wywierania presji na sąsiadów.
Z perspektywy rosyjskiego planisty, w którego zawsze się wcielam, to raczej kalibracja. Sprawdza, jak daleko może przesunąć linię celów na zachód, zanim ktoś po drugiej stronie granicy zrobi coś więcej niż wyda komunikat i sięgnie po artykuł 5.
CO WIDZI ROSYJSKI SZTAB, PATRZĄC NA POLSKĘ
Granica polsko-ukraińska ma 6 kolejowych przejść, od Dorohuska i Hrubieszowa na północy przez Hrebenne i Werchratę po Przemyśl i Krościenko na południu.
Rosyjski planista patrzy jednak nie na punkty graniczne, lecz na to, co jest za nimi. Kluczem jest zmiana szerokości toru. Cały ruch towarowy z Europy musi zostać przeładowany lub przestawiony na wózki w terminalach po ukraińskiej stronie, w Mostyskach, w Jahodynie i węźle kowelskim, w Rawie Ruskiej.
To tam, kilkanaście do kilkudziesięciu kilometrów od granicy, leży realna przepustowość korytarza. Tam też są podstacje trakcyjne, bez których elektryczna kolej staje niezależnie od stanu torów.
Rosja wie to od dawna, bo już w maju 2022 uderzyła rakietami w infrastrukturę kolejową rejonu jaworowskiego 20 kilometrów od granicy, a w marcu 2026 pozbawiła prądu Lwów i Wołyń, trafiając w energetykę zasilającą między innymi kolej. W maju obwód rówieński dostał uderzenie 70 kilometrów od Polski, z ofiarami śmiertelnymi.
Korytarz polski jest więc w rosyjskim targetingu i katalogu celów od dawna. Nowością nie jest cel, lecz metoda.
Kampania odeska pokazuje, że Rosja przestała zadowalać się podstacjami w głębi i zaczęła schodzić do samej linii granicznej, gdzie efekt jest natychmiastowy, a ukraińska obrona przeciwlotnicza najrzadsza i strzela w stronę granicy, co po naszej stronie skończyło się tragedią w Przewodowie.
Przeniesienie tej metody na kierunek polski oznacza uderzenie dronami z osi północnej, znad Wołynia i Polesia, w terminal i stację graniczną w Jahodynie lub Rawie Ruskiej.
Odległość od polskiego terytorium mierzyłaby się w pojedynczych kilometrach. Moskwa rozumie, że to zupełnie inny szczebel eskalacji niż operacje wzdłuż Dunaju.
Polska podrywa lotnictwo przy każdym większym nalocie na zachód Ukrainy, ostatnio 5 września, gdy alertami RCB objęto Lubelszczyznę i Podkarpacie.
Pamięć Przewodowa z listopada 2022 nadal wyznacza w Warszawie próg, którego przekroczenie oznaczałoby wejście do gry NATO jako instytucji, a nie tylko dyplomatów.
To jest koszt, którego dotąd Kreml nie chciał płacić. Moje pytanie analityczne brzmi, czy po udanym teście na Rumunii nadal go tak wycenia.
WARSTWA INFORMACYJNA ZAPALA SIĘ PIERWSZA
W rosyjskiej kulturze planowania uderzenie kinetyczne poprzedza przygotowanie narracyjne, które ma rozmyć odpowiedzialność i przenieść ją na ofiarę.
Ta warstwa już pracuje. Piotr Panasiuk, polski działacz figurujący od grudnia 2023 w bazie Myrotworec, ogłosił na Telegramie, że Dorohusk i Hrebenne powinny się przygotować, bo Rosja atakuje przejścia, przez które płynie broń.
Ten wpis natychmiast podchwyciły prorosyjskie portale w Mołdawii, dopisując do niego tezę, że polski rząd wykonuje polecenia Brukseli i Londynu kosztem życia własnych obywateli.
Nie ma znaczenia, czy Panasiuk wie coś o planach rosyjskiego sztabu. Prawie na pewno nie wie. Znaczenie ma to, że rosyjski ekosystem informacyjny buduje z jego słów gotowe uzasadnienie na wypadek, gdyby uderzenie nastąpiło. To model S.E.D.E.S., o którym nie raz pisałem, czyli selekcja, edycja, dystrybucja, ewaluacja, sekularyzacja.
Schemat jest znany z Przewodowa i z każdego incydentu dronowego nad Polską. Najpierw pojawia się teza, że to Polska sama ściąga na siebie ryzyko, potem teza, że przejście było celem wojskowym, a na końcu teza, że Zachód i tak nie zareaguje.
W ramie operacji kaskadowej, którą stosuję do monitoringu presji poniżej progu wojny, to klasyczny sygnał domeny informacyjnej wyprzedzający domenę kinetyczną. Sam nie przesądza o niczym. Skorelowany z kolejnymi wskaźnikami staje się ostrzeżeniem wyższego rzędu.
ZAPOWIEDŹ, O KTÓREJ MÓWIŁ PREMIER
O takim scenariuszu mówiłem 9 września w rozmowie z Mateuszem Lachowskim (@LachowskiMateus) dla „Gońca” i „Racji Stanu”, nagranej na kilkanaście godzin przed nocnym zdarzeniem i przed wypowiedzią premiera.
Podobną dyskusję prowadziłem z Krzysztofem Wojczalem (@KWojczal) na jego kanale, polemizując o kierunkach rosyjskiej eskalacji i jej warunkach.
