Moim zdaniem większość komentatorów nie docenia perfidnej natury anglosaskiej polityki.
Nie mieści im się w głowach, że Amerykanie mogą jednocześnie opowiadać o pokoju i jeździć go negocjować i wywierać presję na europejski establishment by prowokował konflikt z Rosją.
Postawienie się w roli gołąbka pokoju i odcięcie od konfliktu na Ukrainie jest idealnym rozwiązaniem dla Waszyngtonu na tym etapie konfliktu wschód-zachód.
Wojna tocząca się w Europie Wschodniej przy formalnej neutralności USA pozwala na wejście do niej w korzystnym dla siebie momencie, czyli gdy Rosja konfliktem tym będzie wyczerpana, a Chiny zmuszone do zaangażowania się w jej wsparcie.
Dlatego wojna na Ukrainie się nie kończy mimo coraz bardziej rozpaczliwej sytuacji. Dlatego też Rosja nie jest zainteresowana większym niż konieczne zaangażowaniem w ten konflikt spodziewając się, że zasoby będą niezbędne w przyszłości.
Nie potoczyła się w 100% tak jak w Waszyngtonie się spodziewano więc dokonano korekty i powrócono do scenariusza stosowanego z sukcesami w XX wieku - zewnętrznej potęgi włączającej się do konfliktu w decydującym momencie i narzucającej reguły reszcie wojujących w Eurazji.
Nam wyznaczono rolę, którą z radością przyjeliśmy od Anglosasów poprzednio - wioskowego głupka zapraszającego drabów z okolicy na ustawkę na wlasnym podwórku.