To wcale nie TVRepublika najbardziej szkodzi K15X, bo tam jest patoprawicowa bańka wyborców, która nigdy się nie odwróci.
Największym zagrożeniem dla demokracji są symetryści jak np. pani Wielowiejska czy pan Piasecki z TVN24
To oni subtelnie manipulują niezdecydowanymi wyborcami
PLAN SADURSKIEGO! Prof. @WojSadurski mówi jak, już od jutra, można uzdrowić Trybunał Konstytucyjny. To prosty plan demokratycznego ukonstytuowania swojego przedstawicielstwa przez prawidłowo wybranych sędziów TK.
Warto posłuchać i podać dalej. Niech się niesie pod rozwagę 👍
Nie prosimy, żeby nam uwierzono. Żądamy, żeby państwo sprawdziło własne dokumenty
Najłatwiej powiedzieć, że to prywatna wojna Pińskiego i Szwejgierta z prokuraturą i CBA. Dwóch facetów ma pretensje, bo jednemu postawiono zarzuty, a drugi uważa, że był inwigilowany.
Tyle że tu nie chodzi o nasze pretensje. I nie trzeba nam wierzyć na słowo, bo wszystko, co poniżej, ma sygnatury.
Prokuratura Okręgowa w Rzeszowie prowadziła śledztwo o sygn. 3036-1.Ds.81.2025. Jego przedmiot — w oficjalnym opisie samej prokuratury — to przekroczenie uprawnień przez funkcjonariuszy CBA i prokuratorów Prokuratury Regionalnej w Lublinie, polegające na bezprawnym wpływaniu na materiał dowodowy w śledztwie przeciwko Tomaszowi Szwejgiertowi „poprzez bezprawne pozyskanie do tajnej współpracy z Centralnym Biurem Antykorupcyjnym obrońcy Tomasza Szwejgierta, radcy prawnej Doroty Emanuel, wbrew zakazowi wynikającemu z art. 26 ust. 1 pkt 4 ustawy o CBA".
Przeczytajcie to jeszcze raz. Państwo polskie samo wszczęło śledztwo o to, że służba specjalna zwerbowała obrońcę podejrzanego. Nie my to wymyśliliśmy. To formalny przedmiot postępowania.
18 lutego 2026 r. śledztwo umorzono — „z braku danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie".
I teraz najlepsze. Z akt sprawy IV Kp 217/26 Sądu Rejonowego Lublin-Zachód, który wkrótce rozpozna nasze zażalenia, wynika, czego w tym śledztwie NIE zrobiono:
Nie zwrócono się do CBA ani do Szefa CBA o potwierdzenie lub zaprzeczenie współpracy. Nie zażądano dokumentacji. Nie przesłuchano Doroty Emanuel. Nie przesłuchano prokurator Anny Siwiec ani innych osób wskazanych w zawiadomieniu. Wnioski dowodowe pokrzywdzonych oddalono jako „zmierzające do przedłużenia postępowania".
Śledztwo o tajną współpracę z CBA umorzono, nie zadając CBA ani jednego pytania.
A jest coś jeszcze. W piśmie prokuratury czarno na białym przyznano, że przesłuchani świadkowie, w tym byli funkcjonariusze CBA „wspierają wersję wydarzeń przedstawioną przez pokrzywdzonego Tomasza Szwejgierta". Prokuratura sama to napisała. I umorzyła.
To nie jest brak możliwości dowodowych. To jest wybór.
Wiemy, że to wybór, bo ten sam urząd potrafi działać inaczej. W śledztwie dotyczącym finansowania konferencji CPAC prokurator Jarosław Kulczycki z tej samej Prokuratury Okręgowej w Rzeszowie wystąpił do Telewizji Republika o pełne nagrania konferencji, listę uczestników i prelegentów oraz dane podmiotu, od którego stacja uzyskała prawo do marki CPAC — z terminem siedmiu dni.
Gdy chodziło o konferencję polityczną, prokuratura chciała poznać nawet listę gości.
Gdy chodzi o podejrzenie, że CBA opłacało osoby odgrywające kluczowe role w postępowaniu karnym, to prokuratura nie zapytała CBA o nic.
Prokurator nie stwierdził, że dokumenty są fałszywe. Nie stwierdził, że wskazane w zawiadomieniu osoby nie współpracowały z CBA. Nie stwierdził, że opisane wypłaty nie miały miejsca.
Prokurator postanowił tego nie ustalać. A potem brak ustaleń wykorzystał jako argument za umorzeniem.
To klasyczny paragraf 22: nie możemy sprawdzić, czy tajni współpracownicy CBA uczestniczyli w politycznie motywowanych postępowaniach, ponieważ musimy chronić tajnych współpracowników CBA.
Jeżeli ich nie ujawnimy, nie można wykazać konfliktu interesów. Jeżeli nie można wykazać konfliktu interesów, nie ma podstaw do śledztwa. Jeżeli nie ma śledztwa, współpracownicy pozostają chronieni.
System zamyka się sam.
## O co naprawdę chodziło
Tomasz Szwejgiert był człowiekiem służb. Znał ich mechanizmy, ludzi, język i metody. Wiedział, jak powstają operacje, w których oficjalny cel jest tylko pretekstem, a prawdziwy cel znajduje się kilka pięter wyżej. Miał również bardzo dobre kontakty ze mną — Janem Pińskim. Ja natomiast utrzymywałem kontakty z Romanem Giertychem, jednym z najważniejszych przeciwników politycznych obozu PiS i prokuratury Zbigniewa Ziobry.
Nasza teza jest prosta: służby mogły postanowić upiec kilka pieczeni na jednym ogniu. Najpierw osłabić Szwejgierta — człowieka wywiadu, który wyszedł poza kontrolowany obieg informacji. Następnie uderzyć w Pińskiego — dziennikarza publikującego informacje ze świata służb i prokuratury. A za pośrednictwem Pińskiego próbować zbliżyć się do Romana Giertycha.