Nie piszę tego, by podkreślać trafność moich prognoz, lecz by pokazać, że sekwencja od Dunaju do Bugu była czytelna dla każdego, kto śledził działania rosyjskie i powietrzną kampanię odeską, a więc była czytelna także dla rosyjskiego sztabu, który liczył na to, że Warszawa zareaguje dopiero po fakcie. Stąd, w mojej ocenie, wizyta ministra koordynatora służb specjalnych (@TomaszSiemoniak) w Waszyngtonie, by w reakcji Polski i całego NATO, a szczególnie jego wschodniej flanki, nie doszło do falstartu.
Wypowiedź premiera z 10 września trzeba czytać równie uważnie w tym, co mówi, jak w tym, czego nie mówi.
Premier użył słów o współpracy służb, o zapowiedzi i o gotowości także na sabotaż wewnętrzny. Nie padło słowo o wojsku, nie było komunikatu Dowództwa Operacyjnego (@DowOperSZ), alertu RCB ani podrywanych myśliwców, jak 5 dni wcześniej.
Tej nocy nad polską granicą nic nie leciało, co trzeba by zestrzelić. To zawęża pole interpretacji do dwóch wariantów.
Pierwszy to ukraińskie ostrzeżenie o planowanym uderzeniu w ukraińską stronę konkretnego przejścia, na które zareagowano prewencyjnie po obu stronach linii.
Drugi to wykryty zamiar dywersji na obiekcie granicznym, wykonywanej rękami kogoś rekrutowanego zdalnie, w schemacie znanym z wcześniejszych spraw prowadzonych przez ABW (@ABW_GOV_PL).
Oba warianty mieszczą się w modelu rosyjskiego planowania, który opisałem wyżej, bo przejście graniczne pracuje dla Rosjan jednocześnie w warstwie kinetycznej i w warstwie ukrytej, a wybór narzędzia zależy od tego, które jest w danym tygodniu tańsze lub politycznie bliżej celu.
Do tego dochodzi zdanie o raporcie szefa CIA, który premier określił jako dość precyzyjny i dotyczący możliwych zdarzeń w najbliższych miesiącach. Dwa dni wcześniej minister koordynator służb specjalnych rozmawiał z Johnem Ratcliffem w Langley.
Chciałbym zauważyć, że ta sekwencja jest czytelna także dla Moskwy. Sojusznicy widzą ten sam obraz, który wynika z odczytu kampanii odeskiej, i przekazują go w trybie, który uzasadnia mówienie o tym publicznie na europejskim szczycie.
Trzeba przy tym zachować ostrożność wobec komunikatu o sukcesie naszych i ukraińskich służb, bo jest z natury niesprawdzalny i pada w kontekście sporu o to, kto w Unii komu robi łaskę, co premier sam nazwał wprost.
Nie zmienia to jednak faktu, że sekwencja Mołdawia, Rumunia, Polska została po raz pierwszy wypowiedziana nie przez analityków takich jak ja, lecz przez szefa rządu państwa NATO.
To pierwsza odpowiedź na Operację Matrioszka.
OCENA I WSKAŹNIKI RYZYKA
Rozdzielam tu 3 różne zdarzenia, bo zbijanie ich w jedno prowadzi do fałszywego alarmu albo do fałszywego spokoju.
Uderzenia w kolejową logistykę korytarza polskiego w głębi zachodniej Ukrainy, w węzły, terminale i podstacje, oceniam jako wysoce prawdopodobne w horyzoncie tygodni.
To nie jest prognoza, to kontynuacja trwającej kampanii, która rozszerza geografię o kolejne obwody.
Uderzenie w samą infrastrukturę przejścia przy granicy z Polską, w odległości kilku kilometrów od naszego terytorium, oceniałem jeszcze 9 września jako umiarkowanie prawdopodobne.
Po nocy z 9 na 10 września przesuwam tę ocenę w stronę wysokiego prawdopodobieństwa, a horyzont z miesięcy na tygodnie, z przewagą wariantu dronowego nad rakietowym i z większym ryzykiem dla Jahodyna i Rawy Ruskiej niż dla Mościsk.
Trzecie zdarzenie, czyli upadek środka napadu na terytorium Polski w efekcie takiego uderzenia, pozostaje mało prawdopodobne, ale przy dronach odrzutowych lecących po zachodnich trajektoriach i przy ukraińskiej obronie strzelającej w kierunku granicy nie jest to ryzyko zerowe.
Wskaźniki, które przesunęłyby tę ocenę w górę, są też czytelne.
Pierwszym byłoby przeniesienie kampanii odeskiej z przejść drogowych na kolejowe, bo pokazałoby, że Moskwa testuje na południu dokładnie tę kategorię celu, którą ma na północy.
Drugim byłoby uderzenie w węzeł kowelski lub terminal Mostyska II, czyli zejście z podstacji na obiekty przeładunkowe.
Trzecim pojawienie się w komunikatach Ministerstwa Obrony FR i u głównych milblogerów sformułowań o polskich hubach uzbrojenia jako uzasadnienia bieżących uderzeń.
Czwartym wzrost rozpoznania dronowego nad Wołyniem i Polesiem od strony białoruskiej.
