Przypisy:
1. Ps 111,10; Syr 1, 25.
2. Katechizm Kościoła Katolickiego, Pallottinum, Poznań 2009, nr 1831, s. 439.
3. Święty Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, IIa-IIae, q. 19 a. 1 co, [w:] idem, Suma teologiczna, t. 15, Katolicki Ośrodek Wydawniczy Veritas, Londyn 1966, s. 178.
4. Święty Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, IIa-IIae, q. 19 a. 2 co, [w:] idem, op. cit., s. 179–180.
5. Ojciec A. Gmurowski, O bojaźni bożej, Wydawnictwo oo. Dominikanów, Lwów 1938, s. 17.
6. Święty Augustyn, In Epistolam Joannis ad Parthos tractatus decem, t. 9, [w:] ibidem, s. 14–15.
7. Por. komentarz o. Piusa Bełcha OP do Summa theologiae, IIa-IIae, q. 19 a. 4: „W przeszłości spotykaliśmy się nieraz z potępianiem lub niedocenianiem bojaźni niewolniczej. I tak: (a) Luter i pseudoreformatorzy 16 w. twierdzili, że żal za grzechy i unikanie grzechu z bojaźni przed karą piekła jest grzeszny. Sobór Trydencki uznał to za błędne i wyłożył naukę katolicką o bojaźni (D 798, 818, 898), (b) Janseniści 17 w. twierdzili, że lęk przed karą piekła nie ma charakteru nadprzyrodzonego; tak samo żal za grzechy z bojaźni przed karą Bożą i przed piekłem nie jest dobry ani nadprzyrodzony; odrzucił to Aleksander VIII (D 1304, 1305), (c) Quesnel (17-18 w.) twierdził, że bojaźń przed karą nie do pokuty, ale do rozpaczy wiedzie, że tylko ręce od grzechu powstrzymuje, nie serce. Potępił te i inne twierdzenia Klemens IX (D 1410-1417), (d) Synod w Pistoi (Włochy – 18 w.) wznowił błędy Lutra co do bojaźni niewolniczej, co znów potępił Pius VI (D 1525), (e) Kwietyści, Molinos, Fenelon, i in. twierdzili, że w najwyższych stanach życia wewnętrznego winna zniknąć całkowicie wszelka bojaźń i lęk przed jakąkolwiek karą, jako że zawiera w sobie osobisty interes. Odrzucił to jako błędne Innocenty XI i XII (D 1226-1232, 1328)” (św. Tomasz z Akwinu, op. cit., s. 215–216).
8. Święty Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, IIa-IIae, q. 19 a. 6 co, [w:] idem, op. cit., s. 184–185.
9. Flp 2,12.
10. Święty Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, IIa-IIae, q. 19 a. 6 co, [w:] idem, op. cit., s. 184–185.
Bojaźń Boża jest początkiem i korzeniem mądrości¹, jednym z darów Ducha Świętego². Możemy więc z ufnością bać się Pana, lecz skoro strach jest reakcją na zło nadchodzące, a nieuniknione, to jak Kościół mógłby ukazywać nam jako cnotę coś, co może sugerować, że Bóg nie jest dobry?
Pytanie to wynika z braku rozróżnienia między złym obiektem a złem pochodzącym z obiektu, które jednak samo w sobie bądź jest w ten sposób tylko postrzegane, ponieważ nam zagraża, bądź znajduje się wyłącznie w pewnej relacji do swojego źródła, mającego dobrą naturę³. Fakt ten, analogicznie, zauważamy w dziedzinie przyrody, gdy studiujemy choćby naturę ognia – sam w sobie jest neutralny, niekiedy pożyteczny i zachwycający, jednak trudno znaleźć kogoś, kto nigdy nie obawiał się spłonąć czy nawet przelotnie oparzyć. W stosunku do Boga ta analogia musi zostać uściślona, bo płomień może nas poparzyć, gdy włożymy w niego rękę, ale także przypadkiem, inaczej rzecz ma się jednak w wypadku moralności, gdzie wejście w sytuację zagrożenia zawsze wiąże się z decyzją woli. To właśnie tego naszego fatalnego wyboru powinniśmy się obawiać, i jest to źródło bojaźni zwanej synowską lub dziecięcą, dotyczącej strachu przed winą i przed uchybieniem naszemu dobremu Panu ze względu na miłość do Niego. Natomiast obawa przed Bogiem karzącym lub karą samą w sobie to oznaka bojaźni niewolniczej⁴. Ten jej rodzaj na pierwszy rzut oka wydaje się niedoskonały, a nawet zagrażający miłości do naszego Pana – postaram się wykazać, że to nieprawda.
