W 2019 roku miałem z żoną zero restauracji, pracowałem w firmie, żona zajmowała się domem.
W sierpniu 2025 roku mamy 5 restauracji, 6. otworzymy jakoś w ciągu miesiąca i sprzedajemy około 1.5 mln zł jedzenia miesięcznie.
Czy mam prawo głosu nt. rozwoju HoReCa? Zapraszam. [długie]
Poruszmy kilka tematów.
1. Czy gastronomia to rynek, który wymaga pomocy/wsparcia?
Tak, w 2020/2021 było ciężko. Trzeba było bardzo się postarać, żeby nie popłynąć. Ale to już DAWNO TEMU, a „bywa ciężko” to komplementarna część KAŻDEGO biznesu, zależnie od wielu czynników.
Niewygodna prawda jest taka zaś, że gastronomia to dość rentowny biznes. Paradoksalnie - ten najmniejszy i ten największy najbardziej.
Ten najmniejszy - bo często robisz sam lub z rodziną, wiele rzeczy zrealizujesz samemu. Nieźle prosperująca, niewielka restauracja prowadzona przez właściciela z załogą powinna spokojnie generować kilkanaście tysięcy zysku miesięcznie. Może kilka, może kilkadziesiąt.
Ten największy - bo skala jest rozwiązaniem wielu problemów i bardzo umacnia pozycję. Powinieneś być wyporny jak boja.
Ten średni-średniomały aspirujący wymaga sporo dyscypliny finansowej i inwestycji, żeby przekroczyć Rubikon i nie zjeść wszystkiego po drodze. W pewnym momencie generuje dodatkowe koszty jak duży, ale nie oferuje jeszcze tych fruktów.
To nadal jednak DOCHODOWY biznes, zależnie od parametrów i założeń - bardziej lub mniej.
Odpowiedzmy zatem na pytanie zadane w 1. - nie, moim zdaniem nie wymaga wsparcia, żadnych bezzwrotnych dotacji. Na nic.
📍Preferencyjne kredyty? Inna rozmowa, brałbym wczoraj. Byłoby super przydatne. Ale koniecznie do oddania - to buduje zupełnie inny sentyment do każdej wydanej złotówki.
📍Ulgi? Wprowadzony CIT estoński to dla tych średnich genialny wręcz wynalazek.
Natomiast, wracając,
📍jeśli biznes przynosi zyski - nie pamięta o covidzie.
📍jeśli straty - to nie z powodu covida.
Ponadto założenie, że ktoś w tej branży potrzebuje pieniędzy jest moim zdaniem fundamentalnie błędne.
Potrzebują to ochrona zdrowia, krajowa infrastruktura, opieka senioralna. To są społecznie niezbędne wydatki. Restauracje, choć sam je prowadzę - nie są nam NIEZBĘDNE. Są przemiłe i fajne. Pełnią też funkcję społeczną, czasem edukacyjną, najczęściej rozrywkową lub pragmatyczną.
Ale powinniśmy wydawać na nie - szczególnie wspólne - pieniądze na końcu. Jeśli wszystko inne jest zaopiekowane, a nie jest.
Idźmy dalej.
2. Czy restauracje należy dywersyfikować?
Z tego co rozumiem klucz podań, należało dywersyfikować. I tu kolejny błąd rzeczowy. Gastronomia NIE WYMAGA DYWERSYFIKACJI. Wymaga rozwoju, o czym niżej będzie, ale nie dywersyfikacji.
Dywersyfikacja w gastronomii to założenie po prostu innej firmy, innej działalności. Dla spełnienia wymagań formalnych - na tym samym NIPie jak rozumiem.
To nie pomaga w absolutnie niczym. Przede wszystkim, już na takim najbardziej ludzkim i podstawowym poziomie - odciąga uwagę od głównej działalności restauracyjnej.