Jeśli 3 z tych 4 wskaźników zapalą się w jednym oknie tygodniowym, przejście kolejowe z Polską przestaje być hipotezą i staje się celem następnej kolejki.
Obecnie to nocne zdarzenie nie mieści się w żadnym z tych 4 wskaźników, bo jest czymś więcej. Jest samym zdarzeniem w formie udaremnionej.
Z mojej perspektywy to nie porażka Rosjan, lecz cenny wynik testu. Dowiedzieli się, że polskie i ukraińskie służby wymieniają się informacją w czasie zbliżonym do rzeczywistego, co podnosi koszt wariantu dywersyjnego, i dowiedzieli się zarazem, że sama groźba wobec polskiego przejścia wystarcza, by premier mówił o tym na europejskim szczycie i wiązał to z raportem CIA.
W logice operacji kaskadowej to efekt osiągnięty bez jednego uderzenia i taniej niż jakikolwiek nalot.
Jak już wspominałem, Rosjanie nauczyli się, że nie muszą uderzać w Dorohusk, żeby osiągnąć swój cel. Wystarczy im, że Warszawa zacznie o tym myśleć, że przewoźnicy podniosą stawki ubezpieczeń, a część ładunków przesunie się na wolniejsze trasy.
10 września ten efekt osiągnęli bez jednego uderzenia, bo o zagrożeniu dla polskiego przejścia mówił szef polskiego rządu. Kampania odeska pokazała, że potrafią zamykać przejścia na 2 doby jednym nalotem i wracać po tygodniu.
Kierunek polski jest dla Rosji kosztowniejszy politycznie, ale logistycznie ważniejszy niż Dunaj. Dlatego Kreml czyta nasze reakcje na alerty RCB, podrywane myśliwce i konferencje prasowe tak samo uważnie, jak my czytamy jego uderzenia w Orliwkę.
Sedno tej mojej MGŁY WOJNY nie polega na tym, że nie wiemy, co Rosja chce zrobić. Polega na tym, że nie wiemy jeszcze, ile jest gotowa za to zapłacić, eskalując na granicy z NATO i czy ta eskalacja nie jest szyta po to, by małym kosztem sprowokować Sojusz do przedwczesnego sięgnięcia po artykuł 5 i wejścia w uszytą przez Rosję rolę agresora.
I to jest pytanie, na które Warszawa powinna dziś szukać odpowiedzi, zanim odpowiedź przyleci sama z Waszyngtonu lub Brukseli.
Pozdrawiam i dziękuję.
Skoro komentatorzy nie wiedzą, jak teraz działa system wykrywania spalonego to może warto napisać bo zasada jest dość prosta.
W skrócie.
W piłce jest czujnik (connected ball), a każdy zawodnik ma swojego indywidualnego awatara 3D stworzonego na podstawie skanu przed turniejem (tzw. sygnatura). System wie dokładnie, w którym momencie piłka została zagrana. Analizuje to SI.
Troszkę dokładniej.
Dwanaście specjalnych kamer zamontowanych pod dachem stadionu śledzi piłkę oraz do 29 punktów na ciele każdego zawodnika (głowa, kolana, stopy itp.) z częstotliwością 50 razy na sekundę.
System nakłada dane z kamer na wcześniej przygotowany cyfrowy model 3D (awatar) każdego zawodnika. Czujnik w piłce precyzyjnie określa moment zagrania (500 Hz). Czujnik jest zbalansowany i nie zmienia właściwości piłki (toru lotu itp).
Sztuczna inteligencja w czasie rzeczywistym porównuje pozycję atakującego z pozycją ostatniego obrońcy w momencie zagrania piłki.
10,000% RISE IN ALPHA-GAL SYNDROME DEMANDS IMMEDIATE FBI INVESTIGATION FOR POSSIBLE BIOTERRORISM:
1. Farmers reporting mysterious boxes of ticks and possible aircraft drops.
2. Peer-reviewed paper says it's “morally obligatory” to release GMO ticks that spread Alpha-Gal Syndrome.
3. Bill Gates is spending MILLIONS funding GMO tick technology.
4. Gates also funds lab-grown/fake meat that doesn’t contain alpha-gal.
5. The U.S. Army previously released 270,000+ ticks into the wild for bioweapons research.
Absolutny skandal! Wraca zakaz styropianu, a wraz z nim ograniczenia dla fotowoltaiki i magazynów energii. Nie dowiemy się tego z oficjalnych komunikatów, bo Ministerstwo Rozwoju nakazało podpisać klauzule poufności. Czy tak wygląda transparentność w państwie prawa?
Ostatnio sporo czytaliście tutaj o fotowoltaice balkonowej wpinanej bezpośrednio do kontaktu (tzw. plug-and-play). To świetne rozwiązanie dla mieszkańców bloków, które od dawna sprawdza się w Europie. Z kolei magazyny energii to bez wątpienia przyszłość – stabilizują system, obniżają rachunki i z każdym rokiem stają się tańsze, a więc bardziej dostępne i powszechne. Cała Unia wspiera je dotacjami i ułatwieniami. Do tego dochodzi styropian – klasyczna, tania metoda na podniesienie efektywności energetycznej budynków, absolutnie kluczowa w kontekście nadchodzącego systemu ETS2.
Co w tym czasie robi polski rząd?
