Okazuje się, że wpływ na nową szkolną i przedszkolną dietę miała... Sylwia Spurek. Jakim cudem Ministerstwo Zdrowia wprowadziło ściśle ideologiczne zasady żywienia - o tym piszę na @PCh24pl.
https://t.co/FyUvkLvPzb
W sprawie wprowadzenia w szkoła przez @MZ_GOV_PL (w poprzednim wpisie popełniłem błąd, jest to rozporządzenie MZ) opartej na ideologii diety planetarnej powinien powstać ruch protestu rodziców. Natomiast ten wylobbowany przez maleńkie grupy nacisku absurd rodzi także inne problemy - z opłacalnością ekonomiczną posiłków, ich cenami, odpadkami itd. Jeśli druga strona przejmie władzę w przyszłym roku, to powinna być jedna z pierwszych rzeczy do zmiany.
Wkrótce więcej w nowym wideoblogu.
https://t.co/zzj6ls8KKB
Rozporządzenie @MEN_GOVPL o żywieniu w szkołach zostało przygotowane pod dyktando organizacji takich jak Rodzice dla Klimatu czy Green Rev - organizacji kierujących się ideologicznymi przesłankami prozwierzęcymi i ekologistycznymi.
Pomijam już to, że tak szczegółowe wytyczne dotyczące posiłków w szkołach, jak te z rozporządzenia, są przejawem drastycznego przeregulowania polskiego państwa.
Ale wytyczne z rozporządzenia są skandaliczne. Zamiast normalnego jedzenia, wchodzą ofensywnie "alternatywy roślinne", a mięso - uwaga - ma być podawane nie "CO NAJMNIEJ dwa razy w tygodniu", ale jedynie "DWA RAZY w tygodniu".
Pani Nowacka to wyjątkowy szkodnik, a jej potężne intelektualne deficyty widoczne są w zasadzie w każdej jej wypowiedzi. Tutaj jednak jest coś gorszego, bo ta regulacja uderza po prostu w zdrowie dzieci.
Fauci, COVID i moment, w którym „nauka” stała się narzędziem władzy
Najbardziej bulwersujące w ujawnianych obecnie materiałach dotyczących Anthony’ego Fauciego nie jest to, że podczas pandemii popełniano błędy. W sytuacji kryzysowej błędy są nieuniknione.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy wiadomo było dużo więcej niż mówiono, ale prawda była politycznie niewygodna.
W zapiskach Fauciego z sierpnia 2022 roku pojawia się niezwykle ważny fragment. CDC rozważało publiczne stwierdzenie, że szczepienia nie zapobiegają skutecznie zakażeniom i transmisji SARS-CoV-2. Fauci uważał takie sformułowanie za zbyt kategoryczne.
Można byłoby uznać to za zwykły spór naukowy, gdyby nie dalsza część.
Z notatek wynika, że problemem było również to, że przyznanie, jak słaba stała się (a może była od początku?) ochrona przed infekcją i transmisją, mogłoby zaszkodzić kampanii promocyjnej kolejnego boostera i utrudnić Departamentowi Sprawiedliwości obronę obowiązków szczepień i "restrykcji kowidowych" przed sądami.
I tutaj kończy się nauka, a zaczyna polityka.
Bo jeżeli sposób przedstawiania danych zależy od tego, czy prawda nie zaszkodzi aktualnej polityce państwa, mamy dokładnie odwróconą kolejność.
To polityka ma się zmieniać pod wpływem danych. Nie dane i język nauki pod wpływem potrzeb polityki.
Jest to szczególnie poważne dlatego, że właśnie ochrona innych przed zakażeniem była jednym z najważniejszych argumentów za przymusem szczepień. Jeżeli ten efekt był minimalny i krótkotrwały, należało powiedzieć to społeczeństwu otwarcie: nawet jeżeli oznaczało to konieczność wycofania się z wcześniejszych decyzji.
Ale zapiski Fauciego pokazują jeszcze coś.
Jego gigantyczne ego.
To momentami wręcz groteskowa kronika własnej sławy: celebryci, politycy, dziennikarze, przyjęcia w rezydencjach miliarderów, nagrody, portrety, pochwały, piwo nazwane jego nazwiskiem, figurki z jego podobizną.
