Dwuczłonowe nazwisko po ślubie często wygląda jak idealny symbol współczesnego małżeństwa:
"Tak, chcę być z tobą jednością - ale bez przesady."
Kobieta chce pierścionka, wesela, nazwiska męża dopisanego do swojego, jego ochrony, odpowiedzialności i zaangażowania.
Ale całkowicie przyjąć jego nazwisko?
Nagle zaczyna się wykład o "utracie tożsamości", "niezależności" i feministycznym wyzwoleniu.
Przez pokolenia przyjęcie nazwiska męża było znakiem stworzenia jednej rodziny.
Dziś nawet ten prosty symbol musi zostać rozmontowany, bo feminizm nauczył kobiety traktować małżeństwo nie jako zjednoczenie, lecz jako nieustanne pilnowanie, żeby przypadkiem nie "ustąpić mężczyźnie".
Najbardziej zastanawia postawa faceta, który bez słowa przyjmuje komunikat:
"Chcę za ciebie wyjść, ale twoje nazwisko samo w sobie nie jest dla mnie wystarczająco dobre."
Oczywiście nazwisko nie stanowi całego małżeństwa.
Ale symbole pokazują sposób myślenia.
Jeżeli jeszcze przed ślubem najważniejsze jest manifestowanie odrębności, zachowanie wszystkich furtek i udowadnianie, że kobieta niczego dla mężczyzny nie poświęci, to warto zapytać:
Po co w ogóle brać ślub?
Małżeństwo nie polega na tym, że dwoje indywidualistów stoi obok siebie i negocjuje każdy centymetr własnego ego.
Polega na stworzeniu jednej rodziny.
A jednej rodzinie naprawdę nie potrzeba dwóch manifestów ideologicznych zapisanych w jednym nazwisku.
w ogóle powalona akcja, bo zaczęliśmy w tamtym tygodniu pracę z chłopakiem, przez pierwsze 20 dni mial trwać trening, dostaliśmy vesty na których było napisane, że jesteśmy nowi i informację, ze ściągamy je dopiero po treningu albo jeśli team leader
rozumiem, że praca z ludźmi nie należy do najprzyjemniejszych, ale jakieś pozory profesjonalizmu przydałoby się zachować, bo dosłownie wczoraj mechanik wyleciał z kurwami do nas jak do niego dzwoniliśmy czy samochód jest do odbioru XDD