Nie przedstawiam tego jako ustalenia sądu. Przedstawiam to jako hipotezę wynikającą z ciągu wydarzeń, kontaktów, zainteresowania służb — i sposobu, w jaki później blokowano wyjaśnienie sprawy.
Właśnie dlatego potrzebne jest prawdziwe śledztwo. Nie śledztwo polegające na przepisywaniu notatek. Nie śledztwo, w którym prokurator pyta sam siebie, czy warto zapytać CBA, po czym odpowiada, że nie warto.
## Dlaczego to dotyczy każdego
Obrońca zna strategię obrony, kontakty klienta i tajemnice objęte poufnością. Prokurator zna materiał śledztwa, plany czynności, dowody i zeznania świadków.
Jeżeli służba kontroluje jednocześnie źródła po stronie obrony i oskarżenia, nie prowadzi już postępowania. Reżyseruje je.
I właśnie dlatego może istnieć zmowa milczenia. Nie musi polegać na tym, że wszyscy spotkali się w jednym pokoju. Wystarczy, że każda instytucja wie, iż ujawnienie jednego tajnego współpracownika może uruchomić lawinę: podważyć śledztwa, procesy, wyroki, awanse i kariery.
Wystarczy, że prokuratura nie chce sprawdzić CBA. CBA nie chce odpowiedzieć prokuraturze. Sąd słyszy, że nie ma materiału. A politycy mówią, że rozliczenia trwają.
Sejmowa komisja śledcza nadal formalnie bada wykorzystywanie Pegasusa w latach 2015–2023. Ale osoby, które były inwigilowane, wciąż nie mają dostępu do materiałów własnej inwigilacji. Piński i Szwejgiert nie mogą dostać się do swoich Pegasusów. Nie wiemy, jakie dane przejęto, kto je czytał, komu je przekazywano i do jakich operacji zostały użyte. Nie wiemy też, ilu polityków, dziennikarzy, prokuratorów, sędziów, adwokatów i radców prawnych objęto podobnymi mechanizmami. Skala pozostaje nieznana, bo państwo nadal zasłania się tajemnicą.
Donaldzie Tusku to jest już odpowiedzialność pańskiego rządu
PiS stworzył system Pegasusa, politycznej prokuratury i operacji wymierzonych w przeciwników. Ale jeśli po zmianie władzy ofiary nadal nie mają dostępu do swoich spraw, dokumenty nadal nie są weryfikowane, a prokuratorzy nadal chronią tajnych współpracowników zamiast badać ich rolę.
To przestaje być system PiS. Staje się systemem, który obecna władza toleruje.
Nie można budować kampanii na haśle rozliczenia Pegasusa, a następnie chronić mechanizmy, ludzi i tajemnice, dzięki którym Pegasus był skuteczny. Nie można mówić „rozliczymy", a po dwóch i pół roku odpowiadać ofiarom: „nie możemy wam pokazać, bo musimy chronić współpracowników CBA".
Donaldzie Tusku, nie prosimy pana o osobistą przysługę. Prosimy, żeby państwo polskie przestało chronić ludzi, którzy mogli uczestniczyć w niszczeniu obywateli na polityczne zamówienie.
Waldemarze Żurku, pańska biografia pana zobowiązuje
Waldemar Żurek jest Ministrem Sprawiedliwości i Prokuratorem Generalnym. Sam przez lata opowiadał o naciskach, represjach i wykorzystywaniu państwa przeciwko sędziom sprzeciwiającym się władzy PiS. Dlatego nie może dziś udawać, że sprawa 3036-1.Ds.81.2025 jest technicznym problemem jednego prokuratora z Rzeszowa.
Prokurator Generalny odpowiada za to, czy prokuratura bada przestępstwa służb, czy chroni służby przed badaniem. Odpowiada za to, czy prokurator może umorzyć postępowanie, nie pytając instytucji posiadającej kluczowe dowody.
Waldemarze Żurku, jeżeli pozwoli pan, aby prokuratura zasłaniała się ochroną tajnych współpracowników CBA przed zbadaniem możliwych przestępstw CBA — nie będzie to rozliczenie systemu Ziobry. Będzie to jego dalsze funkcjonowanie pod nowym kierownictwem.
Czego żądamy
Nie domagamy się, aby ktokolwiek uwierzył nam na słowo. Domagamy się czegoś znacznie prostszego.
Niech CBA oficjalnie potwierdzi albo zaprzeczy autentyczności dokumentów. Niech zostaną przesłuchane osoby wskazane w materiałach. Niech niezależny prokurator zbada przepływy pieniędzy. Niech pokrzywdzeni otrzymają dostęp do informacji o własnej inwigilacji w zakresie, w jakim nie zagraża to realnym operacjom państwa. Niech sąd w sprawie IV Kp 217/26 dostanie pełny materiał, a nie teczkę, z której prokurator najpierw usunął dowody, a potem powołał się na ich brak.
Jeżeli się mylimy, niech państwo to wykaże. Jeżeli dokumenty są fałszywe, niech ktoś odpowie za ich sfałszowanie. Jeżeli wskazane osoby nie były współpracownikami CBA, niech CBA oficjalnie to stwierdzi.
Ale jeśli mamy rację, to znaczy, że służba specjalna za publiczne pieniądze zbudowała sieć ludzi wewnątrz wymiaru sprawiedliwości, po obu stronach stołu: w prokuraturze i w obronie, a następnie używała ich w sprawach politycznych.
Najbardziej przerażające nie jest to, że taki system mógł powstać. Najbardziej przerażające jest to, że po zmianie władzy system może nadal chronić sam siebie.
Nie prosimy o łaskę. Nie prosimy o zemstę. Nie prosimy nawet, żeby nam uwierzono.
Żądamy tylko, żeby Rzeczpospolita miała odwagę sprawdzić własne dokumenty.