Zacznijmy jednak od omówienia tej formy strachu przed karą, która jako jedyna jest naganna i która nosi miano służalczości⁵. Polega na jednoczesnym lgnięciu do grzechu i obawie przed karą, czekającą nas, gdyby tylko nasze niemoralne zachowanie miało się wydać. Jest to postawa sługi, chętnie przekraczającego zalecenie swojego pana, który z racji swojej podległości obawia się konsekwencji, jednak nie potrafi powstrzymać się od czynu, a nawet więcej – wraca do niego. Święty Augustyn porównuje tę dyspozycję do zachowania współmałżonka, jednocześnie dobrze bawiącego się, gdy zdradza, i bojącego się, że jego romans ujrzy światło dzienne – przez co osoba, której ślubował miłość, staje mu się wstrętna⁶.
W obu przykładach widzimy, jak upodobanie do czegoś niskiego i moralnie nagannego konkuruje z inną, wyższą wartością, wygrywa z nią i w efekcie doprowadza do nienawiści podszytej strachem. Różnica między niemoralną bojaźnią niewolniczą a jej dobrą wersją polega właściwie na przywiązaniu do grzechu lub jego braku. Strach przed karą w połączeniu z oderwaniem serca od tego, czego prawo Boże zakazuje, jest etycznie pozytywny⁷ i stanowi dla nas otrzeźwiające wezwanie do zerwania z wadami, które tak łatwo nam racjonalizować. Kiedy upadniemy, bojaźń niewolnicza – skupiona na nienawiści do grzechu jako czegoś zasługującego na karę – może dopomóc nam w brutalnej konfrontacji z własnym sumieniem. Na pewno jest ona remedium na naiwne przeświadczenie, że przeżywszy życie na uleganiu pokusom, ostatecznie „jakoś się wykaraskamy”.
Możemy na bojaźń niewolniczą spojrzeć w jeszcze inny sposób, mianowicie jako na miłość własną w aspekcie strachu o siebie samego, której przyczyna leży w naszym nadprzyrodzonym przeznaczeniu⁸. Wiemy, że rzeczą naturalną dla człowieka jest obawiać się o swoje zdrowie i życie. Gdy jednak zdefiniujemy omawiany typ bojaźni jako strach przed potępieniem, jasne staje się, że może ona nas prowadzić do miłości własnej rozumianej jako zabieganie o swoje zbawienie z drżeniem, tak abyśmy mogli zostać zaliczeni do grona świętych w niebie⁹. W związku z tym, że dla człowieka nienaturalne jest dążenie do własnej zguby, umiarkowany strach przed potępieniem – nawet na wyższych stopniach doskonałości, gdy wzrastają w nas dziecięca miłość i szczery szacunek do Boga – nie musi wcale znikać z duszy¹⁰. Co więcej, jeśli mamy kochać bliźniego swego jak siebie samego, to za niski poziom gorliwości misyjnej wobec innych możemy także winić zanik w nas samych strachu przed karą wieczną.
Czy Chrystus mianował Piotra skałą w Mt 16,18?
Niektórzy powiedzą, że nie, bo greckie Petros oznacza nie skałę, ale drobny kamyk. Imię Piotr nie oznacza zatem stabilności, ale wręcz przeciwnie - niestałość. Nie może więc Piotr być skałą.
Ile jest w tym prawdy? Zobaczmy 👇🧵/10
Stawiam hipotezę, że dziś wielkie znaczenie przywiązuje się do „doświadczenia nawrócenia”, a tym większa jego moc, im gorsze życie prowadziło się przedtem – jest niekiedy konwencją, że najdłuższą część tzw. świadectw zajmuje właśnie opis… „szorowania po dnie”. Moment zwrotny staje się mitem założycielskim danej osoby, tak jak wojna i odzyskanie niepodległości mogą stać się mitem założycielskim narodu. Po czasie intensywność doświadczenia słabnie i potrzebna jest praca u podstaw, jednak bardziej naturalne jest „jechać do pustego baku”, upaść znowu i powstać z martwych niż wytrwale utrzymywać się na powierzchni przez praktyki ascetyczne. Może to prowadzić do duchowości opartej na intensywnych zrywach. Niestety, problem pojawia się, kiedy jeden z nich zostanie przysłowiowo „przestrzelony” i zamiast odbić się od dna w człowieku – jak ksiądz pisze – coś pęknie. Nie twierdzę, że takie osoby robią to intencjonalnie, raczej że nie znając innego sposobu, podświadomie wracają do schematu, który odcisnął na nich tak wielkie, pozytywne piętno, lecz niestety zapominają, jak wielkie ryzyko było w niego wpisane. Nie jestem pewien, czy moja hipoteza jest słuszna, jednak na jej poparcie obserwuję też to, że spokojna, zwyczajna praca ascetyczna – poprzez zestawienie jej z „duchowością zrywów” – może jawić się jako coś nudnego i nawet mniej wartościowego, doprowadzając niektórych do żalu, że nie przeżyli żadnego upadku.