Fauci nie tylko został celebrytą pandemii. Wygląda na to, że znakomicie odnalazł się w tej roli.
Człowiek posiadający ogromną władzę zostaje przez media przedstawiony jako niemal osobowe ucieleśnienie „The Science”. Krytyka Fauciego i jego pomysłów zaczyna być traktowana jak krytyka nauki. Politycy potrzebują jego autorytetu, media potrzebują jego twarzy, a on sam coraz bardziej funkcjonuje jako nieomylny kapłan nowej religii.
Po pewnym czasie granica pomiędzy „reprezentuję naukę” i „to ja jestem nauką” staje się niebezpiecznie cienka.
I zanim zaczniemy śmiać się z Amerykanów, warto przypomnieć sobie polskich mini-Faucich.
Pandemia również w Polsce stworzyła całą klasę medialnych pseudoekspertów-celebrytów. Ludzi, którzy praktycznie nie schodzili z ekranów telewizorów, komentowali każdy wzrost liczby zakażeń, przewidywali kolejne katastrofy i z zadziwiającą łatwością wypowiadali się o zamykaniu szkół, restauracji, hoteli, siłowni, granic czy całych sektorów gospodarki.
Dla części z nich pandemia stała się okresem niewyobrażalnej medialnej kariery.
Lekarz albo naukowiec, którego wcześniej znało niewielkie środowisko zawodowe (albo nikt nie znał, bo ten naukowiec siedział tylko w laboratorium w piwnicy i męczył myszki laboratoryjne) nagle codziennie występował w największych stacjach telewizyjnych i mówił całemu społeczeństwu, jak ma żyć. Dywagował o różnicach między szczepionkami, zalecał "wyszczepianie" wszystkiego, co się rusza, włącznie z dziećmi i kobietami w ciąży.
I również tutaj pojawiła się ta sama niebezpieczna pokusa. Gdyby nie wojna na Ukrainie, to ci patocelebryci dalej przestawialiby "omikrona" jako śmiertelne zagrożenie. I nikt nawet by się nie odważył odspawanie ich od mikrofonów.
Dzisiaj, kiedy kolejne dokumenty pokazują kulisy podejmowania decyzji w USA, warto wrócić do tamtych wystąpień i pytać również o odpowiedzialność "ekspertów".
Co naprawdę wtedy wiedzieli?
Jak pewne były ich prognozy?
Jak często się mylili? Prawie zawsze. Pytanie brzmi tylko: czy naprawdę się mylili, czy świadomie kłamali, jak Fauci.
I ilu z tych, którzy z ekranów telewizorów z ogromną pewnością siebie tłumaczyli milionom ludzi konieczność kolejnych ograniczeń, później równie głośno powiedziało:
„Myliłem się”?
Bo największym problemem tamtego okresu nie była niewiedza.
Problemem była niewiarygodna pewność siebie ludzi dysponujących bardzo niepewnymi danymi.
Połączenie strachu, polityki, mediów i eksperckiej megalomanii okazało się wyjątkowo niebezpieczne.
Historia Fauciego jest tego znakomitym symbolem.
Napisałem na podstawie artykułu z niemieckiego miesięcznika @TichysEinblick
(link w pierwszym komentarzu)
Po wyjściu z ZUS-u już nie byliśmy tacy uśmiechnięci.
Przyszliśmy tam z dwoma konkretnymi pytaniami.
👉 Czy obywatel Ukrainy, który spełnia warunki emerytalne, może po bardzo krótkim okresie ubezpieczenia ( np 1 dniu ) w Polsce uzyskać prawo do polskiej emerytury, a następnie – po spełnieniu warunków – do wyrównania jej do kwoty minimalnej emerytury?
👉 Czy z polskiego systemu wypłacane są zasiłki pogrzebowe również w związku ze śmiercią członków rodziny przebywających na Ukrainie?
Chcieliśmy to zweryfikować u źródła. Niestety – potwierdziło się.
