@WWyszczerbiony@31intak Wazektomia jest raczej odwracalna, szczególnie jeśli nie minęło dużo czasu od zabiegu, https://t.co/UDWnMBjhDh. dlatego wlasnie wazektomia jest legalna a podwiązanie jajowodów już nie.
@ADORELOUIS91 Wielozadaniowy. Poza tym, ze przy zaburzonej barierze polecam nałożyć na noc grubszą warstwę to jeszcze stosuje hack na widoczne włókna łojowe na nosie czy brodzie - wystarczy położyć cienką warstwę i rano od razu wyglądają na zmiejszone i „czystsze”
@socjopathetic Zdobyłam 100% z rozszerzenia z polskiego i jedyne co mogę powiedzieć to pisać dosłowne minimum… Jak trzeba podać min. 3 argumenty to 3 argumenty, jeżeli trzeba dać 2 konteksty to 2 konteksty. Nie wiem jak jest teraz i co się zmieniło bo ja pisałam wtedy formułę 2015
@dr3wnodrwniane@Wojtek76006998@boop_pl Zasada domniemania niewinności akurat wynika z art. 5 KPK i art. 42 ust. 3 Konstytucji, nie z konkretnych artykułów KK, więc już nie koloryzuj
@mavves_@gwincik1 @SmokerReal666 @sknerus_ Jest na obserwacji sądowo psychiatrycznej. Pierwsza opinia biegłych jest bez rozstrzygnięcia, teraz będą ponownie badać czy był poczytalny. To nie jest wyrok.
@Mark_KdN @hayastanboi Przy obecnej konstytucji bez zmiany uprawnień lepiej działałby wybór prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe niż przez obywateli. Nie działa u nas koabitacja, jak rząd jest z jednej bajki a prezydent z drugiej to jest tylko napierdzielanie po obu stronach 🤷♀️
@lucrice5 Dwa razy pisałam rozszerzenie z polskiego - pierwszy raz na 63% a drugi raz na 100% 🤷♀️ tutaj sprawdza się niestety zrobienie totalnego minimum, nie ma sensu się popisywać wiedzą i robić coś ponad program, takie są moje odczucia
@antykomuch64@PlatekZbozowy@NotSven420 Definicja małżeństwa jest zawarta w Kodeksie rodzinnym i opiekuńczym, nie w konstytucji. Tutaj kolega Ezekiel bardzo dobrze mówi jakim przepisem jest art. 18 konstytucji - nie jest to definicja. Natomiast jest spór w doktrynie dot. wymogu zmiany konstytucji przy m.jednopłciowych.
Dosyć tych bredni, @MagdaBiejat i @AgaBak.
Zaatakowałyście człowieka, który – w przeciwieństwie do was obu – realnie zrobił coś dla społeczności LGBT+.
Bo Trzaskowski:
- Podpisał Warszawską Deklarację LGBT+ jako pierwszy prezydent miasta w Polsce.
- Otworzył hostel interwencyjny dla młodzieży LGBT w kryzysie – i okazało się, że dzieciaki wyrzucane z domów, tylko dlatego że śmiały się przyznać do tego, kim są, nie musiały już tułać się nocami po Centralnym, tylko miały bezpieczny dach nad głową.
- Wprowadził edukację antydyskryminacyjną w szkołach – co realnie pomogło. Bo edukacja zawsze pomaga. Choćby zrozumieć – a to pierwszy krok.
- Objął patronat nad Paradą Równości, jako prezydent europejskiej stolicy – co było potężnym impulsem w walce o prawa osób LGBT+. Pokazał, że można.
I przeznaczył ponad 40 mln zł na działania wspierające osoby LGBT+ i przeciwdziałające wykluczeniu.
A wy?
Co wy obie zrobiłyście dla ludzi LGBT poza lansowaniem się na ich problemach?
Jak realnie pomogłyście?
Poproszę chociaż o jedne konkret?
Wiem tylko, ze jako członkinie rządu, nie potrafiłyście sobie nawet poradzić z chłopami z PSL, żeby doprowadzić do pierwszego czytania ustawy o związkach partnerskich.