Jan Piński, Tomasz Szwejgiert
Bartłomiej Sienkiewicz w jednym zdaniu powiedział to, czego reszta obozu władzy panicznie boi się wypowiedzieć głośno:
„Na razie niezależność prokuratury polega na tym, że im nie zależy.”
To nie jest złośliwość. To miażdżący akt oskarżenia wobec instytucji, która miała rozliczyć osiem lat bezprawia, a zamiast tego stała się maszynką do przesuwania spraw na później.Sienkiewicz nie gada. Gdy trzeba było wyrwać media publiczne z rąk PiS-owskich nominatów, nie urządzał okrągłych stołów ani nie chował się za procedurami. Zrobił to szybko, bez litości i skutecznie. Dlatego jego słowa bolą najbardziej.A rzeczywistość? Minęły miesiące. Zero rozliczeń. Zero wyroków. Tylko niekończące się „analizy”, „oceny dowodów” i kolejne konferencje o tym, że „trzeba ostrożnie”.To już nie jest ostrożność. To paraliż i tchórzostwo.
Państwo nie może być zakładnikiem własnej niemocy. Jeśli są dowody – działać natychmiast. Jeśli ich nie ma – powiedzieć to wprost. Najgorsze, co robicie, to to wieczne dreptanie w miejscu, które wygląda jak ochrona starych układów.
Każdy kolejny miesiąc zwłoki to prezent dla PiS.
Każdy dzień bezczynności wzmacnia ich narrację o „polowaniu na czarownice”, bo wy nie potraficie jej zakończyć konkretnymi aktami oskarżenia.
Ludzie nie głosowali 15 października po to, żeby oglądać administracyjne dreptanie i słuchać pustych haseł. Głosowali po to, żeby państwo wreszcie odzyskało kręgosłup.Czas skończyć z teatrem. Albo rozliczycie – albo przyznajcie, że nie macie na to siły ani woli.
Trzeciej opcji nie ma.
Bartłomiej Sienkiewicz też zauważa to co się dzieje w Prokuraturze kierowanej przez Dariusza Korneluka. Jego spostrzeżenia są tym cenniejsze, że on przecież potrafił wyrzucić pisowskie złogi z telewizji publicznej. Szybko i skutecznie.
Jakże gorzkie i jakże celne: "na razie niezależność prokuratury polega na tym, że im nie zależy".
@okiemtomkaw@Agucia1@NawrockiKn Dodałbym, że kilka godzin po tym strasznym „zamachu” wystąpił jakby nigdy nic pełen entuzjazmu, na kolejnym wiecu wyborczym.
Normalny sztab i kandydat odwołałby spotkania wyborcze na kilka dni i ruszył ze spinem o zamachu, po którym wygraną miałby w kieszeni.
Nie wyraziła zgody na przedłużenie delegacji i prowadzenie sprawy, czy nie złożyła oświadczenia?
Dwa różne komunikaty w dwa dni. Wprawdzie różnica w treści, jak między urlopem a urlopem macierzyńskim albo krzesłem i krzesłem elektrycznym, ale nie bądźmy takimi formalistami, c’nie? 😎
Snus to woreczek z nikotyną.
Jeśli prezydent nie może się powstrzymać przed zażyciem w trakcie wywiadu czy marszu, tzn. że jest silnie od niej uzależniony.
Skoro pół Polski uważa, że to jakieś zakazane substancje, czyż nie rozsądnie byłoby po prostu wrócić do papierosów?
#sarkazm
Richard Gere kieruje te słowa do całego świata. Do nas również.
Co takiego się stało, że dopuściliśmy do głosu dyktatury potworów?
Zasnęliśmy. Uznaliśmy, że tak jak jest, będzie zawsze.
Nie głosowaliśmy, bo uznaliśmy, że wszystko ma juz swoje miejsce i nie trzeba się wysilać.
To wystarczyło by do głosu doszły dyktatury potworów.
Zgadzasz się z Richardem?
Zero wiarygodności. Jak Krzysztof Stanowski i jego ludzie produkują afery
To może być mój ostatni tekst w życiu. Pisząc ten tekst o Krzysztofie Stanowskim i jego roli w narracji wokół afery Szpitala Południowego, wiem, że sporo ryzykuję. Wszyscy wiemy, kto za nim stoi i do czego zdolni są ci ludzie.
Kiedy skończyłem pisać ten materiał i wyłączyłem komputer, przez chwilę siedziałem w ciszy. Potem zadałem sobie pytanie: „Czy moja rodzina jest bezpieczna?”.
Nie mam żadnych dowodów, że grozi jej jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Nikt mi nie groził. Nikt nie próbował mnie zastraszyć. Nikt nie wykonywał podejrzanych telefonów. Ale przecież nie o dowody tutaj chodzi. Chodzi o emocje.
O atmosferę zagrożenia. O zasugerowanie wam, że skoro ktoś tak znany jak Stanowski powtarza takie pytanie, to musi stać za tym jakaś mroczna, groźna siła. I właśnie od tego — od chwytu, a nie od faktu — warto zacząć historię o aferze Szpitala Południowego i o sposobie, w jaki opowiadają ją Krzysztof Stanowski i jego pracownicy: Patryk Słowik, Robert Mazurek i paru innych.
Z błahej sprawy konfliktu dwóch lekarzy w Szpitalu Południowym Stanowski kręci aferę, w której sugeruje zabijanie pacjentów i wielkie nadużycia. A to wszystko kompletnie bez żadnych dowodów. Przemilcza wszystko, co stawia jego informatora, dr. Jędrzejewskiego, w złym świetle.
A te fakty to: zamieszanie w aferę z kupowaniem dyplomów przez Roberta Lewandowskiego na pewnej łódzkiej uczelni. Dr Jędrzejewski przekonywał dziennikarzy Onetu, że Lewandowski tę uczelnię kończył. Stanowski przemilcza również fakt konfliktu dr. Jędrzejewskiego ze Szpitalem Południowym, żal do Rafała Trzaskowskiego o brak przychylności i otwarty konflikt z młodym lekarzem, który tym szpitalem zarządzał.