Jak donosi „Gazeta Wyborcza”, Polska zamierza blokować te rozwiązania „tylnymi drzwiami”. Poprzez rozporządzenie dotyczące wymagań technicznych budynków (WT) planowane jest wprowadzenie przepisów, które de facto uniemożliwią montaż fotowoltaiki na balkonach czy stosowanie styropianu w określonych konstrukcjach. Choć nikt nie zabroni posiadania magazynu energii wprost, to po słowie „ale” pojawią się rygorystyczne wymagania dotyczące ochrony przeciwpożarowej. Informatorzy gazety wprost nazywają to „pseudo-ochroną przeciwpożarową”, gdyż co prawda magazyn ochroną przeciwpożarową będzie mocno obwarowany, za to w garażu będzie mógł stać samochód elektryczny o baterii 5 razy większej 🤡
Pod płaszczykiem bezpieczeństwa znowu próbuje się przepchnąć skandaliczne ograniczenia. Jednak najbardziej bulwersujący jest sam proces przygotowania tych zmian: członkowie zespołu pracującego nad zmianami zostali zmuszeni do milczenia pod rygorem prawnym, gdyż podpisali umowy o zachowaniu poufności.
Czy tak powinien wyglądać proces stanowienia prawa w demokratycznym kraju? Zwłaszcza w tak ważnym i newralgicznym obszarze, jakim jest energia?
O, prosze - w nieodgadnionym przyplywie szczerosci. Muzulmanie sa potrzebni, by przeglosowac ludzi z konserwatywnymi pogladami. Rozumiecie? Otwartym tekstem.
Adam Glapinski KAPITALNIE PROSTO wytłumaczył czym są "straty" NBP:
"Tyle lat to tłumaczę - groch o ścianę.
Jeśli ZŁOTY jest MOCNY - to mamy STRATĘ.
Jeśli ZŁOTY jest SŁABY - to mamy ZYSK.
Moja żona mi kiedyś poradziła, żeby tak to tłumaczyć:
Kupiliśmy sobie 100$ za 400 zł.
Ale na koniec roku kurs się zmienia i to 100$ jest warte 420 - mamy ZYSK 20zł, ale nadal mamy 100$.
Ale jeśli kurs złotego się POPRAWIŁ to 100$ jest warte 380zł - mamy STRATĘ 20zł, ale nadal mamy 100$".
.@marcinfijolek: Mówi Pan "nie" europejskiemu SAFE, ale i tej wersji @NawrockiKn. Co w zamian?
@SlawomirMentzen: Już dziś wydajemy fortunę na wojsko, a efekty są marne. Gdzie są te pieniądze? Porównajmy się z Ukrainą i rozwojem zbrojeniówki.
Macron jest skończony – francuska policja właśnie zrzuciła tarcze przed protestującymi strażakami. Francuska policja POZWOLIŁA strażakom przemaszerować przez swoje szeregi podczas ogromnego protestu w Lille
Funkcjonariusze ABW zatrzymali studenta KUL Mateusza W. podejrzewanego o przygotowywanie zamachu na jednym z jarmarków bożonarodzeniowych. W tle tzw. Państwo Islamskie (IS) - poinformował rzecznik koordynatora służb specjalnych.
ZATRZYMAJ TO! Rząd planuje rozszerzyć przymus szczepień dzieci https://t.co/nTErIrW9PM. o szczepionkę przeciw HPV. Wszystkie ręce na pokład!
➡️ Wyślij sprzeciw wobec projektu rozporządzenia Ministra Zdrowia zmieniającego rozporządzenie w sprawie obowiązkowych szczepień ochronnych (MZ 1820):
https://t.co/bTAlDtABIu
➡️ Załącz historię niepożądanych odczynów poszczepiennych u swojego dziecka i wyślij do wiadomości organizacji Stop NOP.
Termin zgłaszania uwag mija 11 listopada 2025 r.
📧 Adres do wysyłki: [email protected]
DW: [email protected]
❗❗❗ Przykładowy wzór sprzeciwu
Stanowczo sprzeciwiam się rozszerzeniu obowiązku szczepień o kolejne preparaty – przeciw HPV oraz przeciw meningokokom.
Nie istnieją wystarczające dane potwierdzające bezpieczeństwo wszystkich, w tym powyższych, szczepionek. Skala chorób przewlekłych oraz powikłań poszczepiennych, które są bagatelizowane lub ignorowane przez system ochrony zdrowia, jest ogromna.
Nieopublikowane badanie porównujące dzieci szczepione i nieszczepione, autorstwa dr. Marcusa Zervosa, ujawniło, że:
zaszczepione dzieci były 4,29 razy bardziej narażone na astmę,
miały trzykrotnie wyższe ryzyko chorób atopowych (np. egzemy),
prawie sześciokrotnie wyższe ryzyko chorób autoimmunologicznych,
5,5 razy wyższe ryzyko zaburzeń neurorozwojowych,
2,9 razy więcej niepełnosprawności ruchowych,
4,5 razy więcej zaburzeń mowy,
trzykrotnie więcej opóźnień rozwojowych,
sześciokrotnie więcej ostrych i przewlekłych infekcji ucha.
U prawie 2000 dzieci nieszczepionych nie odnotowano żadnych przypadków ADHD, cukrzycy, problemów behawioralnych, trudności w uczeniu się, niepełnosprawności intelektualnej, tików ani innych zaburzeń psychicznych.
