„Często Opatrzność pozwala,by nawet święci ludzie zostali wypędzeni ze zgromadzenia Chrystusa. Wspierają swoim świadectwem wiarę, o której wiedzą, że jest głoszona w Kościele katolickim. Oni są Ojcem,który widzi w ukryciu korony potajemnie.
Św. Augustyn (De vera religione,6,11)
Ian McKellen as Gandalf. He shaped the performance using a recording of Tolkien reading The Hobbit, copying the voice and the mannerisms. So you are not just watching him play Gandalf, you are hearing Tolkien come through the character.
@ETradycja Dobrze,że ktoś to wreszcie napisał. Jeśli chodzi o odpowiedzialnego za księdza W, to wczoraj obchodzona była 10 rocznica śmierci. Media nie wiążą sprawy P.Szymika z kard.Macharskim, choć ksiądz W był jego sekretarzem i to ten dostojnik wysłał wspomnianego księdza do Międzybrodzia
Zwracam się z uprzejmą prośbą o podawanie dalej moich wpisów. Agnieszka i Hubert złożyli takie zapotrzebowanie i od razu wzrosły im zasięgi. Ja też żyję z tego co sprzedam, nie mam żadnych dodatkowych dochodów. Będę więc wdzięczny na kolportaż moich tekstów. Dziękuję
Dzień dobry. Na moim profilu nie znajdziecie polityki ani tanich sensacji. Jak Państwo się domyślają, żyję z tego co namaluję i sprzedam. Algorytm na X często obcina mi zasięgi. Jeżeli podobają się Wam moje prace, to proszę o udostępnianie. Linki mogące kogoś zainteresować w komentarzu. „Schyłek lata. Świętokrzyskie”, obraz olejny na płótnie 40 x 30 cm, rok powstania 2024. Miłego dnia.
@tygpowszechny W latach osiemdziesiątych dwukrotny pobyt w sanatorium w Otwocku. Raz przez cały rok szkolny, drugi raz przez kilka miesięcy. Ciężkie przeżycie i kiepski wspomnienia po latach.
Uważam, że jedną z najgorszych i najbardziej mylących postaw w ocenianiu kościelnej rzeczywistości jest brak umiejętności spojrzenia na problemy z szerszej perspektywy.
Dzisiejsze dyskusje na tym portalu coraz częściej sprowadzają się do prostej polaryzacji: albo–albo. Albo jesteś po jednej stronie, albo natychmiast zostajesz wrzucony do przeciwnego obozu.
Widzisz „schizmatyków” w Bractwie św. Piusa X, ale nie widzisz problemu schizmy w prawosławiu. Oskarżasz ludzi jadących do Écône o grzech ciężki i akt schizmatycki, ale równocześnie nie dostrzegasz problemu w wyjazdach środowisk charyzmatycznych do wspólnot pentekostalnych, w przyjmowaniu błogosławieństw od niekatolickich liderów czy pastorek, ani w całym zamęcie doktrynalnym, który temu towarzyszy.
To nie jest poważne rozeznawanie rzeczywistości Kościoła. To jest selektywna wrażliwość, ideologiczne okulary i moralne oburzenie używane tylko tam, gdzie pasuje do własnej narracji.
I właśnie to jest chore. Jeżeli tak funkcjonujesz - ogarnij się.
Konsekracje biskupów w Ecône to katastrofa z punktu widzenia jedności Kościoła. Lecz bez nich biologia za kilka czy kilkanaście lat sama by skasowała ciągłość apostolską FSSPX. Nie ma czasami wyjść dobrych, a jedynie złe i jeszcze gorsze...
Przez wieki Kościół ze względu na czynnik ludzki przejmował niektóre świeckie mechanizmy ducha epoki, które teraz wywalają przeciwko nam: jakiś tam triumfalizm, tron i ołtarz, przepych itd. Dzisiaj: marketing, emocje, medialność i zarządzanie wizerunkiem. Kościół przejmuje logikę rynku, mediów i psychologii.
Przejawy:
duszpasterstwo mierzone liczbą uczestników, zasięgami i wizerunkiem; kaznodzieja jako marka osobista; liturgia jako event; wspólnota jako produkt emocjonalny; rekolekcje jako doświadczenie; wiara jako terapia; unikanie tematów trudnych, żeby „nie stracić ludzi”; nadprodukcja aktywności bez modlitwy; zeświecczenie życia duchowego i odarcie z misterium - „Jezus się nie obrazi”.