Ale na miejscu odkryliśmy jeszcze jeden bardzo poważny problem. 😳
Okazuje się, że osoba, która nabędzie prawo do polskiej emerytury, może otrzymywać również 13. i 14. emeryturę. I co bardzo ważne – żeby otrzymywać te dodatkowe świadczenia, nie trzeba mieszkać ani przebywać na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej.
A teraz kwestia kosztów.
Mieliśmy wcześniejsze dane dotyczące dopłat do minimalnych emerytur obywateli Ukrainy i na ich podstawie robiliśmy projekcje:
📊 2023 – 11,4 mln zł
📊 2024 – 16,2 mln zł
📊 2025 – ok. 25,5 mln zł projekcji
Tyle że te wcześniejsze projekcje możemy sobie potargać. 🗑️
Dane, które przedstawiło nam Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, po prostu nas zamurowały.
👉 W SAMYM LIPCU wyrównania do minimalnej emerytury dla obywateli Ukrainy wyniosły – uwaga – około 5 MILIONÓW ZŁOTYCH.
Jeżeli ta kwota pokazuje tempo, w jakim rosną wydatki, to do naszych wcześniejszych wyliczeń musimy wziąć bardzo dużą poprawkę. Przy utrzymaniu poziomu 5 mln zł miesięcznie mówilibyśmy o tempie odpowiadającym nawet 60 mln zł w skali roku. 📈
Oczywiście w porównaniu z całym budżetem Funduszu Ubezpieczeń Społecznych są to nadal kwoty niewielkie, praktycznie niezauważalne. Problemem nie jest jednak ich dzisiejszy udział w wydatkach FUS, tylko dynamika wzrostu i konsekwencje na przyszłość. Jeżeli kolejne osoby nabywają uprawnienia, a raz nabytych praw co do zasady nie można po prostu odebrać, to z każdym kolejnym rokiem pole manewru państwa staje się coraz mniejsze. ⚠️
W Ministerstwie słyszeliśmy również argument, że obywatele Ukrainy wpłacają do polskiego systemu ubezpieczeń społecznych miliardy złotych składek rocznie. Tylko że to jest zupełnie inna para kaloszy.
Te składki budują uprawnienia emerytalne osób, które je odprowadzają, a więc w przyszłości będą skutkowały wypłatą świadczeń z naszego systemu. Nie można ich przedstawiać jako prostego „zysku” dla FUS i przeciwstawiać kosztom, o których tutaj mówimy.
My zwracamy uwagę na zupełnie inny problem: sytuacje, w których ktoś odprowadził do polskiego systemu symboliczne składki, a wyliczona z nich polska emerytura wynosi przykładowo 9 czy 15 zł miesięcznie, podczas gdy dzięki obowiązującym przepisom może pojawić się dopłata rzędu około 1500 zł miesięcznie, a przy wyrównaniu za wcześniejszy okres – jednorazowo nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych.
Do tego dochodzą jeszcze 13. i 14. emerytury.
I właśnie o tę dysproporcję nam chodzi. Nie o to, że Ukraińcy pracujący w Polsce płacą składki – bo oczywiście płacą – tylko o to, jak niewielki może być faktyczny wkład konkretnej osoby do polskiego systemu w stosunku do dodatkowych świadczeń finansowanych później przez ten system.
🇵🇱 Projekt dotyczący wyrównań składamy na najbliższym posiedzeniu Sejmu, a po tym, czego dowiedzieliśmy się w ZUS-ie, bierzemy na warsztat również trzynastki i czternastki.
Tę furtkę trzeba zamknąć, zanim problem urośnie do naprawdę poważnych rozmiarów. 🇵🇱
Randomizowane badanie kliniczne z Washington University School of Medicine, opublikowane 27 sierpnia 2026 roku w Cell Metabolism, porównało trzy popularne diety u osób z otyłością metaboliczną: stanem przedcukrzycowym i stłuszczeniem wątroby. Uczestnicy jedli wyłącznie przygotowane przez badaczy posiłki. Po czterech-pięciu miesiącach każda grupa straciła około 10 procent masy ciała.