W podsumowaniu badania stwierdzono:
„Wbrew naszym oczekiwaniom stwierdziliśmy, że kontakt ze szczepieniami był niezależnie powiązany z ogólnym 2,5-krotnym wzrostem prawdopodobieństwa rozwoju przewlekłej choroby w porównaniu z dziećmi nieszczepionymi.”
Okoliczności związane z badaniem przedstawia film Dela Bigtree „Niewygodne badanie”, w którym autor dr. Marcus Zevros przyznaje:
„Publikując coś takiego, równie dobrze mógłbym przejść na emeryturę. Byłbym skończony.”
Rozszerzanie obowiązku szczepień zmusza rodziców do podejmowania decyzji wbrew własnemu sumieniu i poczuciu odpowiedzialności za zdrowie dziecka – a w konsekwencji szkodzi dzieciom.
Wnoszę o uwzględnienie moich uwag i wycofanie projektu w całości.
Podmiot zgłaszający uwagę:
Matka / ojciec / organizacja
Przepis, którego uwaga dotyczy:
Projekt rozporządzenia Ministra Zdrowia zmieniającego rozporządzenie w sprawie obowiązkowych szczepień ochronnych (MZ 1820).
Uwaga / opinia:
Wyrażam sprzeciw wobec rozszerzania obowiązkowych szczepień o kolejne dwie szczepionki. Żądam wycofania przymusu szczepień oraz całego kalendarza szczepień z powodu braku wiarygodnych badań bezpieczeństwa.
Uzasadnienie / uwagi:
Szczepionki rutynowo podawane dzieciom nie były oceniane w ramach randomizowanego badania klinicznego (RCT) fazy trzeciej kontrolowanego obojętnym placebo. W świetle zasad evidence-based medicine nie ma więc naukowych podstaw, by uznać je za bezpieczne.
Rzetelna ocena stosunku korzyści do ryzyka jest niemożliwa z powodu wpływów koncernów farmaceutycznych, korupcji i poprawności politycznej, która dotyczy naukowców, dziennikarzy, polityków i celebrytów. Profil bezpieczeństwa szczepień pozostaje nieznany z powodu niewiarygodnych badań klinicznych oraz niepełnego rejestru NOP.
Skuteczność szczepień jest zawyżana, a zagrożenie epidemiologiczne – wyolbrzymiane.
Propozycje rozwiązań:
1. Natychmiastowe wycofanie obowiązku szczepień dla dzieci.
2. Wstrzymanie stosowania preparatów, które nie przeszły pełnych randomizowanych badań klinicznych (RCT) fazy trzeciej kontrolowanych obojętnym placebo.
3. Zapewnienie pełnej jawności niezależnych od producentów badań oraz monitorowania powikłań poszczepiennych przez niezależne instytucje.
Pamiętacie może jak niedawno naganiacze wszędzie wrzucali duńskie badanie, które miało wykazać, że nie ma związku między szczepionkami dziecięcymi zawierającymi adiuwanty aluminiowe a chronicznymi chorobami? Jednak metodologia tego badania pozostawiała wiele do życzenia i wywołała słuszny sprzeciw ze strony wielu naukowców, a nawet wezwania do retrakcji pracy. Ostatecznie zmusiło to autorów do opublikowania korekty, która sporo w pracy zmienia. Jak myślicie czy ci sami naganiacze i fanatycy szczepień, którzy tak tę pracę cytowali, napiszą o tym teraz jeszcze raz, już z poprawionymi danymi?
Link: https://t.co/msO8P2cWM5
Co ciekawe The Statens Serum Institut (SSI), czyli instytucja autorów tej pracy to producent szczepień, na którego finanse wyniki tej pracy miałyby niewątpliwy wpływ. Być może stąd tak wiele problemów metodologicznych ta praca ma i pomimo tych wszystkich śladów manipulacji, Annals of Internal Medicine zdecydował się na pozostawienie tej publikacji, co może niestety świadczyć o systemowym procederze wzajemnych konfliktów interesów wspartych ideologicznym, a nie stricte naukowym podejściem do szczepionek.
W każdym razie po korekcji sytuacja się nieco zmieniła, ponieważ zaraportowane neurorozwojowe zdarzenia zdrowotne (https://t.co/fJqH0LFmLZ. autyzm, ADHD) znacząco wzrosły z około 2200 do ponad 5200, co fundamentalnie zmieniło statystyczną siłę tego badania oraz przedziały ufności. Mimo to nie wystosowano żadnej transparentnej erraty, która byłaby przekazana czytelnikom czy recenzentom (swoją drogą to w tych dużych szczepionkowych badaniach recenzenci bywają coś często ślepi lub rażąco niekompetentni).
Po korekcji dane pokazują statystycznie istotne związki między ekspozycją na aluminium zawarty w szczepionkach i zaburzenia neurorozwojowe (w tym autyzm i ADHD). Pomimo tego główny tekst i abstrakt pracy nie został zmieniony i nadal zawiera kategoryczne stwierdzenie, że "kumulatywna ekspozycja na aluminium ze szczepionek podczas pierwszych 2 lat życia nie ma związku ze wzrostem żadnego z 50 ocenianych zaburzeń". Takie pozostawienie tej sprawy wprowadza w oczywisty sposób jedynie w błąd klinicystów i opinię publiczną.
