❗️ Błyskawiczne przyjęcia, wykonywanie pakietów kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu badań w bardzo krótkim czasie, możliwość przebywania w innym pomieszczeniu niż ogół pacjentów. W Warszawskim Szpitalu Południowym stworzono nieoficjalnie szybszą i bardziej komfortową ścieżkę przyjęć dla polityków Koalicji Obywatelskiej oraz ich rodzin. @portalzeropl ma na to dokumenty.
1️⃣ Szpitalny oddział ratunkowy Warszawskiego Szpitala Południowego w błyskawicznym tempie zajmował się wpływowymi działaczami Koalicji Obywatelskiej oraz ich rodzinami. Gdy inni pacjenci musieli czekać po 4–5 godzin na przyjęcie, politycy mieli wykonywane badania po 10 minutach od rejestracji.
2️⃣ Polityczni VIP-owie nie musieli siedzieć w publicznej poczekalni. Wydzielono dla nich zaciszny pokój, z kanapą, fotelami i telewizorem.
3️⃣ Z dokumentacji medycznej oraz wypowiedzi niektórych pracowników Szpitala Południowego wynika, że koordynator SOR-u Dawid Kacprzyk w publicznym szpitalu de facto stworzył przychodnię dla polityków.
4️⃣ Znamy nazwiska pacjentów, historię ich leczenia, mamy dokumentację fotograficzną. Nie publikujemy wszystkiego, uznając, że politykom też przysługuje prawo do prywatności w zakresie ich stanu zdrowia. O najbardziej bulwersujących przypadkach poinformowaliśmy jednak Narodowy Fundusz Zdrowia.
5️⃣ Szpital Południowy, placówka kontrolowana przez miasto stołeczne Warszawę, nie zaprzeczył naszym informacjom. Jedynie przestrzegł nas, że nieuprawnione pozyskiwanie, ujawnianie lub rozpowszechnianie informacji dotyczących zdrowia lub korzystania ze świadczeń zdrowotnych stanowi złamanie prawa.
@MichalDrewnicki PiS ma kilkadziesiąt tysięcy członków, wybory w Krakowie są bardzo istotne dla PiS (wygrać się nie da, wiadomo, ale można mieć dobry wynik) ale oczywiście nikomu z tych członków, działaczy, itp. nie chce się kliknąć w socialach lajka. Bo po co się tak nadwyrężać!
@johnsmiths74 Bo starym wyjadaczom wciąż odpowiada dziad Terlecki. Jeszcze kilka dni temu spece od Krakowa, typu Piotra Semki, ględzili coś w kółko o pani Wasermajster...
@Dan_Liszkiewicz Ja to się pięknie uzupełnia... Najnowsza Biesiada Filozoficzna - sławetny prof. Majcherek - no i wybitny Szogun. W tle nasz oburzony kodomita, minister i opozycjonista. Edek z fabryki kredek. Całość z niezawodnej kroniki Krakówka z przyległościami. https://t.co/1KDxYJi6J1
Spójrz na te dzieci. ❤️Twoje RT oraz złotówka może pomóc.
https://t.co/GYnN2X7szq
To między innymi dla nich organizujemy dwa wyjątkowe turnusy wakacyjne. Dla wielu będzie to jedyna okazja, by choć na chwilę zapomnieć o chorobie, szpitalach i codziennych zmaganiach.
Musimy pilnie opłacić rezerwację ośrodka dla 140 ciężko chorych dzieci. Wciąż brakuje 117 518 zł. Nie pozwólmy, by zabrakło im tych wakacji.👉 https://t.co/GYnN2X7szq
@Mis_Anastasia7 Bestialskie wymordowanie 120 tys bezbronnych cywilów, piłowanie ciężarnych kobiet, nabijanie niemowląt na płoty. Może dla was to głupota, jak splunąć.
Nie dla nas.
Zechciał odezwać Donald Tusk i w reakcji na nadanie przez prezydenta Zełeńskiego imienia "Bohaterów UPA" którejś z ukraińskich jednostek wojskowych, ogłosił, że "każdy naród ma prawo do własnej interpretacji historii". W tej sytuacji, pomyśłałem sobie, że zanim postanowi sobie Tusk zasłużyć na kolejny niemiecki medal i chlapnie coś na temat praw narodu niemieckiego, przypomnę może swój tekst, jeszcze z roku 2009, który zainspirowany myślą Rafała Ziemkiewicza, zatytułowałem "Niemiectwo". Bardzo proszę:
W jednym z niedawnych wpisów, wspomniałem mojego wujka, który stanowił dla mnie zawsze źródło przeróżnej wiedzy i inspiracji. Wprawdzie mam bardzo poważne wątpliwości, czy gdyby on trafił na te moje teksty, byłby ze mnie zadowolony, nie zmienia to jednak faktu, że to wybitny człowiek i – jak mówię – kopalnia wspomnień. Musi mi więc brat mojej Mamy wybaczyć, że go tu wykorzystam.