Ale dieta ketogeniczna (ok. 4 proc. energii z węglowodanów, 73 proc. z tłuszczu) zmniejszyła zawartość trójglicerydów w wątrobie o 67 procent - diety śródziemnomorska i bardzo niskotłuszczowa dieta roślinna - o 45 procent. Wrażliwość wątroby na insulinę poprawiła się na diecie keto nawet trzykrotnie, stan przedcukrzycowy ustąpił u połowy osób – na diecie śródziemnomorskiej u 29 procent i zaledwie u 7 procent na diecie roślinnej. Hemoglobina glikowana i dobowy profil glukozy również spadły najmocniej przy ograniczemniu węglowodanów.
Wątroba gromadzi tłuszcz z trzech źródeł: z wolnych kwasów tłuszczowych krążących we krwi (największy udział), z tłuszczu spożytego w posiłkach oraz z de novo lipogenezy - DNL. DNL to proces, w którym wątroba sama wytwarza nowe kwasy tłuszczowe z węglowodanów. U osób ze stłuszczeniem wątroby udział DNL jest wyraźnie podwyższony i rośnie wraz z dobowym stężeniem glukozy i insuliny.
Kluczem jest tu insulina, która włącza czynniki transkrypcyjne, które uruchamiają enzymy produkujące tłuszcz. Im wyższa i dłużej utrzymująca się insulina w ciągu doby, tym intensywniejsza synteza. Węglowodany - zwłaszcza cukry - podnoszą zarówno glukozę, jak i insulinę. Ograniczenie węglowodanów oba te sygnały ścisza.
W badaniu Petersena i Kleina 24-godzinne stężenie insuliny spadło o 74 procent na diecie ketogenicznej, o 44 procent na śródziemnomorskiej i o 27 procent na diecie roślinnej. DNL zmalała najsilniej właśnie w grupie keto; w grupie roślinnej praktycznie się nie zmieniła. Zmiana DNL korelowała ze zmianą dobowej insuliny. Do tego na keto wzrósł glukagon, hormon hamujący syntezę tłuszczu, przyspieszający jego rozkład w wątrobie i spalanie.
Przy identycznym ubytku wagi wątroba na diecie niskowęglowodanowej zarówno wytwarzała mniej tłuszczu, jak i szybciej się go pozbywała.
Jak widać, wątroba reaguje nie tylko na to, ile jemy, ale i na to, co jemy.
https://t.co/oz6J82rPkv
Bardzo ciekawy wpis na facebookowym profilu Activist Watch (polecam), który przeklejam w całości.
O sprawie planów ogólnych trzeba pisać, bo ich skutki dla nawet nie setek tysięcy, ale milionów Polaków mogą być DRUZGOCĄCE i iść w miliardy złotych strat wartości działek.
Coraz bardziej nasuwa się pytanie: cui bono? Kto na tym zyskał? Komu to było potrzebne i po co?
(Na zdjęciu bohater wpisu.)
Reforma planowania przestrzennego, która może zmienić wartość tysięcy polskich działek, nie narodziła się po wyborach w 2023 roku.
Jej początki sięgają czasów rządów Zjednoczonej Prawicy.
To właśnie wtedy, około 2019–2020 roku, Robert Buciak trafił do administracji rządowej, a w 2020 roku był już związany z Departamentem Planowania Przestrzennego Ministerstwa Rozwoju.
Polską rządził Mateusz Morawiecki, a resortem rozwoju kierowała Jadwiga Emilewicz z Porozumienia.
Później ministerstwem kierował Jarosław Gowin.
To za tych rządów rozpoczęły się prace nad reformą, która kilka lat później miała przewrócić dotychczasowy system planowania do góry nogami.
Kim był człowiek, który znalazł się w środku tego procesu?
Buciak nie jest politykiem, nie był ministrem i nie ma podstaw do twierdzenia, że należał do PiS czy Porozumienia.
Nie jest też – przynajmniej w dostępnych oficjalnych materiałach – przedstawiany jako architekt czy urbanista posiadający takie kwalifikacje.
Jego wcześniejsza kariera związana była https://t.co/bqlkg7L119. ze statystyką regionalną, a sam przedstawia się jako absolwent Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Matematyczno-Przyrodniczych UW.