Warto też wyświetlić sobie oryginalną pracę, następnie zjechać na sam dół, gdzie jest 21 komentarzy, głównie od akademików/lekarzy, którzy dobitnie punktują problemy tej pracy oraz techniczne aspekty manipulacji danych. Jest tego sporo. Autorzy tej pracy również nie dzielą się oryginalnymi, surowymi danymi, czyli nie widzimy ich pracy, nie widzimy ich statystycznej analizy w detalach oraz zastosowanego programowania/algorytmów -> widzimy tylko końcowy wynik, czyli jest to kolejna praca o szczepionkach z cyklu "trust me bro".
Podsumowując:
Dane uzupełniające samego badania wskazują na statystycznie istotne sygnały ryzyka neurorozwojowych zaburzeń przy rosnącej dawce glinu ze szczepionek do 2 roku życia. Widać to https://t.co/fJqH0LFmLZ. w przypadku zespołu Aspergera (HR=1,67; 95% CI: 1,01–2,77) oraz w analizach różnic ryzyka: dla wszystkich zaburzeń neurorozwojowych +9,73/10 000, dla innych całościowych zaburzeń rozwojowych +3,74/10 000, autyzmu dziecięcego +4,49/10 000, a dla całego spektrum autyzmu +8,68/10 000 przy porównaniu wyższych vs niższych dawek glinu. Wyniki te stoją w sprzeczności z główną konkluzją autorów, którzy stwierdzili brak związku między wczesną ekspozycją na szczepionki adsorbowane na glinie a ryzykiem zaburzeń neurorozwojowych.
Badanie ma poważne ograniczenia w klasyfikacji ekspozycji na szczepionki. W latach 2014–2017 w Danii stosowano zamiennie szczepionki heksa- zamiast pentawalentnych (z niższą zawartością glinu), wprowadzono liczne nowe kody szczepień, a lekarze często rejestrowali je błędnie. Przykładowo 26% dzieci formalnie bez dawki Infanrixhexa miało przeciwciała wskazujące na faktyczne szczepienie. Mimo to autorzy wykluczyli 34 547 dzieci (3% kohorty) jako mające "zbyt wiele dawek zawierających glin", choć mogło to wynikać z błędów rejestracji. Należałoby przeprowadzić analizy wrażliwości: (1) bez tego wykluczenia oraz (2) z wyłączeniem okresu 2014–2017.
Wszystkie "ochronne" wyniki tego badania są nielogiczne i wskazują na poważne, ukryte czynniki zakłócające, to dowód na błąd metodologiczny, a nie na bezpieczeństwo szczepień.
Jak dla mnie mamy do czynienia ze słoniem w pokoju i to nie tylko odnośnie autyzmu, ale przecież jest masa innych problemów neurorozwojowych, chronicznych i autoimmunologicznych, które eksplodowały wraz z rozrostem kalendarzy szczepień. Zdaje sobie sprawę, że te wzrosty mogą wynikać z wielu różnych czynników, ale najbardziej logiczne i spójne wydaje się, że sumarycznie wszystkie szczepionki z kalendarza mogą być jednym z głównych czynników. Autyzm to tylko jedna jednostka, skomplikowana jak cała biologia i medycyna. Oprócz autyzmu jest jeszcze wiele innych jednostek wchodzących w skład schorzeń sercowo-naczyniowych, autoimmunologicznych, neurologicznych czy onkologicznych. Każda szczepionka to jednak poważna ingerencja immunologiczna w organizm, na dodatek w kluczowej fazie rozwoju. Twierdzenia, że tak wiele dawek nie wiąże się z ryzykiem niczym nie różni się od płaskoziemstwa i skrajnego szuryzmu.
Wielokrotnie byłem zapewniany, że szczepionki są super bezpieczne i wielokrotnie udowodniono, że nie mają nic wspólnego z autyzmem, chorobami autoimmunologicznymi, chorobami skóry, alergiami, astmą itd. A potem konfrontujesz to ze wszystkimi skandalami tego obszaru, ukrywaniem skutków ubocznych, manipulacji statystycznych i metodologicznych w badaniach z tego obszaru, toczącym się sprawom sądowym z producentami szczepień https://t.co/fJqH0LFmLZ. za ukrywanie skutków ubocznych w badaniach, dowiadujesz się skali i poziomie konfliktów interesów w tym obszarze i to wszystko coraz bardziej przypomina ci fasadę, która po doświadczeniu tego co zrobiono, aby wepchnąć i zachwalać szczepionki covidowe, stała się jeszcze bardziej podejrzana.
Teraz przez to wszystko zadaje sobie pytanie co jeśli za proces peer-review w czasopismach naukowych z wysokim Impact Factor (nazywam je pupilkami Big Pharmy) w obszarze szczepionek są ludzie z konfliktami interesów i publikowane są tam w większości prace przychylne z przymykaniem oka na metodologiczne sztuczki, a prace krytyczne są odrzucane z góry i skazane na publikacje w czasopismach naukowych o niższym IF, co jest automatycznie główną krytyką tych publikacji. Co jeśli to kłamstwo i szkody są tak monstrualne, że trzeba w to brnąć wykorzystując sprawdzone schematy i ścieżki wypracowane przez lata traktowania szczepionek jak święte krowy i zduszania wszelkiej krytyki oraz zastraszania lekarzy i naukowców, którzy podnosili uzasadnione wątpliwości.