Zamiast tego pojawia się bohater, dr Emil Jędrzejewski. Widz poznaje go jako samotnego sygnalistę walczącego z potężnym układem.
Następnie pojawia się emocjonalny haczyk: „Gdy wyłączyliśmy kamery, dr Emil Jędrzejewski zadał jedno pytanie: »Czy myśli Pan, że moja rodzina jest bezpieczna?«”.
To zdanie działa jak oskarżenie rządu Tuska o mafijne działanie. Nie zawiera żadnego dowodu. Nie opisuje żadnego konkretnego zdarzenia. Nie wskazuje żadnej osoby, która miałaby komukolwiek grozić. Ale wywołuje dokładnie taki efekt, jaki ma wywołać — widz ma uwierzyć, że ujawniono coś tak strasznego, iż świadek obawia się o bezpieczeństwo własnej rodziny.
To nie jest informacja. To jest emocjonalna, podprogowa sugestia. To nie jest interpretacja wyssana z palca. Wystarczy spojrzeć, w jaki sposób Kanał Zero promował własny materiał. To właśnie ten cytat, nie wyniki kontroli, nie dokumenty, nie zawiadomienia do prokuratury, wybrano jako jeden z głównych magnesów reklamujących całą historię.
Spośród wszystkiego, co rzekomo ustalili, na sztandar trafiło pytanie o bezpieczeństwo rodziny. To wybór redakcyjny, a nie przypadek.
Jeszcze dalej poszedł sam Krzysztof Stanowski, który napisał: „Krajobraz po bombie. Doktor Jędrzejewski i jego strach, Rafał Trzaskowski i Donald Tusk”.
To bardzo interesująca konstrukcja. W jednym zdaniu połączono strach świadka z dwoma najważniejszymi politykami obozu rządzącego. Formalnie nikogo o nic się nie oskarża. Emocjonalnie odbiorca otrzymuje jednak bardzo wyraźną sugestię, gdzie powinien szukać winnych.
W ten sposób historia o funkcjonowaniu jednego szpitala przestaje być historią o szpitalu. Staje się historią o Platformie Obywatelskiej, o Tusku i o Trzaskowskim.
Widz ma odnieść wrażenie, że odpowiedzialność została już udowodniona.
Przerażony świadek. Zagrożona rodzina. Politycy rządzącej formacji. „Bomba”. „Szokujące informacje”.
Wszystkie razem tworzą jednak gotową narrację, zanim opinia publiczna zobaczy pełny materiał dowodowy.
Spirala kłamstw dopiero się rozkręca. Patryk Słowik opisuje specjalną ścieżkę przyjęć. Rzekomo dla polityków KO i ich rodzin. Opisuje mechanizm.
Jednocześnie nie publikuje nazwisk osób, które miałyby z niego korzystać: „W Warszawskim Szpitalu Południowym stworzono nieoficjalnie szybszą i bardziej komfortową ścieżkę przyjęć dla polityków Koalicji Obywatelskiej oraz ich rodzin”. Powstaje charakterystyczna sytuacja: „wiemy bardzo dużo, ale nie możemy powiedzieć wszystkiego”.
Buduje to atmosferę gigantycznej afery, a jednocześnie zwalnia autorów z obowiązku przedstawienia pełnego materiału dowodowego.
Czytelnik/widz otrzymuje informację, że lista istnieje, że autorzy wiedzą, kto się na niej znajduje — ale nie może samodzielnie zweryfikować najważniejszego elementu historii. Czy lista istnieje? Być może. Czy zawiera osoby publiczne? Być może. Czy zawiera dowody nadużyć? Tego odbiorca nadal nie wie.
Mechanizm manipulacji Stanowskiego i jego ludzi jest prosty: maksymalne emocje przy minimalnej możliwości niezależnej weryfikacji.
Jeszcze poważniejszy problem pojawia się przy najcięższych oskarżeniach. W materiałach Kanału Zero padają sugestie dotyczące śmierci pacjentów i rzekomych dramatycznych konsekwencji funkcjonowania szpitala. To już nie są kwestie organizacyjne ani nawet polityczne. To oskarżenia, które dotykają ludzkiego życia, a przez to wymagają najwyższego, a nie najniższego standardu dowodowego.
Stanowski do jednego worka wrzuca Tuska, Trzaskowskiego, wchodzenie bez kolejki do lekarza przez polityków KO i zgony pacjentów.
Widz słyszy o tragedii. Nie dostaje jednak dowodu, który pozwalałby zweryfikować skalę i charakter tych zarzutów. A różnica między „zmarł, bo zaniedbano”, a „zmarł, gdy w szpitalu działo się też coś nagannego”, jest różnicą fundamentalną i to właśnie tę różnicę narracja zaciera.
Stanowski nie pyta swojego rozmówcy, czemu nie złożył wcześniej formalnych zeznań potwierdzających jego zarzuty, mimo że był wzywany przez szpital do składania wyjaśnień. To nie jest drobiazg proceduralny. Jeżeli ktoś twierdzi, że wiedział o poważnych zaniedbaniach i nadużyciach, to ma obowiązek zawiadomić organy ścigania.
Stanowski buduje obraz człowieka, który bohatersko mówi prawdę mimo ryzyka. Jednocześnie pomija fakt, że jego rozmówca unikał takich słów w miejscach, w których składa się zeznania pod rygorem odpowiedzialności karnej.
I tu konieczne jest zastrzeżenie, którego sam Stanowski i jego pracownicy nie czynią wobec drugiej strony: spór finansowy nie oznacza, że Jędrzejewski kłamie. Zaniechanie zgłoszeń nie przesądza, że zarzuty są fałszywe. Sygnaliści bywają skonfliktowani z instytucją, którą ujawniają, i to nie dyskwalifikuje ich automatycznie.