@Matben1989@PepePoszukiwacz Św. Maria z Betanii do niedawna była utożsamiana ze św. Marią Magdaleną, stąd miała swoje wspomnienie, jednak w inny dzień:
https://t.co/XkhzbqyfNd
Czy współczesna katecheza, opisując śmierć jako koniec możliwości nawrócenia, a milcząc o niej jako o kresie zasługiwania na większą chwałę w niebie, nie kształtuje postawy rozpaczliwej chęci „zaliczenia” doczesnego życia, odzierając je z całego heroizmu? Może.
Życie wieczne w niebie jest i łaską i zasługą
Prawdopodobnie większość chrześcijan pamięta, że nie można osiągnąć zbawienia wiecznego bez łaski uświęcającej, a ta jest darmo dana, bo inaczej nie byłaby łaską, lecz mało kto pamięta, że Bóg zechciał, by życie wieczne było także nagrodą za zasługi. Łaska uświęcająca sprawia, że człowiek może prawdziwie zasługiwać przez swoje dobre czyny, a w ten sposób powiększać swoją nagrodę w niebie.
Dlatego Sobór Trydencki przypomina:
„Trzeba ukazywać życie wieczne jako łaskę miłosiernie przyobiecaną synom Bożym przez Jezusa Chrystusa i jako nagrodę, która wiernie ma być przyznana z obietnicy tego samego Boga za ich dobre uczynki i zasługi. To jest ów wieniec zwycięstwa, o którym Apostoł mówił, że zostanie mu dany przez sprawiedliwego sędziego po zakończeniu walki i biegu, i nie tylko jemu, ale wszystkim, którzy miłują Jego przyjście”
Sobór Trydencki ogłosił nawet dogmat, że ludzie w stanie łaski rzeczywiście zasługują na osiągnięcie życia wiecznego i wzrost chwały w niebie:
„Kan. 32: Gdyby ktoś mówił, że dobre czyny człowieka usprawiedliwionego są darami Bożymi w takim sensie, że nie są zarazem dobrymi zasługami tegoż usprawiedliwionego, albo że usprawiedliwiony dobrymi czynami, spełnionymi z pomocą łaski Bożej i przez zasługę Jezusa Chrystusa (którego jest żywym członkiem), nie zasługuje prawdziwie na wzrost łaski, życie wieczne i jego osiągnięcie (jeśli umrze w stanie łaski) oraz na wzrost chwały - niech będzie wyklęty.”
Święty Jan Chryzostom – komentując przemienienie na górze Tabor (Comment. in Matth. 56,2) – wspomina, że gotowość Jakuba Apostoła do męczeństwa, przypieczętowana faktycznym oddaniem życia, dała mu przywilej bycia tam z Piotrem i Janem. Nie tylko pragnienie picia tego samego kielicha, który pił Pan, ale także wypełnienie tej deklaracji (Mk 10,38–39; Dz 12,2). Gdy nasze chrzcielne przyrzeczenie, aby wyrzec się szatana i wszystkich jego spraw, zostaje wypróbowane w pokusie, a my umieramy dla światowej korzyści, aby nie poddać się tyranii grzechu, alegorycznie naśladujemy tego, który najpierw gorącym sercem wyraził zamiar, a potem go zrealizował – pierwszego męczennika wśród Apostołów.
Jeśli – zgodnie z Rdz 1,9 – wody zebrały się w jedno miejsce, aby ukazała się powierzchnia sucha, mamy dwie półkule: lądową i morską. W centrum tej pierwszej – na podstawie Ez 5,5–6 i Ez 38,12 – znajduje się Jerozolima (otoczona obcymi krajami / w środku ziemi). Mniej więcej była też wtedy blisko środka znanego świata i stąd takie założenie i w konsekwencji – mapy.
Cytat z pierwszego tekstu, dokładnie z jego przypisu. Przy okazji: wszystkie „duże” teksty będą publikowane też na Substacku, gdzie wspomniane przypisy są wygodniejsze w interakcji.
https://t.co/Z85zWd0V6Z