Wasze ataki i przypisywanie sobie cudzych zasług wynikają z bezradności? Czy może jesteście zwyczajnymi karierowiczkami, które mylą stanowisko z celem?
Bo w przypadku Rafała Trzaskowskiego jedno jest pewne – On jest w polityce, żeby naprawiać to, co złe i widzimy to gołym okiem.
W waszym przypadku… wygląda na to, że interesują was jedynie stanowiska!
Cierpienie nie uszlachetnia.
Czy jesteśmy gotowi na poważną debatę o eutanazji?
Poniżej list pacjentki, który warto przeczytać.
NIE USZLACHETNIA...
„Szanowny Panie Doktorze Macieju Jędrzejko,
Piszę do Pana ten list z miejsca, do którego nie dociera już nadzieja.
Nie piszę po to, by prosić o jeszcze jedną próbę.
Piszę, bo moje życie zbliża się do końca – i bardzo bym chciała, żeby jego zakończenie miało jeszcze sens.
Nie tylko biologiczny. Ludzki.
Zna mnie Pan dobrze. Zrobił Pan dla mnie więcej niż ktokolwiek na świecie poza moją rodziną, mężem i dziećmi. Ale jeśli zdecyduje się Pan opublikować mój list – proszę, niech Pan zmieni moje imię na Eutanazja, bo to imię brzmi pięknie jak Anastazja.
Mam zatem na imię Eutanazja. Mam 44 lata.
Jestem mamą dwóch córek – Kasi (lat 6) i Basi (lat 8 ) - Pan, zdaje się, też ma chłopców w podobnym wieku – więc zrozumie Pan więcej niż inni.
Kiedyś byłam prawniczką. Potem nagle stałam się pacjentką.
Zgłosiłam się za późno – poprzedni lekarz powiedział, że jestem „za młoda na raka” i nie wysłał mnie na USG, rezonans, ani mammografię.
A ja zaufałam jego palcom, a nie swoim…
Dziś jestem resztką człowieka, którego pamiętam z lustra.
Rak piersi IV stopnia z przerzutami do kości, wątroby, a ostatnio – do kanału kręgowego – nie zostawił mi wiele.
Nie chodzę. Nie poruszam się sama. Jestem pod opieką hospicjum domowego. Cudowni ludzie.
Nie zostało mi już nic – może poza świadomością. I bólem. Na który nie pomaga już morfina. Ani fentanyl. Ani medyczna marihuana.
Wiem, że to może być tzw. przejaśnienie świadomości – taka ostatnia jasność, która czasem pojawia się na kilka dni przed śmiercią. I właśnie dlatego piszę – bo to może moje ostatnie słowa, których już nie wypowiem.
Piszę, żeby się pożegnać.
Nie przyjadę już do Pana na wizytę – choć uwielbiałam te spotkania. Wchodziłam do Pana załamana, a wychodziłam pełna siły. To Pan sprawił, że przeżyłam dłużej niż przewidywały mediany i statystyki.
Pamiętam, jak mówił Pan o seksie i beta-endorfinach. Wtedy myślałam: „Co za nietakt… ja umieram, a on mi o orgazmach opowiada…”
Ale chcę, żeby Pan wiedział: dzięki tym rozmowom, nasz seks z mężem – w ostatnim roku mojego życia – był najlepszy w całym naszym małżeństwie. Mimo amputacji piersi, otworzyłam się na niego. A On – patrzył na mnie tak, że uwierzyłam, że jestem piękna.
Zrozumiałam wreszcie, że „prawdziwa miłość to patrzenie sercem, a nie receptorami wzroku” – tak, jak Pan mówił.
Gdy byłam zdrowa, miałam naprawdę ładny biust. Ale nie wierzyłam, że jestem piękna. Dopiero po amputacji – uwierzyłam. Dopiero w chorobie – zrozumiałam.
Panie Doktorze – Pan ma jakąś tajemną moc. Zmienia Pan świat słowem. Ludzie czytają Pana długie posty, wbrew wszelkim algorytmom.