Rzecz w tym, że odbiorca powinien znać cały kontekst i sam wyważyć te okoliczności, a nie otrzymać wyłącznie najbardziej emocjonalną część układanki.
Stanowski nie jest w tej historii dziennikarzem. To pacynka polityków i służb (w jego redakcji i na jej zapleczu roi się od współpracowników CBA i Agencji Wywiadu), który wykonuje przedstawienie, które ma pomóc wrócić do władzy PiS.
Dlaczego? Dla kasy. W latach 2018-2024 Stanowski dostał na Weszło minimum 5,8 mln zł tylko z Orlenu, milion zł z Totalizatora i ponad 1 mln zł z TVP, kilkaset tysięcy zł z NASK. Inne dotacje i "reklamy" nie są wiadome, bo nikt ich nie wyciągnął. Wtedy Stanowski miał "bieda media". Teraz, jak PiS wróci, będzie mógł "ciągnąć" jak Sakiewicz na Republikę i swoje media za PiS - setki milionów złotych.
NA ZIMNO, OKIEM OFICERA SŁUŻB. TO NIE PĘKNIE. TO PIERDOLNIE.
Na zimno powiem tak. Tej eskalacji przemocy może się już nie dać zatrzymać zwykłym apelem o rozsądek. Nie na tym etapie. Nie po takim pompowaniu emocji. Nie wtedy, gdy prawica walczy o słupki, własną widownię i chwilowy aplauz ludzi, którym od miesięcy wlewa się do głów gniew. Oni nie będą słuchać. A Ruscy zrobią wszystko, żeby ten ogień nie zgasł za szybko.
Piszę to jako były oficer służb specjalnych. Nie jako facet po lekturze kilku wpisów w internecie. Ja wiem, jak to się robi. Wiem, jak się grzeje tłum. Wiem, jak się wybiera punkt bólu. Wiem, jak się buduje atmosferę, w której pierwszy śmieć uznaje, że ma misję. Wiem też, jak potem wszyscy robią zdziwione mordy, że przecież nikt nie chciał, że emocje, że prowokacja, że incydent, że trzeba zachować spokój.
Spokój trzeba było zachować wcześniej.
Zanim ze zwykłych cywilnych Ukraińców zrobiono polityczną tarczę strzelniczą. Zanim każdy medialny pajac uznał, że może sobie szczuć, rechotać, pluć i jeszcze udawać obrońcę Polski. Zanim głowa państwa zaczęła biegać po scenie publicznej jak wariat z brzytwą i drzeć ryja razem z tłumem. Bo jak lata tic tac po pustej paczce, to jest zabawa. Jak lata głowa państwa i rozdaje emocjonalne przyzwolenie, to może się skończyć krwią. I żeby było jasne. Zełenski zrobił źle. Bardzo kurwa źle. W wielu sprawach można mu zarzucić głupotę, arogancję i kompletny brak wyczucia wobec Polski. Można mieć do Kijowa pretensje. Można mówić o Wołyniu, ekshumacjach, orderach, interesach, politycznej bezczelności i tym wszystkim, co przez lata zamiatano pod dywan. Tylko że jedna rzecz to spór z władzami Ukrainy, a druga rzecz to podpalanie nienawiści do ludzi, którzy tu mieszkają, pracują, uciekli przed wojną albo zwyczajnie próbują żyć.
Ja tu nie bronię Ukraińców. Ja wam piszę, jak bym to rozegrał, gdybym siedział w Moskwie i chciał podpalić Polskę od środka. Bo te kurwy znam. Znam ich sposób myślenia. Znam ich zimną cierpliwość. Znam ich pogardę dla ludzkiego życia. A wy będziecie mieli wątpliwą przyjemność niedługo ich poznać, jeśli dalej będziecie uważać, że wojna hybrydowa to mem, troll i paru idiotów w komentarzach. Polska jest państwem przyfrontowym. Nie kabaretem pod remizą. Za wschodnią granicą idzie wojna, a my siedzimy na beczce prochu. W kraju mieszka i pracuje ogromna ukraińska społeczność. Rosja to widzi. Rosyjskie służby to widzą. Ich agentura to widzi. Trolle to widzą. Każdy, kto ma choć trochę mózgu, widzi, że to gotowy detonator.
Najpierw miesiącami grzeje się nienawiść. Ukraińcy źli. Ukraińcy winni. Ukraińcy roszczeniowi. Ukraińcy uprzywilejowani. Ukraińcy zabierają. Ukraińcy obrażają. Ukraińcy zagrażają. Potem w sieci robi się syf. Potem w autobusie ktoś kogoś opluje. Potem wybita szyba. Potem pobicie. Potem politycy udają, że nic się nie dzieje, bo sondaże jeszcze się zgadzają. A potem ktoś ginie.
Ukraińska rodzina. Ojciec na froncie. Matka z trójką dzieci w Polsce, bo tutaj miało być bezpiecznie. Bo tu miały przeczekać rosyjskie rakiety, alarmy, piwnice, strach i śmierć. Bo Polska miała być dla nich chwilowym schronem, nie kolejnym miejscem, gdzie dosięgnie ich wojna. I nagle giną. Matka i dzieci. Albo dzieci. Albo jedno dziecko, bo to wystarczy. Wystarczy jeden mały trup, żeby rozpalić kontynent politycznego gówna.
I co dalej, kurwa?
Co wtedy powiecie ojcu, który wróci z frontu i zobaczy trumny własnych dzieci w kraju, który miał je ochronić? Że emocje wymknęły się spod kontroli? Że to był incydent? Że trzeba poczekać na ustalenia prokuratury? Że nie można ulegać prowokacji? Że ktoś źle zrozumiał patriotyczny przekaz? No kurwa nie. Tego się już nie przykryje komunikatem.