Czy nie widzicie, że ten sam mechanizm funkcjonuje dziś w przejmowaniu z ducha epoki tego, co niegodne Boga i spraw nadprzyrodzonych? Dlaczego tego nie potępiacie? 90% ochów i achów nad światełkami, laserami i umc umc umc. Macie wy rozum i godność człowieka? 🤯
@lkwarzecha@tterlikowski Nie ma żadnej przemiany. TT zawsze na kierunku - odbieranie wiarygodności hierarchii. Z której strony, jakimi argumentami - kwestia wtórna. No i w tym jest pewien głęboki sens…
Pomyślałem, że warto będzie tu przypomnieć czasem czasy, które nie są przecież odległe, a wydaje się, że jednak wszystko to było dawno temu. Oto wykład wygłoszony przez prof. Kucharczyka na naszej pierwszej konferencji w Tłokini pod Kaliszem. Ho, ho, kiedyś to było...
https://t.co/TtYItDBOJ5
Na koniec 10 dnia na X (ciekawe czy długo będę tak odliczać? 🤔), mówiąc dobranoc wszystkim, załączam "Zmierzch. Lipsko nad Wisłą", obraz olejny na płótnie 60 x 30 cm.
Zostawiam Wam jeszcze to podniosłe wykonanie pieśni na śmierć króla Bolesława. I uprzejmie proszę o subskrybowanie i lajkowanie umieszczanych tu materiałów. Miejcie je we wdzięcznej pamięci i pamiętajcie, że zawsze znajdziecie coś interesującego, związanego z historią i chwałą Polski i Polaków. I jeszcze jedno - nie będzie to żadnego epatowania nędzą.
https://t.co/xhSzcIHWbi
Elon Musk podrzuca kolejny link.. Rachel Wilson (autorka książki „Occult Feminism”), prawosławna chrześcijanka, żona i matka pięciorga dzieci, prowadzi edukację domową na wsi. Wierzy, że jedynym sposobem na odwrócenie szkód, jakie feminizm wyrządził kobietom (samotność, depresja, spadek płodności), jest powrót do biblijnego patriarchatu – kobiety powinny świadomie wybierać rolę żony i matki jako swój priorytet, mężczyźni powinni być głowami rodziny, a całe ich życie powinno koncentrować się wokół Kościoła, Biblii oraz odrzucenia antykoncepcji i kariery za wszelką cenę.
Warto posłuchać i przeczytać jej książkę jako wartościową przeciwwagę dla głównego nurtu. Jednocześnie w ramach Dekalogu i chrześcijańskiej tradycji istnieje wiele dróg i powołania, które mogą prowadzić do tego samego celu – świętości i dobrego życia rodzinnego.
Wśród wszystkich cuchnących obłudą dzieł Stefana Żeromskiego Siłaczka jest w mojej ocenie utworem najstraszliwszym. Nie dość, że autor posłużył się tragicznym losem postaci istniejącej w rzeczywistości, nie dość, że ów los powykrzywiał i nadał mu nieistniejące w nim nigdy sensy, to jeszcze na sam koniec swojej przykrej gawędy ukazał bohaterkę, już nieżywą, bez odzienia. Opisał zdegradowanego trupa, który leży nagi i któremu nikt za życia nie próbował pomóc.
To co u Żeromskiego brane jest zwykle za wrażliwość, nie jest nią wcale. To jest obsesja przechodząca w fazę manii. Fakt ten znajduje potwierdzenie na każdej właściwie stronie skreślonej jego ręką i jest trudny do wytrzymania. Zapytacie – jak to się więc dzieje, że książki tego dziwnego, niepozwalającego się lubić człowieka znajdują się w kanonie lektur szkolnych? Kto o tym zadecydował? Myślę, że odpowiedź nie jest prosta, ale można jej udzielić ze spokojem. Zdecydowali o tym ludzie, którzy chcą, by dzieci objaśniały sobie świat i zachodzące w nim zjawiska za pomocą najbardziej prymitywnych emocji. By były potem tak samo powolne i łatwe do sterowania, jak ci wszyscy biedacy, których chciał swoją przejmującą prozą uratować od złego Stefan Żeromski.