Krótko mówiąc: człowiek od danych, statystyki i analiz przestrzennych trafił do departamentu, który zaczął przygotowywać fundamentalną zmianę zasad zabudowy w Polsce.
I właśnie tutaj robi się ciekawie.
W 2020 roku ministerstwo rozpoczęło prace nad nowym systemem planowania.
W 2021 roku powstawały kolejne założenia i projekty, a pod koniec roku reforma wchodziła już w fazę formalnych uzgodnień.
W 2022 roku projekt był konsultowany i uzgadniany międzyresortowo.
Nie był to więc spontaniczny pomysł jednego ministra, lecz wieloletnia praca urzędniczego aparatu.
Buciak był częścią tego aparatu.
W 2023 roku występował przed komisjami Sejmu jako główny specjalista Departamentu Planowania Przestrzennego MRiT.
Co więcej, przedstawiciele ministerstwa oddawali mu głos przy omawianiu konkretnych przepisów, a sam Buciak wskazywał, że kierował pracami zespołu rewitalizacji.
W 2026 roku nadal pozostaje związany z tym departamentem, który odpowiada za rozwiązania systemowe w zakresie planowania przestrzennego i wdrażanie reformy.
A sama reforma?
Jej najważniejszym elementem stał się plan ogólny gminy.
To on ma określać, gdzie i w jakich strefach będzie możliwa zabudowa.
Wprowadzono również obszary uzupełnienia zabudowy, od których zależy możliwość uzyskania wielu decyzji o warunkach zabudowy.
Brzmi niewinnie: „ład przestrzenny”, „miasto kompaktowe”, „ograniczenie chaosu”.
Problem polega na tym, że za tymi eleganckimi określeniami stoją konkretne działki i konkretne pieniądze.
Działka, która dzisiaj ma potencjał budowlany, niekoniecznie będzie miała taki sam potencjał po uchwaleniu planu ogólnego.
Jeżeli zostanie wyłączona z odpowiedniego obszaru, właściciel może mieć znacznie większy problem z uzyskaniem WZ.
A różnica między działką, na której można zbudować kilka domów, a działką bez realnego potencjału inwestycyjnego może wynosić setki tysięcy złotych.
I tutaj pojawia się najbardziej niewygodne pytanie.
Czy państwo rzeczywiście tylko „porządkuje przestrzeń”, czy przy okazji decyduje, które działki zachowają swoją wartość inwestycyjną?
Bo kiedy urzędnicza kreska na mapie rozdziela teren na „możliwy do zabudowy” i „problemowy”, ta kreska może mieć wartość większą niż niejeden dom.
Nie oznacza to oczywiście, że Robert Buciak osobiście decyduje, kto może budować.
Nie oznacza również, że sam wymyślił reformę.
Był i jest urzędnikiem pracującym w departamencie odpowiedzialnym za jej przygotowanie i wdrażanie.
W 2024 roku reprezentował MRiT również w grupie roboczej dotyczącej klas przeznaczenia terenów w planach miejscowych.
A w 2026 roku dyrektor departamentu nadal przekazywał mu głos przy omawianiu przepisów.
I tu dochodzimy do paradoksu całej historii.
Politycy zmieniają się przy urnach, ministrowie zmieniają gabinety, partie zmieniają miejsca w ławach sejmowych, a urzędnicy zajmujący się szczegółami reform pozostają.
Reforma rozpoczęta za rządów Zjednoczonej Prawicy jest więc dziś wdrażana przez kolejne kierownictwa resortu.
Buciak jest jednym z przykładów tej administracyjnej ciągłości.
Dla przeciętnego właściciela działki cała sprawa może wyglądać banalnie.
Kupił ziemię za własne pieniądze i zakładał, że kiedyś wybuduje tam dom albo sprzeda ją komuś, kto to zrobi.
Teraz musi śledzić plan ogólny, strefę planistyczną, obszar uzupełnienia zabudowy i kolejne zmiany ustawy.
Czyli dokładnie to, czego każdy obywatel marzy, aby nauczyć się po zakupie działki: matematyki urbanistycznej i ministerialnego języka.
