@LKraskowski Fajnie.
Mają jakiś cel w życiu.
Może psiecko doceni nowe stringi lub kotecko.
Kiedyś na spacery z psem wychodziły dzieci z podstawówki.
Teraz podstarzałe Panie i Panowie około 40.
Nowe limity prędkości w UE?
30 km/h - w zabudowanym
80 km/h - poza zabudowanym
120 km/h - na autostradach
Bruksela chce zwolnić polskie drogi. Kolejny pomysł oderwany od rzeczywistości❗
Europejska Rada Bezpieczeństwa Transportu, wpływowa brukselska organizacja lobbingowa, forsuje drastyczne obniżenie dozwolonych prędkości w całej Unii. Postulat brzmi konkretnie: maksymalnie 120 km/h na autostradach, 80 km/h na drogach poza terenem zabudowanym i zaledwie 30 km/h w miastach.
To na razie propozycja organizacji pozarządowej, a nie obowiązujące prawo. Sam apel o zwalnianie wyszedł od Komisji Europejskiej w ramach pakietu oszczędzania energii po wybuchu wojny w Ukrainie. Ale kierunek jest niepokojący, bo takie postulaty mają to do siebie, że najpierw są "sugestią", a po latach wracają jako dyrektywa.
Zastanówmy się, co oznaczałoby 30 km/h w mieście. Cała komunikacja stanęłaby w miejscu, korki wydłużyłyby się w nieskończoność, a kierowca gapiący się w prędkościomierz zamiast na drogę wcale nie jeździłby bezpieczniej. Rodziła by się frustracja związana z absurdalnymi limitami na szerokich ulicach. Absurdalna jest natomiast teza Antonio Avenoso, dyrektora wykonawczego ETSC, który uznał, że „nie ma dziś absolutnie żadnego uzasadnienia dla domyślnych limitów 50 km/h na drogach miejskich”. Jako przykład
Kierowca to nie wróg!
Dla milionów polskich rodzin, zwłaszcza poza wielkimi miastami, auto to codzienna konieczność, nie fanaberia.
Fiskus zamienia kamery drogowe w system śledzenia obywateli❗
Każdy z nas może być śledzony. Państwo sprawdza, gdzie i kiedy jeździmy.
To jedna z najgroźniejszych spraw ostatnich miesięcy, a przechodzi niemal bez echa. Skarbówka prawdopodobnie wykorzystuje system kamer, zbudowany do walki z przemytem, do rutynowego prześwietlania zwykłych przedsiębiorców. I nie chce powiedzieć, na jakiej podstawie.
System nazywa się ANPRS, czyli automatyczne rozpoznawanie tablic rejestracyjnych. Krajowa Administracja Skarbowa oficjalnie budowała go i uzasadniała jednym celem: zwalczaniem przemytu towarów i poważnych oszustw podatkowych. Kamery rozstawiono na granicach i głównych drogach kraju. Cel brzmiał poważnie i konkretnie.
A dziś okazuje się, że ten sam system może służyć do sprawdzania, czy mały przedsiębiorca pojechał samochodem dokładnie tam, gdzie wpisał w ewidencji przebiegu do odliczenia VAT. Narzędzie stworzone do łapania przemytników zostaje wycelowane w fryzjera, hydraulika i właściciela pierogarni.
Dziennikarze dziennika motoryzacyjnego https://t.co/rnj9QoPHTW. wysłali do Ministerstwa Finansów 22 konkretne pytania. Odpowiedź była wymijająca i pusta. Resort nie wskazał podstawy prawnej używania kamer w sprawach VAT. Nie powiedział, jak długo przechowuje dane o przejazdach. Nie ujawnił, ilu urzędników ma do nich dostęp ani czy istnieje audyt tego dostępu. Nie wyjaśnił, jak obywatel może sprawdzić i zakwestionować odczyt swojej tablicy. Zbył wszystko ogólnikiem o danych pozostających w posiadaniu organu.
Nie tylko przedsiębiorcy mogą być śledzeni, przecież system monitoruje wszystkie auta i sczytuje wszystkie tablice. Jedynie przedsiębiorcy na tym tracą.
Dlaczego to takie groźne?
Po pierwsze, to jest budowa mapy Twojego życia. Numer tablicy, data, godzina i miejsce, zebrane razem przez miesiące, pozwalają odtworzyć, gdzie jeździsz, kiedy, do kogo i jak często. Do kościoła, do lekarza, do sklepu. Państwo, które chce sprawdzić jedno odliczenie za paliwo, dostaje do ręki narzędzie do prześwietlenia całego Twojego przemieszczania się.
Po drugie, to odwrócenie proporcji, którego zakazuje Konstytucja. Artykuł 51 mówi jasno: władza może zbierać o obywatelu wyłącznie dane niezbędne w demokratycznym państwie. Nie wygodne, nie przydatne, nie ciekawe dla urzędnika. Rekonstruowanie historii przejazdów, by znaleźć cokolwiek przeciwko przedsiębiorcy, to nie jest niezbędność. To inwigilacja na wszelki wypadek.
Po trzecie, standard dla groźnych przestępców przenosi się na zwykłego obywatela. Śledzenie pojazdu Europejski Trybunał Praw Człowieka dopuszczał w sprawach o handel narkotykami i to pod warunkiem jasnej podstawy prawnej. Tu tę samą technikę stosuje się rzekomo do drobnej sprawy podatkowej. Skala inwigilacji rażąco nie odpowiada wadze sprawy.
Po czwarte, i najgroźniejsze w codziennym życiu, państwo może się pomylić. System potrafi źle odczytać numer. Tablica bywa sklonowana. Autem jechał ktoś inny, bo było użyczone albo w serwisie. A obywatel dostaje zarzut, którego nie ma jak obalić, bo nie widzi nawet materiału użytego przeciwko niemu. Tajny rekord z kamery kontra bezradny człowiek.
I na to wszystko Ministerstwo Finansów odpowiada milczeniem. Nie zaprzecza, nie tłumaczy, nie pokazuje przepisu. A milczenie w takiej sprawie jest samo w sobie odpowiedzią. Gdyby istniała jasna, zgodna z prawem podstawa, resort podałby ją w jednym zdaniu.
To jest kolejny element układanki, którą składamy od tygodni. Najpierw KSeF i wgląd w każdą fakturę na żywo. Potem projekt dający ZUS automatyczny klucz do danych skarbowych. Teraz kamery drogowe zamienione w narzędzie śledzenia kierowców. Każdy krok osobno tłumaczy się wygodą, walką z oszustami i troską o dzieci. Razem budują państwo, które patrzy obywatelowi na ręce przez całą dobę.
Wolność to także prawo do tego, by państwo nie wiedziało, gdzie akurat jedziesz. Prywatność nie jest przywilejem, który władza łaskawie przyznaje. Jest prawem, które ją ogranicza. Żądamy od Ministerstwa Finansów jednego: jawnej, konkretnej podstawy prawnej albo natychmiastowego zaprzestania tej praktyki. Bo państwo, które łata dziurę budżetową masową inwigilacją kierowców, przekracza granicę, za którą kończy się wolny obywatel, a zaczyna podejrzany na dożywotnim nadzorze.