Czym jest nowelka zatytułowana „Siłaczka”? Jeszcze jednym paszkwilem na podłe społeczeństwo, które nie myśli o podniesieniu z upadku biedaków, a jedynie o sobie, swoim spokoju, wygodzie i przyjemnościach, wśród których na pierwsze miejsce wysuwa się obżarstwo, pijaństwo i gra w karty. Tytułowa bohaterka zaś jest zabiedzoną i schorowaną dziewczyniną, która miała kiedyś marzenia, a ich celem było uratowanie ludzkości poprzez edukację. Cel niestety okazał się mrzonką, bo podłość triumfująca wokół a także choroby, z gruźlicą na czele, doprowadziły bohaterkę do zguby. Jej dawny adorator, doktor Paweł Obarecki z Obrzydłówka poznaje swoją wielką miłość w ostatnich godzinach życia i zamiast ratować ją na oślep, nie bacząc na kopny śnieg za oknami, na wszystkie tak dobrze przecież zanalizowane przez Żeromskiego „trudności obiektywne”, rozpoczyna jakąś wędrówkę wśród wspomnień, jakiś festiwal czułych retrospekcji, który kończy się prezentacją nagiego trupa kobiety. I to jest cały Stefan. Ponieważ zdecydowana większość czytelników zna doskonale treść nowelki „Siłaczka”, nie ma sensu jej streszczać. O wiele lepiej będzie zająć się okolicznościami, w jakich pan Stefan poznał prawdziwą siłaczkę, której życia nie opisał, bo było ono zbyt prawdziwe i zbyt niewygodne dla propagandy socjalistycznej. Zacznijmy ten opis od krajobrazu. Musimy znów powrócić na gliniaste wzgórze wznoszące się nad wsią Bochotnica, na którym stoi stary kościół pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela, a wokół kościoła rozpościera się cmentarz. Na nim, na tym właśnie cmentarzu są groby Pochroniów. Wokół zaś wzgórza rozciągają się malownicze wąwozy, olszynowe i brzozowe laski, płyną strumienie wśród mniejszych pagórków, na których od dawien dawna rolnicy uprawiają jedną z najżyźniejszych gleb w kraju. To tu zaczyna się pszenno- burczana Lubelszczyzna, gdzie rośnie tytoń, pszenica, buraki cukrowe, dobre ziemniaki i chmiel. Tutaj z najmniejszego kawałka ziemi można wycisnąć niemały grosz. W tych okolicach umieścił Żeromski swój Obrzydłówek, tłustego proboszcza, aptekarza i pozbawionego już młodzieńczych marzeń doktora. To tutaj główna bohaterka uczyła biedne chłopskie dzieci, tutaj zaraziła się gruźlicą i tutaj została sama bez pomocy, skazana na śmierć. Tutaj też poznał ją Stefan Żeromski. Pora więc odsłonić prawdę o siłaczce poświęcającej swoje najlepsze lata dla małych, wiejskich analfabetów. W rzeczywistości nazywała się Faustyna Morzycka. Nie była wcale zabiedzona ani chuda, ani nie wyglądała na osobę aspirującą do lepszego świata. Na fotografiach, które po niej pozostały, widzimy przystojną, może nawet dostojną kobietę o pełnych kształtach (co z pewnością nie uszło uwagi Żeromskiego) i poważnym spojrzeniu. Faustyna była córką zesłańca, urodzoną w Tambowie, w Rosji. Została oddana na wychowanie doktorowi Fortunatowi Nowickiemu, działaczowi niepodległościowemu, przyjacielowi Kraszewskiego, człowiekowi, który stworzył uzdrowisko Nałęczów i dyrektorował w nim przez całe prawie swoje życie. Trudno przypuszczać więc, by Faustyna kiedykolwiek musiała zmagać się z tymi problemami, co to jeopisał Żeromski w Siłaczce. Znając jednak „przymioty” charakteru pana Stefana i jego towarzyskie ambicje, łatwo odgadnąć dlaczego z zamożnej, pięknej, zdecydowanej kobiety zrobił zabiedzone i skrzywdzone przez wszystkich kurczę, które na koniec zdycha i do tego jeszcze zostaje odarte z ubrań.