Można więc powiedzieć z przekąsem: dawniej człowiek kupował działkę, a potem zastanawiał się, co na niej wybuduje.
Dzisiaj najpierw powinien zastanowić się, co narysuje na mapie gmina.
A pomiędzy jednym a drugim stoi cała armia ekspertów, urzędników, algorytmów i przepisów.
Najbardziej absurdalne jest jednak to, że skutki tej „technicznej” reformy mogą być bardzo nietechniczne.
Dla jednego właściciela oznaczać będą możliwość zabudowy.
Dla drugiego – ograniczenie możliwości inwestowania.
Dla trzeciego – potencjalny spadek wartości nieruchomości.
A dla kogoś innego może to być świetna wiadomość, bo jego działka znajdzie się po właściwej stronie planistycznej kreski.
Dlatego warto patrzeć na tę reformę nie tylko oczami urbanisty czy urzędnika.
Trzeba patrzeć również oczami właściciela ziemi.
Bo kiedy państwo mówi, że „porządkuje przestrzeń”, obywatel powinien zadać proste pytanie: kto ostatecznie zapłaci za ten porządek?
Robert Buciak nie jest właścicielem tej reformy.
Jest jednak jednym z urzędników, którzy od lat pracują w jej centrum.
I właśnie dlatego jego zawodowa droga jest warta prześledzenia – od pracy związanej ze statystyką i analizą danych, przez Departament Planowania Przestrzennego, aż po współuczestniczenie we wdrażaniu systemu, który może zdecydować o przyszłości milionów metrów kwadratowych polskiej ziemi.
A jeżeli ktoś uważa, że to tylko niewinna reforma urbanistyczna, powinien najpierw sprawdzić wartość swojej działki przed i po planie ogólnym.
Wtedy być może okaże się, że najbardziej wartościową częścią działki nie jest ziemia.
Jest nią decyzja urzędnika, który określa, co wolno na niej zrobić.
Wbrew pozorom pytanie o to, kogo serwuje pan prezydent jako gościa "artystycznego" młodym ludziom podczas imprezy w Juracie nie jest marginalne. Powiedziałbym wręcz, że jest bardzo ważne.
Mówimy o imprezie, która ma wydźwięk formacyjny, czyli wyznacza trendy. Ma pokazać, co jest ważne, co warto wspierać, czym się interesować. Z tego punktu widzenia wystawienie przez pana prezydenta - poza listkiem figowym w postaci dwóch Koreańczyków grających muzykę najoczywistszą, czyli Chopina - wyłącznie jakichś grajków z tekstami pozbawionymi jakiejkolwiek głębi i ambicji jest niestety bardzo symptomatyczne.
Wśród muzyków naprawdę było z kogo wybierać inaczej - wystarczy zobaczyć, kto występuje co roku na koncertach w Muzeum Powstania Warszawskiego: Mela Koteluk, Kwiat Jabłoni, Monika Brodka, Kwadrofonik. Że nie wspomnę o takich klasykach jak Luxtorpeda. O wątkach bardów narodowych - Kaczmarskiego, Gintrowskiego, Kowalskiego - już pisałem.
Niestety, w swojej wizerunkowej kreacji na trybuna ludowego, schlebiającego prostym gustom, pan Nawrocki - jakkolwiek umiejętnie pozycjonuje się naprzeciw pana Tuska, któremu tym samym przyprawia gębę pretensjonalnego elitarysty - idzie po prostu za daleko. Robi się to sztuczne, nachalne, a jeśli idzie o pracę formacyjną nad nowym pokoleniem, jeśli program tego spotkania ma tu być jakimś wyznacznikiem - po prostu groźne, bo idzie w jakieś skrajne sprymityzowanie gustów.
Skład panelistów w Juracie to osobny rozdział i o tym przyjdzie jeszcze napisać. Jednak i tutaj jednokierunkowość doboru uczestników jest jasna i oczywista.
@lkwarzecha@FundacjaWEI Ja bym nie wysuwał wniosku że chodzi o dręczenie kierowców dla samego dokopania kierowcom, ale chodzi WYŁĄCZNIE o kasę, od samorządu gminnego po ministra finansów, kasa kasa kasa.