I nie musi to być żaden samotny oszołom z piwnicy, który za dużo naczytał się ścieku w internecie. To może być też ktoś przywieziony tylko po to, żeby zrobić jedną akcję i zniknąć. Zawodowiec. Człowiek bez historii w Polsce, bez emocjonalnych więzi, bez lokalnego ciężaru, bez potrzeby tłumaczenia się komukolwiek. Ktoś, kto nie przychodzi tu dyskutować, tylko wykonać zadanie, zostawić trupa, uruchomić lawinę i wyparować z mapy, zanim nasze bezradne państwo zdąży zorganizować kolejną konferencję z poważnymi minami.
Takie warianty też istnieją. I tylko naiwny dureń uważa, że Rosja ich nie rozważa.
Bo ruskie służby nawet nie muszą już miesiącami budować człowieka albo grupy. Morderców w Rosji nie brakuje. Wręcz taśmowo ich przybywa. Wojna, więzienia, najemnicy, kryminał, ideologia, pieniądze, szantaż, frustracja i całe zaplecze państwa, które nie ma moralności, tylko cel. Oni nie potrzebują armii geniuszy. Potrzebują kilku ludzi bez sumienia i kraju, który sam przygotował scenę.
A z tym krajem mamy problem. Bo polskie służby od lat wyglądają, jakby ktoś im wyjął zęby, połamał kręgosłup, założył partyjną smycz i kazał udawać, że wszystko jest pod kontrolą. Papier się zgadza, procedury się zgadzają, konferencje się zgadzają, tylko rzeczywistość ma to w dupie. Bezradność państwa przyfrontowego nie zaczyna się w chwili wybuchu. Ona zaczyna się wtedy, gdy politycy traktują służby jak łup, etat, przechowalnię lojalnych i straszak na przeciwników.
Tak, Ruscy mają realny wpływ w naszym państwie. Nie tylko przez pojedynczych agentów wpływu, szemrane konta i internetowy ściek. Coraz bardziej wygląda to tak, jakby potrafili wchodzić głębiej, w całe środowiska, partie, bańki ideologiczne i ludzi, którzy często nawet nie muszą wiedzieć, czyją robotę odwalają. Bo tak to działa. Nie zawsze trzeba prowadzić kogoś za rękę. Czasem wystarczy podsunąć mu wroga, nakarmić jego ego, dać mu poczucie misji, dolać benzyny do jego własnej frustracji i pozwolić, żeby zrobił resztę sam.
I myślę, że na Ukrainie jest podobnie. Tam też rosyjska agentura nie śpi. Tam też potrafi schować się pod samą latarnią. Wśród najgłośniejszych, najtwardszych, najbardziej radykalnych środowisk, które krzyczą o ojczyźnie, honorze i krwi, a potem dziwnym trafem robią dokładnie to, co Moskwie pasuje. Agentura nie zawsze wygląda jak facet w płaszczu z walizką pieniędzy. Czasem wygląda jak patriota z pianą na pysku, któremu wydaje się, że walczy o swój kraj, a naprawdę niesie cudzy zapalnik.
Najpierw Zełenski wykonał durnowaty ruch. Bardzo durnowaty. Politycznie ślepy, arogancki i szkodliwy. A potem poszło. Jedni podali ogień, drudzy benzynę, trzeci kamerę, czwarty mikrofon, a rosyjski troll tylko dopilnował, żeby płomień nie zgasł.
A prawica w Polsce właśnie daje Ruskim prezent, o jakim nawet nie marzyli. Gotowy konflikt wewnętrzny. Gotową nienawiść. Gotowe hasła. Gotowych pożytecznych idiotów. Gotową widownię. Gotowy tłum, któremu wystarczy pokazać palcem wroga, a on już sam zacznie szukać kamienia, noża albo kanistra.
I to wszystko jest rozbuchane po to, żeby walczyć o słupki sondażowe. O kilka punktów więcej. O kilka procent gniewu więcej. O trochę większy krzyk pod własnym filmikiem. O brawa od ludzi, których karmiono latami opowieścią, że Polska jest oblężoną twierdzą, ale dziwnym trafem wróg zawsze stoi tam, gdzie akurat opłaca się postawić kamerę. Przecież Czarnek z Kowalskim już szukają Ukraińców po urzędach
Może się okazać, że hasło „po trupach do celu” niedługo wcale nie będzie odrealnioną metaforą. Może przestanie być brzydkim powiedzeniem o cynicznej polityce, a stanie się opisem realnej drogi do władzy. Bo kiedy raz pozwolisz, żeby polityczny zysk liczono na cudzym strachu, potem bardzo łatwo ktoś zacznie liczyć go na cudzej krwi.
I ja jestem niemal pewien, że Rosja ten prezent wykorzysta. Nie dlatego, że jestem pesymistą. Dlatego, że wiem, jak działają służby. Szczególnie służby państw, które prowadzą wojnę i dla których trup dziecka może być tylko narzędziem operacyjnym. Tyle. Zimna kalkulacja. Zero sumienia. Zero łez. Zero moralności.
I co wtedy zrobi Nawrocki? I reszta politycznych pseudo strategów? Oby nie to co myśl i o co ich podejrzewam…
Wyjdzie na mównicę, zrobi groźną minę i powie, żeby przestać? Poprosi o spokój? Zaapeluje do rozsądku? No kurwa nie. Tego syfu już wtedy nie zatrzyma. Nie zatrzyma go pałacowy komunikat, konferencja, order, mina męża stanu ani patriotyczna gadka pisana przez doradcę od wizerunku.
Nienawiść puszczona w tłum nie wraca grzecznie do pudełka, bo polityk nagle zrozumiał, że przegiął.
Bo jak głowa państwa drze ryja razem z tłumem, to tłum uznaje, że dostał pozwolenie. A kiedy tłum dostaje pozwolenie, zawsze znajdzie się ktoś, kto pójdzie krok dalej. Zawsze. Tak działa ulica. Tak działa gniew. Tak działa propaganda. Tak działa wojna hybrydowa, kiedy wejdzie ludziom do głów, klatek schodowych, szkół, sklepów i autobusów.