Stefan znajdował się wśród ludzi z bezpośredniego otoczenia Morzyckiej, nie był tam jednak elementem rodzimym, a napływowym. Morzycka rozwijała działalność oświatową na skalę raczej niespotykaną. Założyła szkołę dla dzieci w Nałęczowie, a także inne szkoły w okolicznych wsiach, prowadziła teatr amatorski, a także razem z Żeromskim, Daniłowskim i Sulkowską założyła Towarzystwo Oświatowe Światło. Badacze literatury piszą, że to Żeromski założył to towarzystwo, ale ja najszczerzej jak potrafię, przyznam się, że w to nie wierzę. Myślę, że założyła je Morzycka z inspiracji swoich opiekunów, doktorostwa Nowickich.
Działalność w oświacie dla ludu nie była jedynym nimbem opromieniającym czoło Morzyckiej. Autorzy książek o działalności rewolucyjnej PPS, szczególnie młodzi autorzy podkreślają jej udział w jednej z najsłynniejszych akcji przeprowadzonych przez PPS w tamtych czasach. Chodzi o słynne odbicie więźniów z zamku lubelskiego. Wojciech Lada autor książki „Polscy terroryści”, adresowanej do ludzi młodych i spragnionych wrażeń, książki napisanej w nieznośnej zupełnie konwencji westernu, książki, na której kartach osoby takie jak Morzycka zamieniają się w kogoś podobnego do Kalamity Jane, rozpoczyna opis akcji w Lublinie od słów:
Zamek nie był ciężkim więzieniem. Przez większość czasu cele pozostawały otwarte, więźniowie mogli swobodnie spacerować, przechodzić z celi do celi, a kto miał pieniądze, mógł bez większych problemów załatwić ze strażnikami drobne zakupy na zewnątrz.
Nie pierwszy już raz przekonujemy się, że carskie więzienia dzieliły się na cięższe i lżejsze. W tych cięższych zamykano robotników i biedotę, w imieniu której występowali rewolucjoniści. Tam bito ich i dręczono. W tych lżejszych zamykano samych rewolucjonistów, by przekonać się, który z nich jest zdolny do współpracy z Ochraną, który jest toksycznym psychopatą nadającym się na szubienicę, a który jest na tyle groźny i ma takie umocowania zagraniczne, że przy pomocy prokuratora, sędziów i niewielkim udziale obrońcy samego oskarżonego, trzeba go uwolnić i pozwolić mu działać dalej. Zamek lubelski należał do takich więzień. Na czym polegała ta sławna ucieczka, w której pomagać mieli zarówno Morzycka, jak i Żeromski? Oto w wielkim zamkowym donżonie, jednej z najstarszych części budowli, znajduje się właz w podłodze. Prowadzi on do podziemnych korytarzy, które wiodą wprost ku położonym nad rzeką Bystrzycą łąkom. Przejście podziemne wykryte zostało przez prowadzącego prace remontowe na zamku inżyniera Zwierzchowskiego. Jedynym kłopotem, ale takim prawdziwym, jaki mieli do pokonania uciekinierzy, było przeznaczenie owej dziury w podłodze. Strażnik przyprowadzał tam więźniów i oni korzystali z tej dziury jak z latryny. No, a potem czterdziestu politycznych i wszyscy ci, którzy zdecydowali się uciec zaraz za nimi, musieli przejść przez tę kloakę, by wydostać się na zewnątrz. Strażnik dostał całe 10 rubli w złocie za to, żeby nie widzieć i nie słyszeć niczego, co działo się w donżonie podczas opuszczania się więźniów w dół. Kiedy już znaleźli się na dnie kloaki,, czekała ich półtorakilometrowa wędrówka ciemnym korytarzem. Po drodze musieli przeżyć jeszcze jedną przygodę. Kanał dochodził do głębokiej studni, w którą nie można się było opuścić, bo nikt nie zabrał ze sobą liny. A nie zabrał, bo inżynier Zwierzchowski nie dość dokładnie zbadał całe podziemia. Tak więc uciekinierzy musieli skakać w dół, ryzykując połamanie nóg. Jakoś się jednak szczęśliwie wszystkim udało i w końcu wydostali się na te położone przy rzeczce niwy. Tam czekały na nich dorożki zorganizowane przez towarzyszy z PPS, które rozwiozły ich po okolicznych miejscowościach i majątkach. Kryminalni nie mieli takiego szczęścia i zostali w większości wyłapani. Kilku uciekinierów trafiło do jednej ze szkół prowadzonych przez Morzycką. Ona znalazła dla nich ubrania, przekazała przygotowane przez PPS paszporty i wyekspediowała w dalszą drogę ku austriackiej granicy. Wojciech Lada, w swojej książce Polscy terroryści w niezwykle ekscytujący sposób opisuje, jak to Morzycka, jeżdżąc po okolicy dwukółką, załatwiała pilne sprawy dla tych ludzi. I nikt na nią nie zwracał uwagi, bo była przecież Siłaczką. Przyznam, że z trudem znoszę ten styl, choć przecież Wojciech Lada nie jest jeszcze najgorszym z autorów, którzy wzięli się za opisywanie wyczynów socjalistów.