Kiedy wybuchła wojna, wujek miał 6 lat i mieszkał w maleńkiej wiosce nad Bugiem. Któregoś dnia przez wieś przejeżdżały okupacyjne oddziały niemieckie i żołnierze postanowili zatrzymać się obok naszego domu. Ponieważ wyglądali jak żołnierze, mieli dużo wojskowego sprzętu i w ogóle stanowili bardzo egzotyczną odmianę w życiu małego dziecka, wujek mój – właśnie jak to dziecko – polazł tam za płot, żeby popatrzeć na wszystko, co się tam działo. W pewnym momencie, jeden z Niemców, przechodząc obok mojego wujka – ot tak sobie, z rozpędu – walnął go w twarz tak mocno, że wujek się wywrócił, a następnie z płaczem pobiegł do swojego ojca, a mojego dziadka. Opowiada mi wujek, że dziadek był bardzo dumnym i dzielnym człowiekiem, który w sytuacjach tego typu niesprawiedliwości zawsze reagował honorowo. A więc i tym razem, wziął mojego wujka za rękę i poszedł do dowódcy tych żołnierzy, żeby powiedzieć mu co się stało. Niemiecki oficer wysłuchał relacji dziadka, powiedział, że rozumie jego wzburzenie, ale z formalnego punktu widzenia, nie ma powodów do interwencji. Polska jest krajem okupowanym, Polacy mają prawa bardzo ograniczone, więc takie rzeczy mogą się zdarzać.
Opowiada mi wujek, że on do dziś, bardzo intensywnie, pamięta z tego zdarzenia jeden szczegół. On stał tam z dziadkiem, dziadek obejmował go swoimi wielkimi, mocnymi ramionami, przed nimi stał ten niemiecki oficer, a wujek czuł, jak dziadkowi drżą ze zdenerwowania dłonie.
Kiedy wojna się skończyła, wujek mój twierdzi, panowało na wsi powszechne przekonanie, że z powodu tego, co Niemcy zrobili światu, niemieckie państwo przestanie istnieć. Dobrzy ludzie bardzo szczerze wierzyli, że cały teren, który dotychczas był zamieszkały przez Niemców zostanie zaorany, a na tej ziemi posadzi się kartofle. Co się miało stać z samymi Niemcami, o tym już nikt nie myślał. Nikt się nad tym nie zastawiał, i – prawdę powiedziawszy – każdy miał tę kwestię głęboko w nosie.
Od zakończenia wojny upłynęło już niemal 65 lat i – jak widzimy – Niemcy poradzili sobie ze sobą i ze swoją historią zupełnie dobrze. Co ja mówię, zupełnie dobrze? Wręcz znakomicie! Nie dość, że powoli, ale konsekwentnie przestali się czerwienić na dźwięk słowa ‘wojna’, nie dość, że przestali się nerwowo wiercić na wspomnienie o tym, co się im zagnieździło pod tymi nordyckimi czołami w pewnym momencie ich dziejów, nie dość, że się zaczęli nagle w sposób zupełnie niewyobrażalny rozpychać, to ostatnio – jak się dowiaduję – niektórzy z nich nabrali na tyle odwagi, że zaczynają mi tłumaczyć, że w gruncie rzeczy cały ten chwilowy sukces ich chorego projektu, nie mógłby być w połowie tak spektakularny, gdyby nie aktywna współpraca ze strony tych wszystkich, których oni postanowili złapać za kark i wdusić w ziemię. Jak się dowiadujemy, niemiecki tygodnik Der Spiegel przedstawił ostatnio listę tych, z którymi Niemcy życzą sobie dzielić winę za to wszystko, co się stało przed 70 laty. A na tej liście znalazł się również mój dziadek, moja babcia, moja Mama, mój Tata, a może nawet i mój wujek. Może nawet i on.
Słucham w telewizji wyjaśnień jednego z akredytowanych w Polsce korespondentów niemieckiej prasy, którego nazwiska akurat nie życzę sobie pamiętać, a który tłumaczy mi, że nic takiego się nie dzieje. Że to z czym mamy do czynienia, to część zwykłej, historycznej debaty, która się toczy w całej Europie. Staram się jakoś zrozumieć ten dziwny skręt chorego umysłu. Staram się wyobrazić, co mógł mój dziadek zrobić, żeby dziś ten Niemiec potrafił wykrzesać z siebie nieco więcej szacunku do Polski i się zamknął. I jedyne co mi przychodzi do głowy, to tylko to, że miał zamiast trząść tymi swoimi polskimi, chłopskimi dłońmi, wziąć nóż i poderżnąć szwabowi gardło.
No a przede wszystkim – choć boję się że to już zdecydowanie za późno – może warto by było wrócić do pomysłu z kartoflami.