Dlatego piszę do Pana – nie do ministra, nie do lekarza, nie do księdza. Do Pana – bo Pan rozumie cierpienie, ale go nie mitologizuje.
Był Pan współtwórcą filmu „O tym się nie mówi” w reżyserii Marka Osiecimskiego – filmu, który powinien być lekturą obowiązkową w każdej szkole medycznej. To nie był film. To był krzyk kobiet, którym odebrano prawo wyboru.
W jednej ze scen, doktor (a dziś już chyba profesor) Maciej Socha opowiada o ostatnich dniach ks. prof. Józefa Tischnera. Kiedy Tischner nie mógł już mówić, przekazał swoim bliskim na kartce jedno zdanie: „…nie uszlachetnia...”
To prawda.
Ja, prawniczka, żona, matka, pacjentka potwierdzam: cierpienie nie uszlachetnia.
To zdanie powinno być wyryte nad wejściem do każdego hospicjum, każdego sejmu, każdego kościoła i każdej sali sądowej, gdzie decyduje się o życiu innych ludzi.
Bo ja już wiem. Wiem, co znaczy oddawać mocz przez cewnik. Być karmioną przez PEG. Mieć wyłonioną stomię. Wyć z bólu po cichu, w nocy, mimo pompy z morfiną.
Wiem, co znaczy bać się nie śmierci – tylko tego, jak długo jeszcze potrwa umieranie.
To nie duchowa podróż. To rozkład. To bezradne czekanie w bólu na śmierć.
Panie Doktorze – błagam Pana, nie jako pacjentka, ale jako człowiek – niech Pan opublikuje ten list. Niech Pan wykrzyczy to, czego ja już nie zdążę powiedzieć:
CZŁOWIEK MA PRAWO ODEJŚĆ GODNIE, GDY MEDYCYNA I PSYCHOLOGIA SĄ BEZRADNE.
Nie proszę o śmierć. Proszę o możliwość wyboru.
Bo teraz – to Wy, Narodzie – jesteście panami mojego cierpienia. To Wy podejmujecie decyzję, czy mam zdychać, czy odejść.
Ja w Polsce mogę popełnić samo***stwo – ale nie mam już siły. Nie wstanę, nie sięgnę po tabletki, nie rzucę się z okna. W Polsce muszę zdychać.
Ale wiem, że jeśli będzie trzeba – mój mąż… przyłoży mi poduszkę do ust, gdy już nie będę dawać rady. Tylko że on będzie z tym żył. Z poczuciem, że mnie zabił.
A ja chcę, żeby ktoś – jak w Holandii, jak w Belgii, jak w Kanadzie – usiadł przy mnie, wziął za rękę i powiedział:
„Nie możemy już nic więcej zrobić. Szanuję Pani decyzję. Zaraz Pani zaśnie.”
I teraz pytanie do Was – do tych, którzy to czytają:
Gdybyś był na moim miejscu – chory terminalnie, połamany, w bólu, który rozrywa duszę – czy chciałbyś mieć prawo, by zakończyć to wszystko zanim staniesz się tylko ciałem do przewijania pampersa?
A jeśli byłbyś na miejscu mojego lekarza – co byś powiedział?
„Nie, nie pozwolę Ci odejść, bo moja wiara mi na to nie pozwala”?
Czy może:
„Kim ja jestem, by Ci tego zabronić, kiedy zrobiłaś już wszystko, a medycyna skapitulowała wobec Twojego cierpienia?”
I przypomnij sobie – swojemu psu pozwoliłeś odejść bez bólu, bo nie chciałeś, żeby się męczył.
Z poważaniem,
Eutanazja Kowalska
Katowice dn 05.04.2025”
‼️‼️Dziecko, chlorek potasu, zastrzyk śmierci — słyszeliście? Chyba już każdy.
I kobieta, która miała w sobie serce na tyle silne, by podjąć najtrudniejszą decyzję życia.
Chłopiec z Oleśnicy miał wrodzoną łamliwość kości. Najcięższą formę.
Kości były połamane już w łonie matki.
