SAFE DLA WOJSKA, NIE DLA POLITYCZNYCH ZŁODZIEI POWIĄZANYCH Z MOSKWĄ
Trzeba to wytłumaczyć prosto, bo ruska propaganda i jej krajowi nosiciele znowu robią z ludzi idiotów. SAFE to nie jest worek z pieniędzmi, który Bruksela przywiezie TIR-em pod ministerstwo, wysypie na stół, a potem politycy wsadzą tam łapy po łokcie. To nie jest kasa na partyjne fundacje, znajomych królika, konferencje, limuzyny, jachty, ustawki do Berlina ani kolejne patriotyczne cyrki dla elektoratu karmionego paskami propagandy. SAFE to unijny instrument pożyczkowy na obronność. Polska ma dostać około 43,7 miliarda euro, czyli mniej więcej 185 miliardów złotych, i jest największym beneficjentem tego programu. Ale nie dostaniemy tej kasy od razu jak wypłaty z bankomatu. Najpierw ma być zaliczka, około 6,5 miliarda euro, potem kolejne transze na konkretne cele obronne. Czyli po ludzku: nie ma przelewu „bierzcie i kręćcie lody”. Są pieniądze uruchamiane etapami, pod konkretne zadania i z koniecznością rozliczenia.
I właśnie dlatego tak wyją różne polityczne hieny, partyjne przygłupy i ruskie tuby propagandowe. Bo SAFE ich boli nie dlatego, że Polska bierze pieniądze na wojsko. Boli ich dlatego, że tej kasy nie będzie można doić po staremu. Nie będzie można zrobić biało-czerwonej ścianki, walnąć konferencji o „największej modernizacji w historii”, potem rozsmarować pieniędzy po swoich, a na końcu powiedzieć, że kto pyta o faktury, ten jest zdrajca Polski.
Pamiętacie Polską Fundację Narodową i jacht „I Love Poland”? Ten pływający pomnik propagandowego debilizmu i złodziejskich cwaniaczków? Miał sławić Polskę po świecie, a wyszedł symbol państwa z kartonu, tylko z żaglem. Sama jednostka kosztowała ponad 900 tysięcy euro, a cały projekt „Polska 100”, później przemianowany na „I Love Poland”, według ustaleń Onetu rozrósł się z pierwotnie planowanych około 11 milionów złotych do prawie 53 milionów złotych. Potem jacht sprzedano, a PFN nie ujawniła publicznie ceny sprzedaży. Czyli klasyka: gdy trzeba pompować publiczną kasę, to jest „promocja Polski”; gdy trzeba pokazać rachunki, zaczyna się tajemnica, mgła i robienie z obywateli debili tak, właśnie z was w telewizji Republika (rad) wam kurwa tego nie powiedzą.
I teraz ci sami ludzie, którzy latami żyli w systemie fundacji, spółek, kampanii, patriotycznych gadżetów i finansowej waty cukrowej, mają czelność opowiadać, że SAFE jest podejrzane. Nie! Podejrzany to był pisowski system, system, w którym państwowe spółki pompowały kasę do fundacji, fundacja robiła narodowy teatr, jacht pływał po świecie, rachunki puchły, a zwykły obywatel miał się cieszyć, bo na burcie napisano „Polska”.
SAFE nie jest na takie numery. SAFE nie jest na pływające burdele finansowe kurew politycznych, partyjne eventy, znajomych podwykonawców i świętą mgłę narodową. SAFE ma iść na sprzęt, amunicję, obronę powietrzną, drony, systemy antydronowe, artylerię, cyberbezpieczeństwo, mobilność wojskową, infrastrukturę krytyczną, Tarczę Wschód i polski przemysł zbrojeniowy. Na rzeczy, które w państwie frontowym decydują o tym, czy żołnierz ma czym walczyć, czy będzie słuchał kolejnego ministra bredzącego do kamery. I jeszcze jedno, bo to trzeba tłumaczyć jak dzieciom, choć dzieci łapią szybciej niż propagandowi idioci. Odsetki nie lecą od całej kwoty zapisanej w nagłówkach. Płaci się od realnie uruchomionych pieniędzy, od kolejnych transz. Nie jest tak, że Polska dostaje na papierze 43,7 miliarda euro i od jutra płaci procenty od całości. Takie brednie może powtarzać tylko ktoś, kto albo nie rozumie finansowania, albo rozumie bardzo dobrze, ale robi za tanią rurę kanalizacyjną rosyjskiej dezinformacji.