Przecież wiemy, że systemy raportowania i wychwytywania NOP, nawet tak zaawansowane federalne bazy jak VAERS rejestrują jakiś marny procent wszystkich potencjalnych skutków lub zwyczajnie nie są w stanie sprawnie funkcjonować. Po kilku-kilkunastu szczepionkach jest niemożliwe ustalenie konkretnego związku z jakimkolwiek pogorszeniem się stanu zdrowia, tym bardziej że w przypadku chorób autoimmunologicznych czy neurorozwojowych symptomy mogą pojawić się z mocnym opóźnieniem np. lat, nie ma szans, aby ktokolwiek powiązał cokolwiek ze szczepieniami. Nie pomaga też niechęć do oficjalnego zgłaszania tych skutków czy kary dla lekarzy, którzy chcą je zgłaszać częściej. To by oznaczało, że skala skutków ubocznych wywoływanych przez rozszerzające się regularnie od lat 90-tych kalendarze szczepień, może być kosmiczna i odpowiadać za większość problemów zdrowotnych szczepionej coraz większą liczbą szczepionek populacji. Mam tu na myśli głównie choroby autoimmunologiczne, czyli całą gamę chorób skóry, alergii, układu pokarmowego oraz neurorozwojowych zaburzeń. Dla systemu wszelkie symptomy powyższych chorób, które pojawią się po latach, są właściwie niewidzialne i nie do powiązania, skoro jest tak duży problem z symptomami powyższych, które pojawiają się bardzo szybko (godziny, dni, tygodnie) od szczepienia lub serii szczepień.
Jeśli to faktycznie zabrnęło tak daleko, to nie dziwie się jak panicznie próbuje się bronić całej narracji wokół szczepień. Nie dziwie się dlaczego tak wielkie wysiłki są w to wkładane, bo jeśli potencjalnie jest ukrywane lub siedzi się na tak wielkiej skali szkód zdrowotnych w populacji, to nie ma innego wyjścia, jak za wszelką cenę próbować to dalej ukrywać, bo z takimi skutkami i konsekwencjami bardzo trudno zmierzyć się psychicznie.
Ja sam doznałem NOP dwukrotnie, choć może więcej, ciężko to stwierdzić, bo tylko dwukrotnie symptomy pojawiły się wyraźnie krótko po szczepieniach lub w ramach czasowych, gdzie ktokolwiek byłby to w stanie powiązać lub rozumieć. Raz była to silna reakcja autoimmunologiczna skóry po jednej ze szczepionek przypominających, które dostałem w wieku 16 lat. Ta reakcja osłabła w czasie, ale zmieniła się w chroniczne symptomy autoimmunologiczne skóry, które trwają do dziś, choć ze znacznie mniejszą częstotliwością, dzięki wysiłkom jakie wykonałem, aby je ograniczyć. Ile jest takich osób jak ja, które jednak nigdy nie powiązały tego typu reakcji z jakąś szczepionką oraz pozostawiły to bez żadnego zgłoszenia. Drugim razem miałem również silną reakcje po szczepionce na żółtą febrę, którą zaszczepiłem się kiedy prowadziłem badania terenowe w tropikach. Stąd wiem, że żadne szczepienie potencjalnie nie jest spacerkiem i może mieć swoje konsekwencje.
No to może skoro już w czasie pandemii "C19" dowiedzieliśmy się od ekspertów, że jednak większość szczepionek to nie zapobiega i nigdy nie zapobiegała transmisji danego patogenu, a jej głównym celem jest obniżenie śmiertelności i ciężkich przebiegów, to może jednak warto dać ludziom wolną rękę i ci co chcą się szczepić i szczepić swoje dzieci niech szczepią, a ci co nie chcą, niech nie będą do tego zmuszani. Na początek to chyba najbardziej rozsądna droga. Przecież ważność szczepień większości dorosłych na planecie już się wyczerpała, dorośli się nie wyszczepiają przypominająco, czy widać było jakieś armagedoony z tego powodu? Zupełnie jakby jednak w większej mierze za spadek śmiertelności z powodu większości chorób największy wpływ miała: poprawa warunków życia, higieny, rozwój medycyny i farmakologii (czyli rozwój wiedzy medycznej, wynalezienie antybiotyków, leków, antyseptyki, rozwój medycyny ambulatoryjnej i ratującej życie, sposobów leczenia systemowego itd.), dostęp do lekarzy i szpitali, opieka ambulatoryjna, systemy ciepłownicze, kanalizacja itd.
Bardzo chciałbym się jednak mylić, bo w przeciwnym razie to bardzo ponury obraz sytuacji, jaki dotknął ciężkie do policzenia ilości istnień ludzkich. Też jest jeszcze jedna zastanawiająca rzecz co do tego autyzmu. Skoro mówi się, że poprawa diagnostyki sprawiła tak duże zwiększenie się tych przypadków, to dlaczego tak trudno jest znaleźć osoby dorosłe idące starymi kalendarzami szczepień z w pełni rozwiniętym autyzmem? Bardzo ciężko mi sobie przypomnieć z dzieciństwa ze wszystkich spotkanych w życiu rówieśników oraz ich rodziców, moich rodziców i ich dorosłych znajomych, generalnie wszystkich dorosłych jakich spotkałem w życiu jako dzieciak oraz wszystkie osoby jakie znam obecnie w wieku 50-60 lat, abym spotkał się z osobą z klasycznym autyzmem w pełnym spektrum. To sugeruje, że przyczyna pojawiła się po drodze i być może kumulatywny wpływ kalendarzy szczepień ma z tym jakiś związek, tak samo jak z wieloma innymi problemami zdrowotnymi.