Nie wszystko było tak idealne, jak to opisuje Lada, bo Morzycką w końcu aresztowano i osadzono w tym samym więzieniu, z którego uciekli jej podopieczni. Niewiele się tam zmieniło, albowiem wkrótce pani Faustyna została stamtąd wykupiona i na fałszywym paszporcie wyjechała do Krakowa. Tam znalazła swoje miejsce w Organizacji Bojowej PPS, a zaopiekował się nią sam Mieczysław Mańkowski, człowiek, który przygotował zamach na Skałona.
Mańkowski jest postacią ze wszech miar godną uwagi, był bowiem jednym z tych ludzi, których sądy rosyjskie najpierw skazywały na katorgę, w niedługim czasie wyrok zmieniano na osiedlenie się na Syberii, potem zaś zamieniano i ten wyrok na dwa miesiące aresztu, a kończyło się na wydaleniu za granicę, co w praktyce oznaczało zamieszkanie w Krakowie. Tam właśnie znalazł się Mańkowski po fali aresztowań w wyniku nieudanego zamachu na Skałona, kiedy to zatrzymano go w mieszkaniu naszego dobrego znajomego towarzysza Jastrzębskiego. O zamachu tym opowiem w osobnym rozdziale.
Mańkowski prowadził w Krakowie kurs rzucania bombą. To jest trochę dziwne, zważywszy na fakt, że nigdy sam bombą nie rzucał, a jedynie zlecał to nieletnim dziewczynom, które chciały przeżyć wielką i romantyczną przygodę. Morzycka, kobieta już ponad czterdziestoletnia, czyli jak na ówczesne warunki po prostu matrona, zapisała się na ten kurs i uczyła się rzucania bombą. Celem ataku miał być nie byle kto, bo zastępca Skałona – generał Uthoff.
Wojciech Lada próbuje nas przekonać, że Morzycka nabrała ochoty na zabijanie po tym, jak ją zamknięto w lubelskim więzieniu. Nie sądzę. Jeśli nadal panowały tam warunki takie jak przed ucieczką, a wszystko na to wskazuje, nie było najmniejszego powodu, by nabawiła się krwiożerczych instynktów. Łatwiej uwierzyć w to, że czterdziestopięcioletnia kobieta nie zwróciłaby uwagi żandarmów na ulicy. Została wybrana, bo nikt by jej nie podejrzewał o chęć zamordowania kogokolwiek.