A najgorsze jest to, że to się wcale nie musi skończyć na jednym ataku. Bo pierwszy trup otwiera nowe drzwi. Jedni będą chcieli odwetu. Drudzy zemsty za odwet. Trzeci będą krzyczeć, że państwo nie panuje nad sytuacją. Czwarty rosyjski kanał już będzie miał gotowy pasek, że Polska płonie, Ukraińcy są zagrożeni, a Zachód się rozpada. I potem wszyscy będą pytać, jak do tego doszło.
Doszło normalnie. Krok po kroku. Szczucie po szczuciu. Post po poście. Konferencja po konferencji. Uśmieszek po uśmieszku. Milczenie po milczeniu. Bo tu nie chodzi o to, że ktoś za ostro powiedział w telewizji. Tu chodzi o to, że w kraju na celowniku Rosji kilku wariatów z brzytwą biega po scenie publicznej i tnie wszystko, co jeszcze trzyma społeczeństwo w jednym kawałku.
A Rosja patrzy. I czeka. A może już nawet nie czeka. Doświadczenie zawodowe podpowiada mi że nie czeka i oby nasze służby były szybsze...
Panie Stanowski z Prokuratury Regionalnej w Katowicach akta Zondacrypto ciekną jak deszcz w listopadzie, co widzimy w tekstach pana Jadczaka. Ten słynny dziennikarz śledczy nie zapytał jednak o kilka szczegółów dotyczących pana. Pewnie zapomniał albo nie zauważył w uzyskanych przez niego e-mailach. Chętnie mu pomogę, bo go lubię i może ja zadam kilka małych pytań:
Czy rozmawiał Pan poprzez wideokonferencję z Przemysławem Kralem na jesieni zeszłego roku?
Czy w Pana imieniu rozmawiał z Przemysławem Kralem w Monako pan Rafał Romańczuk -pana wspólnik?
Czy zaproponował Pan kwotę 5.5 miliona złotych za obsługę medialną Zondacrypto w związku z coraz poważniejszymi zarzutami wobec tej giełdy?
Czy odrzucił Pan ofertę 3 milionów za ochronę medialną złożona przez Przemysława Krala twierdząc, że nie opłaci Pan wszystkich kosztów budowania komentarzy w sieci?
Czy nadal Pan podtrzymuje swoje stanowisko, że żadna Pańska spółka, w tym Weszło nie przyjęła ani grosza z Zondacrypto?
I ostatnie: czy nadal chce się Pan ze mną założyć, że żaden z Pana podmiotów nie miał nic wspólnego z Przemysławem Kralem i Zondacrypto?
Może dzisiaj podczas programu odpowie Pan na te pytania?
A pan Jadczak, który słusznie pisze o Wiplerze może opublikuje całość informacji o związkach Zondacrypto ze Stanowskim. Mimo że to kolega.
@K_Stanowski A pan nie potrafisz nawet udawać obiektywnego dziennikarza.
A przecież z takimi hasłami otwierałeś swoj kanał.
„Będziemy po środku, będziemy krytykować wszystkich”
Upadek większy niż zaliczył Michael Douglas w filmie Joela Schumachera „Falling Down”
@K_Stanowski Jak Ziobro będąc ministrem sprawiedliwości oskarżał i publicznie wydawał wyroki na ludzi, zanim usłyszeli zarzuty, to wtedy ci to nie przeszkadzało i razem z Mazurkiem jechałeś po demokratycznej opozycji, „obiektywny dziennikarzu”.
Dno.
Order z Kartofla, czyli jak prezydent Nawrocki ograł nas wszystkich (na korzyść Kremla)
Karol Nawrocki właśnie zapisał się w annałach światowej dyplomacji. Gdzieś pomiędzy wypowiedzeniem wojny San Escobar, a próbą nałożenia sankcji na pogodę. Odebranie Orderu Orła Białego Wołodymyrowi Zełenskiemu to gest tak „genialnie” przemyślany strategicznie, że na Kremlu z braku szampana zaczęto sięgnięto po leżakowany od lat bimber, odkładany właśnie na taki dzień. Żeby w pełni docenić ten geopolityczny majstersztyk, musimy spojrzeć na kalendarz.
Mamy koniec czerwca 2026 roku. Za chwilę w Gdańsku startuje Ukraine Recovery Conference. To nie jest spotkanie sołtysów w sprawie budowy chodnika. To największe na świecie forum odbudowy Ukrainy. Dwa tysiące VIP-ów: szefowie rządów, decydenci z Unii Europejskiej, globalni inwestorzy z walizkami pełnymi miliardów euro. Na stole leży projekt infrastrukturalny, przy którym Plan Marshalla to zbiórka do puszki pod dyskontem. Polska dwoi się i troi, pręży klatkę piersiową i krzyczy do zachodniego kapitału: „Patrzcie, to my jesteśmy hubem! To my jesteśmy naturalnym mostem między Kijowem a rynkiem unijnym! Gwarantujemy stabilność!”. I dokładnie w tym momencie na scenę wchodzi Nawrocki, cały na biało (za dużo snusów?) i z finezją słonia w składzie porcelany funduje współgospodarzowi tej samej konferencji dyplomatycznego plaskacza. Inwestorzy dostali jasny sygnał: polsko-ukraińskie partnerstwo strategiczne, na którym chcą opierać wieloletnie biznesy, charakteryzuje się stabilnością emocjonalną zbuntowanego czternastolatka. Jednego dnia się przytulamy, drugiego zabieramy prezenty i plujemy na sympatię na korytarzu.