Według publicznych informacji oprocentowanie pierwszej transzy ma być trochę powyżej 3 procent, czyli taniej niż typowe pożyczanie pieniędzy przez Polskę na rynku. To nie jest darmowy obiad. Ale to jest tańszy, celowy i rozliczany pieniądz na obronę państwa, które leży na wschodniej flance NATO, a nie na Karaibach.
I tu dochodzimy do najważniejszego. To nie są czołgi z Korei ani sprzęt kupowany na zasadzie: „ładnie wygląda na defiladzie, to bierzemy, a potem będziemy się martwić, skąd części, serwis, amunicja, szkolenie i mechanicy”. W wojsku jest prosta zasada: bierzesz sprzęt tak, żebyś miał możliwie blisko zaplecze, części, ludzi, serwis, logistykę i produkcję. Bo jak w polu pęknie uszczelka, zdechnie elektronika, zabraknie amunicji albo armata zacznie kaprysić, to nie wysyłasz żołnierza na koniec świata z reklamówką i prośbą do producenta.
Żołnierza na wojnie nie obchodzi, że statek z Korei nie dopłynął. Nie obchodzi go, że Amerykanie mają opóźnienia, bo sami są dociśnięci. Nie obchodzi go, że fabryka ma kolejkę, minister ma prezentację, a generał ma minę człowieka, który właśnie odkrył logistykę. Żołnierz ma mieć czym strzelać, czym się osłonić, czym wykryć drona, czym odpowiedzieć artylerią i czym dowieźć amunicję. Ruskiego patrolu nie zatrzyma komunikat prasowy. Irańskiego drona nie zestrzeli grafika z ministerstwa. Pocisku nie obchodzi, że „trwają intensywne rozmowy”.
Żołnierz chce przeżyć i walczyć a kto mu nie chce dać tej możliwość ten jest kurwa ZDRAJCĄ i SZMATĄ
Dlatego SAFE jest ważne. Nie dlatego, że Unia jest święta, Bruksela nieomylna, a urzędnik europejski ma aureolę z przepisów. Jest ważne, bo Polska jest państwem frontowym i potrzebuje realnych zdolności, a nie kolejnych narodowych dekoracji do telewizji. Potrzebuje amunicji, obrony powietrznej, dronów, systemów antydronowych, rozpoznania, artylerii, transportu, cyberbezpieczeństwa, produkcji i serwisu. Potrzebuje wojska, które może walczyć, a nie polityków, którzy potrafią tylko pozować przy sprzęcie kupionym za cudze pieniądze.
Na wojnie nie wygrywa ten, kto najgłośniej krzyczy „Bóg, honor, ojczyzna” do kamery. Wygrywa ten, kto ma logistykę, zapasy, mechaników, amunicję, części zamienne, obronę przeciwlotniczą, drony, rozpoznanie i państwo, które potrafi rozliczyć każdą złotówkę wydaną na bezpieczeństwo.
SAFE jest dla wojska. Nie dla politycznych złodziei. Nie dla fundacji od patriotycznego dojenia. Nie dla partyjnych pasożytów. Nie dla ruskich propagandystów, którzy za każdym razem, gdy Polska ma dostać narzędzie wzmacniające obronność, zaczynają kwiczeć jakby im ktoś odciął koryto.
I właśnie dlatego tak wyją te ruskie pomioty przebrane z Polaków. Bo tym razem kasa ma iść na armię, a nie na ich układy.
Załóżmy na chwilę, że Donald Trump, któremu już i tak odjechał peron wypisuje USA z NATO. Amerykanie pakują manatki, gaszą światło i po dwóch tygodniach nie ma ich w Europie (tak jak spieprzyli z Afganistanu), mówiąc „sayonara, radźcie sobie sami”.