Ponoć Mańkowski miał obsesję na punkcie Skałona, co wystawia mu jak najgorszą opinię, albowiem tylko dzięki Skałonowi on i zamieszani w zamach na jego życie bojowcy uniknęli śmierci. Skałon polecił zmniejszyć ich wyroki, Mańkowski jednak nie mógł się wyzwolić ze swojej „obsesji” i postanowił zamordować gubernatora, zmuszając go do wybrania się na pogrzeb swojego zastępcy, którego Mańkowski chciał utrupić najpierw. Nie sam rzecz jasna, ale przy pomocy Morzyckiej. Tu się zatrzymamy, bo czytając te wszystkie rewelacje i wyobrażając sobie te nieszczęsne kobiety w całym tym zestawie tekstyliów, jakie wtedy nosiły na sobie, mimowolnie przychodzą mi do głowy sceny z duńskiego filmu Gang Olsena. Morzycka, żeby dokonać zamachu, wynajmuje pod fałszywym nazwiskiem pokój w jednym z licznych w Warszawie domów schadzek funkcjonujących pod szyldem „pokoje umeblowane”. Identycznym jak ten, w którym hrabia Ronikier zamordował brata swojej żony Ksawery. Bombę spreparowaną przez jednego z chemików rzuca Faustyna Morzycka przez otwarte okno wprost do samochodu generała Uthoffa. Tak się jednak składa, że generała w samochodzie nie ma. Nie ma tam także jego brata, który tego dnia – 10 października 1909 roku – podróżował wraz z nim ulicami Warszawy. Obaj opuścili auto, bo coś zaczęło niebezpiecznie grzechotać w silniku i przestraszyli się, że to może bomba. Tyle tych zamachów było przecież ostatnio. Kiedy tylko wyszli z auta, Morzycka, domniemywać możemy, że cała w emocjach i pąsach, cisnęła ładunek wprost ku stojącemu na dole samochodowi. Jak wiemy, ładunki, którymi posługiwali się rewolucjoniści w Królestwie i w Rosji, miały straszliwą moc. Przypomnijmy jeden z epizodów, które o tym świadczą. Rzecz jest zaczerpnięta ze wspomnień Hipolita Korwin Milewskiego. Oto bojówka przygotowała zamach na Stołypina. Jeden z zamachowców wszedł do letniej willi premiera, niosąc bombę w czapce. Ani Stołypin, ani jego ochrona nie zorientowali się, co się dzieje, wpuszczono tego dziwnego mużyka na pokoje. Ten zaś cisnął ładunek między zebranych. Premier ocalał wtedy, ale jego córka, która piętro wyżej ćwiczyła gamy na pianinie, doznała poważnych obrażeń. Moc wybuchu była tak wielka, że mięśnie nóg dziewczynki zostały zmienione w mielonkę. Dziecko do końca życia jeździło na wózku inwalidzkim.
Ładunek o podobnej sile rzuciła na samochód Uthoffa Morzycka. Bomba uderzyła w bok samochodu, a blacha auta zatrzymała falę eksplozji. Cała moc bomby zwróciła się ku chodnikowi, którym przechodzili zwykli ludzie. Zginęło wiele osób, wiele zostało kalekami, mnóstwo ludzi było poranionych szkłem z wybitych szyb. Morzycka uciekła z pokoi umeblowanych i nie niepokojona przez żandarmów dostała się do Krakowa.
Tam Mańkowski zaproponował jej kolejny zamach. Ona jednak zareagowała na to histerią. Wykrzyczała mu w twarz, że czuje się winna śmierci niewinnych ludzi i uważa metody walki proponowane przez PPS za niegodne i tchórzliwe. Potem pani Faustyna wyjechała na Ukrainę i zatrzymała się tam w majątku państwa Przecławskich. Była w fatalnym stanie, w nocy z 25 na 26 maja 1910 roku popełniła samobójstwo, zażywając cyjanek potasu. Taki był smutny koniec tej dzielnej kobiety, która może grzeszyła naiwnością, może była zbyt wielką idealistka, ale w całym tym szaleństwie była przynajmniej konsekwentna i nie sposób jej zarzucić, że nie kochała ludzi, że nie traktowała ich serio.
Z jej życia dureń i kabotyn nazwiskiem Żeromski Stefan uczynił pośmiewisko, wtłaczając tę tragedię w swoje ciasne wyobrażenia o poświęceniu dla ludu. Z energicznej, odważnej, niemłodej kobiety uczynił postać zdegradowaną i zasługującą tylko na litość, postać, która nie sprostała powołaniu. Z idei budowy kilku szkół dla ludu na obszarze sporego powiatu, szkół wspomaganych przez miejscowe ziemiaństwo i dyrektora domu uzdrowiskowego, zrobił jakąś quasi syberyjską nędzę, osadzając w tych rzekomych realiach ludzi nieprawdziwych i nieprawdziwe emocje.
Gorszy od Żeromskiego jest chyba tylko ten Mańkowski, Egon Olsen polskiego ruchu rewolucyjnego, człowiek, któremu ratowała życie jego niedoszła ofiara – gubernator Skałon – przy współudziale wojskowego prokuratora wyszydzającego na procesie opłacanych przez Ochranę prowokatorów. No, ale to jest już zupełnie inna historia.