Co zabawniejsze Polska na tej samej edycji konferencji dumnie zaproponowała nowy filar: Bezpieczeństwo i Obrona. Chcemy uchodzić za głównego architekta zdolności obronnych Kijowa. Podsumujmy: kraj, który twierdzi, że jest tarczą Europy Wschodniej, w przededniu swojej najważniejszej imprezy udowadnia, że relacje z sąsiadem walczącym o przetrwanie stoją na fundamentach z galaretki. Wiarygodność jak ekspert od pożarnictwa, który na prelekcję o BHP przychodzi z kanistrem benzyny i zapalonym cygarem. Żeby była jasność. Nikt o zdrowych zmysłach nie klaszcze, gdy na Ukrainie nazywają ednostkę wojskową nazwiskiem kogoś, kto ma na rękach polską krew. Sprawa Wołynia to fundament, a ekshumacje to absolutny mus. Tu nie ma pola do kompromisów. Pytanie tylko: jak się uprawia realną politykę? Poważny mąż stanu używa Gdańska jako dźwigni. Zamyka się z Zełenskim w gabinecie na zapleczu konferencji i mówi: „Słuchaj, bracie. Tu na sali leżą setki miliardów euro, a my trzymamy klucze do logistyki. Albo do końca roku załatwiamy ekshumacje na Wołyniu i kończycie z durnymi prowokowaniem nas honorowaniem morderców Polaków, albo zrobimy z tego huba taki korek celny, że wam te zachodnie cegły zgniją na granicy”. To jest twarda, zakulisowa gra, która przynosi efekty. Ale po co się męczyć? Lepiej zrobić twitterowy teatrzyk dla radykałów. Pamięć o pomordowanych na Wołyniu zasługuje na skuteczną politykę państwową, a nie na używanie jej jako taniego paliwa do budowania wizerunku „niezłomnego szeryfa” na użytek krajowego podwórka.
Kto pije szampana?
Zróbmy bilans zysków i strat tej IPN-owskiej rekonstrukcji historycznej w polityce zagranicznej Polski.
Czy Ukraińcy zmienili nazwę jednostki? Nie.
Czy ruszyły ekshumacje? Nie.
Czy ukraińscy politycy zaczęli masowo, z obrażoną miną, odsyłać polskie odznaczenia, robiąc z nas pośmiewisko na dyplomatycznych salonach? Tak.
Czy zepsuliśmy własną, flagową konferencję gospodarczą? Oczywiście.
Jest jednak jeden bezapelacyjny zwycięzca tej decyzji. Putin siedzi teraz na Kremlu, patrzy w depesze z Warszawy i zastanawia się, po co wydaje miliony rubli na farmy trolli i agenturę wpływu, skoro p.o polskegoi prezydenta wykonuje całą robotę za darmo.
Minął dokładnie rok od tego wpisu.
Panie Premierze @donaldtusk, naprawdę nie chce się wyzłośliwiać, ale dlaczego nie jest juz Pan „tak zwyczajnie po ludzku ciekawy, jakie są prawdziwe wyniki głosowania”?
Min. @w_zurek, a może Pan jest?
Teraz to już chodzi o bezpieczeństwo Polski
Panowie @AndrzejDuda, @NawrockiKn i @OficjalnyJK - nie jesteście tak zwyczajnie po ludzku ciekawi, jakie są prawdziwe wyniki głosowania? Na pewno jesteście. A jak wiadomo, uczciwi nie mają się czego bać.
@Kajot72@donaldtusk@w_zurek Ale przyzna Pan, że w kwestii rozliczeń PiS coś tam się jednak ruszyło w ostatnich tygodniach.
Co prawda idzie to wciąż mozolnie, ale jednak.
Wielkie światowe media piszą o małym polskim nacjonaliście. Kogo ten chodzący wstyd reprezentuje? Mnie, jako Polaka - nie!
🧨Associated Press:
„Nawrocki jest nacjonalistycznym politykiem, który wykorzystywał antyukraińskie nastroje dla zysku wyborczego”.
🧨Washington Post: „Polski prezydent odbiera Zełenskiemu odznaczenie po zmianie nazwy jednostki sił specjalnych”.
🧨Financial Times: „Zełenski zwraca polskie odznaczenie państwowe w eskalującym sporze z sojusznikiem”.
Gazeta wspomina także o pęknięciu między wojennymi sojusznikami i o tym, że spór może przykryć konferencję odbudowy Ukrainy w Gdańsku.
🧨Le Monde: „skrajnie prawicowy prezydent Karol Nawrocki”.
Nawrocki zaszkodził polskim interesom totalnie psując atmosferę przed gdańskim szczytem Polska - Ukraina i rozmowami o odbudowie kraju naszych sąsiadów, gdy skończy się wojna.
Robi wszystko, by osłabić polską pomoc i naszą pozycję negocjacyjną.
Pytanie: czy działając podobnie jak w przypadku programu obronnego SAFE, chce wyłącznie ograniczyć do zera sukcesy rządu Tuska przed kolejnymi wyborami i nieważne jak wysoka będzie cena dla Polski?
A może chce czegoś więcej? A my musimy ten wstyd nacjonalistyczny nosić.
Podsumowując awanturę o wisiorek, a właściwie medal, bo jak zwał, tak zwał. W tej chwili nie ma on żadnej wartości.
Dla Ukrainy bohaterem jest człowiek, który od 4 lat zmaga się z rosyjską agresją, a jednocześnie musi mierzyć się z politykami zachodnimi, takimi jak Trump, Orban czy Batyr.
Prawica stawia na piedestale gangstera, który ganiał po lasach na ustawki z kibolami, środowiskiem mającym swoje udziały w handlu narkotykami, kradzieżach i wielu innych przestępstwach. Ich idol ma też „sukcesy” w wyłudzaniu mieszkań i, jak widać, nie stroni od używek.
Batyr poza powtarzaniem dennych frazesów nie reprezentuje sobą nic wartościowego.
Nie da się ich zamienić miejscami - niestety, mamy to, co mamy. Zełenski zapisze się w historii. Batyr zniknie jak Duda i nikt nie będzie sobie zawracał głowy tym destruktorem.
Z dedykacją dla alfonsa.