I nagle Batyr z Jarek z kotem w czerwonych czapeczkach od Trumpa zostają z gołym przyrodzeniem na środku europejskiej piaskownicy. Kończy się epoka złudzeń, memów z F-35 i opowieści, że „wujek Sam zawsze przyjedzie z pomocą”, bo to nasz przyjaciel…
W takiej rzeczywistości Prawo i Sprawiedliwość i Pałac Prezydencki nie mają jednego telefonu alarmowego do Brukseli, Paryża czy Berlina. Bo tam nikt z nimi nie będzie gadał — oni będą rozmawiać z Donald Tusk, z tym niemieckim agentem jak twierdzą parawackie tuzy. No niestety ale z nim bo jest politykiem światowego formatu czy wam się to podoba czy nie. Nie będą rozmawiać z histerycznymi politykami.
Pierwszy kierunek? Europa. Tak, ta sama, którą jeszcze wczoraj opluwano i traktowano jak biurokratyczny balast.
Francja nagle przestaje być „tym z Brukseli”, a zaczyna być właścicielem jedynego parasola atomowego w UE. I co? Będą negocjować bezpieczeństwo z Paryżem, choć jeszcze wczoraj straszono nim w kampanii wyborczej i uczono Francuzów jeść widelcem?
Niemcy? Też wracają do gry. Już nie będziemy chcieli reparacji?
Już nie są „problemem”, tylko mogą być zapleczem logistycznym, przemysłowym i finansowym. Nagle dla Batyra i Jarka, Niemiec jest „sehr gut”?
Wyborcy Jarka i Batyra — wojny nie wygrywa się patriotycznym postem czy tweetem, tylko amunicją, paliwem i łańcuchami dostaw. Kawaleria husaria jest dobra na TikToku, nie na współczesnym polu walki.
No ale dajmy na to, że Jarek i Batyr obiorą inne rozwiązanie. Co zrobią? Jak znam życie, zaczną pleść bajeczki o „alternatywnych kierunkach bezpieczeństwa”, nie biorąc pod uwagę, że wszystkie poniżej wymienione państwa są bardziej związane z Paryżem i Berlinem niż z Warszawą. Bo Warszawa — za przeproszeniem — gówno ma i gówno daje, a Francuzi mają atom.
Więc uprzedzając — oto gdzie będą szukać pomocy:
Bałtyk, Skandynawia, Finlandia — Szwecja, Norwegia, Litwa, Łotwa, Estonia.
Państwa, które wiedzą, że Rosja to nie teoria z podręcznika, tylko sąsiad z historią agresji wpisaną w DNA.
Tu mogłoby powstać coś na kształt nowego sojuszu — bardziej „twardego”, mniej konferencyjnego.
Trzeci filar — Wielka Brytania.
Bo Londyn, nawet poza UE, dalej ma armię, wywiad i atom.
I w świecie bez USA to Brytyjczycy stają się jednym z niewielu graczy, którzy naprawdę mogą coś więcej niż napisać „zaniepokojeni”. - tylko jak w wypadku Francuzów my za przeproszeniem gówno możemy w zamian zaoferować
Czwarty kierunek — Azja, ale tylko technologicznie.
Korea, Japonia — sprzęt, know-how, produkcja.
Ale nikt z Seulu nie przyśle żołnierzy pod Suwałki, więc nie ma co się oszukiwać.
I TERAZ ZDERZAMY TO Z POLITYKĄ JARKA I PODEJŚCIEM BATYRA.
Cała ta konstrukcja była budowana na jednym filarze: USA.
Jednym. Jak stołek z jedną nogą — stoi, dopóki ktoś go trzyma.
Nieufność wobec Europy? Była.
Podważanie integracji wojskowej UE? Było.
Stawianie wszystkiego na Waszyngton? Było.
No to teraz wyobraź sobie człowieku moment, w którym ten jeden filar znika — i lądujemy miękką dupą na twardej podłodze.
I nagle trzeba się dogadywać z tymi wszystkimi, których wcześniej traktowało się jak problem albo przeciwnika.
To trochę jak gość, który całe życie śmiał się z sąsiadów, a potem przychodzi pożyczyć cukier… i liczy, że jeszcze go wpuszczą do kuchni. Tyle że tu stawką nie jest cukier, tylko bezpieczeństwo państwa Wasze bezpieczeństwo Wyborcy Batyra i Jarka no chyba ze znów popędzicie na Jasną Górę i będziecie prosić o bezpieczeństwo Króla Polski i Królową… przypomnę tylko 123 lata niewoli, modły nie pomogły. Niepodległość trzeba było wywalczyć zbrojnie i wyrwać ją sobie ze łap okupantów. #Trump #NATO #Batyr