Jeśli hipotetycznie prace z konfliktami interesów pośrednimi i bezpośrednimi z pupilków Big Pharmy uznamy jednak za zbiasowane i mające cel przykryć tak wielką skalę skutków ubocznych, to teoretycznie prace naukowe pisane przez niezależnych naukowców i publikowane w czasopismach o mniejszym IF, powinny mieć zupełnie inne konkluzje od tych pierwszych. Na ten czas jest 7 recenzowanych publikacji naukowych, które wskazują na silny związek między szczepieniami dziecięcymi a autyzmem:
1. Mawson & Jacob: OR 2,7 (+170% autyzmu), RR 4,4 (+340% przy ≥11 wizytach szczepiennych); Link: https://t.co/lWt29vvhiQ
2. Mawson et al.: OR 4,2 (+320% autyzmu)
3. Hooker & Miller: OR 5,03 (+403% autyzmu); Link: https://t.co/nfmxVpQ5nH
4. DeLong: każdy +1% wyszczepienia -> +1,7% autyzmu (680 dodatkowych przypadków); Link: https://t.co/rjKv1N4zAZ
5. Tomljenovic & Shaw: silna korelacja (r=0,92) między ekspozycją na glin a wzrostem ASD przez 20 lat; Link: https://t.co/KT7iknsPBW
6. Boretti: glin w szczepionkach jako wiarygodne wyjaśnienie autyzmu (ekologia, modele zwierzęce, tkanki mózgowe, mechanizmy biologiczne); Link: https://t.co/SVqZVX0Q38
7. Mold et al.: bardzo wysokie stężenia glinu w mózgach osób z ASD, w neuronach i komórkach układu odpornościowego; Link: https://t.co/P62hkONw0Z
Tego typu wątpliwości mną targają i bardzo chciałbym się w tym zakresie mylić...
Pojawiły się dane zasolenia dla lipca 2025.
Zatem zbiorczo porównanie za ostatnie 4 lata.
To gdzie są ci "eksperci" od klimatu?
Jak widać, to dopływ wody z opadów, głównie z Euroazji, nie topnienie lodowców na Grenlandii, odpowiada za nadciagające załamanie cyrkulacji AMOC.
Otrzymujemy wiadomości od funkcjonariuszy Straży Granicznej, nie wszystko jest takie kolorowe, jak przedstawiane jest to przez osoby funkcyjne.
Kilka wniosków z rozmów z nimi:
1. Cudzoziemcy pochodzący m. in. z Erytrei, Somalii czy Etiopii są przekazywani stronie polskiej przez Niemcy bez żadnego potwierdzenia wjazdu na ich teren z Polski — wyłącznie na podstawie ustnych deklaracji i danych przekazywanych przez stronę niemiecką. Co więcej, sami migranci często twierdzą, że nigdy nie byli wcześniej w Polsce, lecz dotarli do Niemiec z terytorium Czech. Brakuje jakichkolwiek dowodów w postaci dokumentów czy innych śladów ich przemieszczania się.
Powyższe potwierdził sam komendant Straży Granicznej w Szczecinie podczas kontroli poselskiej marszałka Krzysztofa Bosaka i posła Krzysztofa Mulawa. Nie weryfikują, tylko biorą ustalenia niemieckich służb za pewnik. Takie są wytyczne z góry.
2. Migranci trafiają następnie do placówek Straży Granicznej, które nie są w żaden sposób przystosowane do przetrzymywania cudzoziemców (brak pomieszczeń dla osób zatrzymanych). W niewielkich pokojach przebywają po kilka dni, w warunkach dalekich od standardów, pod nadzorem funkcjonariuszy oddelegowanych z różnych jednostek, bez odpowiedniego przeszkolenia i zaplecza.
Odnośnie powyższego chcieliśmy zadać kilka pytań rzecznikom SG, ale są tacy rzecznicy co przestali odpisywać nam na maile, a telefonu od nas już nie odbierają.
3. Funkcjonariusze Ci nie mają zapewnionych szczepień ochronnych, w przeciwieństwie do funkcjonariuszy pracujących w strzeżonych ośrodkach, a także właściwego przygotowania do opieki nad tak dużą grupą migrantów.
4. Dodatkowo, w planach funkcjonowania Nadodrzańskiego Oddziału SG (NoOSG) znalazł się projekt utworzenia tzw. CRC — Centrum Rejestracji Cudzoziemców — w PSG Zgorzelec oraz PSG Zielona Góra, mogących jednorazowo przyjąć 30 osób.
Drodzy rzecznicy SG, jeżeli będziecie chcieli się odnieść do powyższego, znacie nasz mail, chętnie zamieścimy wasze stanowisko.
Zdjęcie ilustracyjne: Straż Graniczna
CZAS NA LEKCJĘ HISTORII WSPÓŁCZESNEJ - z wyborami prezydenckimi w Polsce w tle:
27.04.2025 r. - ponad dwa lata temu, Ibrahim Traoré, po zamachu stanu i licznych zwrotach akcji z tym związanych, został prezydentem niewielkiego kraju - Burkina Faso.
Co osiągnął?