@roger3321@AdamAbramowicz1 Ale co tej reszcie chcesz zaproponować? Wykluczenie z systemu emerytalnego?
Jak ktoś sobie nie radzi na rynku, to tym bardziej nie należałoby go z niego wykluczać, bo to oznaczałoby skazanie takiej osoby na zupełny brak wsparcia w okresie emerytalnym.
W ciągu sześciu ostatnich lat zarobki / zyski / dochody / przychody przedsiębiorców też się znacząco zmieniły, ale tego już w tym narzekaniu na składki ZUS nie przeczytacie.
W ciągu sześciu ostatnich lat składki na ZUS dla przedsiębiorców wzrosły ponad dwukrotnie. W 2021 r. składki społeczne z chorobowym wynosiły 998,37 zł. a w 2027 r. będzie to już 2039,46 zł czyli wzrost na przestrzeni sześciu lat o ponad 104 proc. W ujęciu kwotowym to 1041,09 zł więcej miesięcznie, a w skali roku różnica sięga blisko 12,5 tys. zł. Dodatkowo trzeba zapłacić składkę zdrowotną w zależności od dochodu bądź przychodu. Minimalna składka zdrowotna w 2026 r to 432,54 zł ( dla ryczałtowców 497, 35 ) i wzrośnie po podwyższeniu płacy minimalnej. W 2027 roku Firma, bez względu na to czy ma dochód czy stratę, co miesiąc będzie musiała odprowadzać do ZUS 2500 zl. Czas powrócić do idei wprowadzenia w Polsce dobrowolnych składek na ubezpieczenia społeczne przedsiębiorców wzorem Niemiec bo niedlugo JDG będzie w Polsce już tylko wspomnieniem.
Moje (jako freelancera / kontraktora w IT) wzrosły nawet więcej. Podobnie wzrosły zarobki lekarzy, zarobki wielu innych specjalistów - elektryków, hydraulików, ekip budowlano-remontowych.
Oczywiście - jak to przy liczeniu statystycznym, będą osoby które sobie w takich sytuacjach nie poradziły, obroty im spadły, konkurencyjność spadła, ale to normalny efekt gospodarki rynkowej, czyż nie?
ZUS to ich podstawa przyszłej emerytury, trudno żeby nie płacili w ogóle, a potem mieli roszczenia względem państwa.
Najem też rośnie, koszty pracy też rosną, energia też rośnie, samo utrzymanie własnej osoby tez kosztuje więcej. To się nazywa inflacja. Ale rozumiem że wygodnie akurat na ten składnik (ZUS) zrzucać winę.
Czasem jest to sytuacja rodzinna. Jeśli jest się za kogoś odpowiedzialnym, to ciężko się podejmuje większe ryzyko zmian.
W moim przypadku tak było. Dlatego tez uważam (obecnie), że związki nie oparte na partnerstwie, gdzie tylko jedna osoba pracuje (zazwyczaj facet), są niezwykle obciążające psychicznie dla tej osoby.
Nie no.
Ja zapierdalam "od zawsze" a co więcej lubię swoją pracę. A jednak zaliczyłem już i wypalenie zawodowe, i depresję, i stany lękowe po przekroczeniu 36 lat (nie wszystko na raz). Z niektórymi rzeczami zmagam się do dzisiaj, 8 lat później.
Oczywiście ja sobie życia bez pracy nie wyobrażam, ale nie twórzmy wrażenia że praca jakkolwiek przed depresją chroni.
W moim kręgu są dwie osoby, którzy, emerytura mundurowa, mogły liczyć w dość młodym wieku na uposażenie przekraczające średnią krajową.
Jedna i druga w około pół roku miała już zdiagnozowaną depresję.
Dorosły chłop w kwiecie wieku - 42-45 lat, powinien jednak ciągle pracować i zarabiać.
Z mojego dalszego kręgu - daleki znajomy przedsiębiorca, sprzedał firmę w 2006 r. za naście milionów - wtedy ogrom, dziś zresztą też, pieniędzy. Nie wytrzymał zbyt długo nic nie robiąc, po pół roku poszedł z całością w deweloperkę, tak go przetrzepały lata 2009-2010, że skończył w psychiatryku z długami.
Dużo ludzi dąży do mitycznego FIRE (finansowa niezależność umożliwiające wczesną emeryturę) i dobrze - tylko jeśli już te środki faktycznie zgromadzicie - może warto rozważyć mniej pracy, może zmienić na przyjemniejszą, ale ile można zwiedzać świata, czytać książki lub siedzieć na Xie 😉
Każdy jest inny i każdy ma swoje cele w życiu - natomiast naprawdę przed odejściem z pracy - warto jednak sobie zadać te pytanie - jak psychika zniesie to, że nic nie trzeba. Bo jednak chłop coś robić musi, bo inaczej się udusi.
Wkleję wypowiedź naszego byłego bramkarza Artura Boruca o tym, co go dopadło po zakończeniu kariery:
„Spodziewałem się, że okres przejściowy będzie łatwiejszy. Myślałem, że po piłce będzie sielanka. Tymczasem byłem lekko przyduszony przez życie i sam jestem sobie winien. Mam na myśli to, czym się zajmowałem, czyli brak zajęć. Było to obciążające dla mojej głowy. Mogę powiedzieć, że pojawiła się mała depresja. (…) Zdawałem sobie sprawę, że po karierze może być trudno - może nawet nudniej, przez codzienność i mniejszą liczbę zajęć. Nie tylko o nudę chodziło. (…) Jeśli nie masz na siebie pomysłu, a ja takiego nie miałem, to jest problem. Myślałem, że najpierw sobie odpocznę, pół roku posiedzę w domu, brzydko mówiąc: będę sobie "pierdział w stołek" i będzie fajnie. Troszkę jednak przestrzeliłem z pomysłem na pierwszy etap emerytury. (…) Nagle masz dużo czasu, nie musisz wstawać na trening, odpada ci dyscyplina, codzienna rutyna. Czujesz, jakbyś z dnia na dzień stawał się po prostu mniej potrzebny. (…) Zmienia się tempo życia, nie ma wyzwań co trzy dni, meczów. Jest za to pustka. To duży przeskok. Myślę, że bardzo mało się o tym mówi, a powinno."
No więc - uważajcie co tam sobie życzycie na tym mitycznym FIRE, bo jeszcze się spełni - jednak ku dużej rozwadze. Oczywiście wiem, że można sobie zorganizować czas i go wypełnić czymś, ale to jest kwestia kilku miesięcy, potem jednak zaczyna czegoś brakować, tej codziennej rutyny, która wyznacza rytm dnia i życia.
@jakub_kinowski Nie byłem nieszczęśliwy. Kochałem to co robiłem, to była jakościowa praca, a i tak udało mi sę samemu doprowadzić do wypalenia. "Zapierdalanie" ujęte w cudzysłów.