Czaszka niewykształcona. Nie mógłby żyć. Tylko konać — powoli, boleśnie, bez szansy na cokolwiek.
Każdy z was, który kiedyś złamał rękę, nogę, zwichnął kostkę, palec —
pamięta ten ból.
Pulsujący. Taki, co wyłącza myśli i zostawia tylko wrzask.
To teraz wyobraź sobie, że
połamane masz wszystko.
Że ruszasz się w brzuchu matki i
łamią ci się kości od środka.
Nie jedna. Nie dwie. Wszystkie.
Bo twoje ciało się nie rozwija —
ono się rozpada, zanim w ogóle zacznie żyć.
I to właśnie dziecko z Oleśnicy miało przed sobą. Nie dzieciństwo. Nie szansę. Nie cud. Tylko ból i śmierć w męczarniach.
A matka to wiedziała. I nie pozwoliła mu przez to przejść. Powiedziała: dość.
I wiecie co jej zaproponowali? Cesarskie cięcie.
Bo skoro dziecko ma umrzeć, niech umrze efektownie, w bólu matki, rozciętej jak upolowane zwierzę.
Dlaczego „jak upolowane zwierzę”?
Bo gdyby dziecko było zdrowe, mogłaby urodzić naturalnie. Mogłaby przeżyć to, co system tak lubi nazywać „cudem”.
Ale dziecko nie było zdrowe.
Nie było zdolne do życia. Więc matka nie dostała cudu — tylko pokaz.
Operację. Cięcie. Rzeź.
Po to, by spełnić oczekiwania otoczenia, że nawet śmierć trzeba urodzić w zgodzie z obyczajem.
Wybrała terminację ciąży, zgodnie z prawem.
Z pełną świadomością.
Z sercem rozrywanym od środka.
Podano chlorek potasu — nie „zastrzyk śmierci”, tylko procedurę medyczną,
stosowaną, by nie przedłużać bólu.
Ani jego. Ani jej.
I wtedy zaczęło się piekło.
Media nadały chłopcu imię „Felek”.
Bo dziecko z imieniem to lepszy materiał propagandowy niż dziecko z diagnozą.
Zmanipulowano wszystko.
Nazwano ją „morderczynią”.
Użyto zwrotów jak z horroru: zastrzyk śmierci, skazane dziecko, żywe serce zatrzymane igłą, morderstwo.
Nie powiedzieli, że to dziecko miało połamane kości. Nie powiedzieli, że podczas porodu połamałoby się ich jeszcze więcej.
Że nie miało szans oddychać.
Że umarłoby w potwornym cierpieniu.
Nie powiedzieli, że matce chciano przeciąć brzuch, żeby patrzyła, jak jej syn umiera.
Bo to nie pasowało do opowieści o „zabijaniu”.
To dziecko nie umarło przez matkę.
Umarło przez chorobę.
Matka tylko nie pozwoliła mu cierpieć.
I za to została ukrzyżowana.
Nie interesują mnie wasze religijne cytaty.
Nie obchodzą mnie wasze emocjonalne szantaże.
Ja widzę kobietę, która miała dość siły, żeby spojrzeć na śmierć własnego dziecka i powiedzieć: kocham cię tak bardzo, że nie pozwolę ci się męczyć.
I nie macie prawa jej oceniać.
Nie znacie jej. Znacie tylko nagłówki z podpisem „zastrzyk śmierci”. I to wystarczy, żebyście pluli.
Niech ten wpis wam się odbije w gardle, jeśli kiedykolwiek pomyśleliście, że wiecie lepiej.
Bo to nie wy byliście na stole.
Nie wy słyszeliście ten werdykt.
I nie wy będziecie musieli z nim żyć do końca życia. Ona będzie.
Bo to właśnie było miłością.
Nie tą z bajek, tylko tą, która ma krew pod paznokciami i łzy zamiast słów.
Więc zamknijcie mordy.
I zostawcie ją w spokoju.
A ty kobieto, gdziekolwiek jesteś — nie jesteś tam sama. Pamiętaj!
I