A skoro nie wiedzie się restauratorowi na tyle, że wymaga wsparcia, to czy odciągni��cie jego uwagi od tej pracy jeszcze w inną stronę może odnieść pozytywny skutek? Przez pozytywny rozumiem - pomóc z rentownością, rozwojem, zatrudnieniem ludzi.
Nie, przepraszam, że brutalnie i z taką butą - ale to nie ma szans się udać. Jakakolwiek forma „dywersyfikacji działalności” NIE będzie odpowiedzią na pandemię i najpewniej nie pomoże w działalności obecnej.
3. Na czym polega w ogóle rozwój restauracji?
Restauracje mogą rozwijać się w z grubsza w dwa kierunki. Przyjmijmy - wertykalnie i horyzontalnie.
Wertykalnie, czyli w danej lokalizacji oferować coraz lepszy produkt. To model szczególnie popularny w droższych miejscach, aspirujących choćby do gwiazdek. Robimy najlepiej jak możemy, jak najlepsze produkty, jak najlepsze techniki kulinarne. To przede wszystkim rozwój osobisty zatrudnionych tam osób. Takich miejsc trochę w Polsce mamy.
„Funkcja społeczna” takich działalności jest oczywiście nie bez znaczenia, ale obejmująca znacznie węższą grupę. Do tego dość elitarną. Takie segmenty też są potrzebne. Ale ze swojej natury zasięg mają niewielki.
Horyzontalnie, czyli replikujemy nasze jedzenie w jak największej liczbie lokalizacji. Budujemy skalę. Chcemy ugościć jak najwięcej osób. Dopracowujemy produkt, budujemy systemy. Kluczowa jest powtarzalność doświadczenia (całego, przynajmniej jedzenia). Pochodną tego jest chociażby możliwość walki z cenami, większa siła nabywcza. Siłą rzeczy - takie przedsiębiorstwo zatrudnia coraz więcej osób. Tworzy struktury, już nie zatrudnia tylko tańszej siły roboczej „blue collar”, ale wraz ze wzrostem - coraz więcej kadry zarządzającej i specjalistów różnego typu. W najlepszym wypadku - tworzy wewnątrz takie kadry awansując i szkoląc ludzi od podstaw. Scenariusz idealny. Takich miejsc w Polsce prawie nie mamy, z dużymi sukcesami w ogóle nie mamy. Nie mamy „narodowej sieci”.
I w kontekście „społecznej przydatności”, tj. tworzenia miejsc pracy, dokładania się do budżetu w formie podatków - krajowych, jak i lokalnych w wielu miastach, szkolenia kadr - to horyzontalny wzrost zdaje się być o kilka długości sensowniejszy. I - z szacunkiem oczywiście do najlepszych kucharzy - dużo, dużo trudniejszy.
Czekam tutaj na specjalistów od biznesu z tezą „najważniejsze jest generowanie zysku”. Generowanie zysku jest pochodną, a nie motorem. Jest fajny i niezbędny, ale nie konsumpcja jest kluczowa czy najważniejsza. Ponadto umówmy się - ile można żreć? Każdy lubi wydawać, ale trzeba mieć jakieś hamulce. A i żadne wydawanie nie smakuje tak dobrze, jak na kogoś. Ale odbiegamy od tematu.
Obawiam się, że tutaj pole do rozwoju się wyczerpuje.
Tu dochodzimy do pytania - jeśli nie o dywersyfikację, ale o rozwój (bo takich głosów też nie brakuje) chodzi - to do której formy rozwoju przykłada rękę krajowy plan odbudowy?
Niech to będzie jasne - „dywersyfikacja”, zrobienie „nowej odnogi biznesu”, to nie jest ROZWÓJ GASTRONOMII. Nie wpływa na nią w żaden sposób pozytywnie. Rozprasza.
Słyszałem jakieś dość durne porównania w radio w tym kontekście, że „apple to też powstał w garażu”. Nie, z tych pieniędzy nie powstanie ani Apple, ani McDonald’s też nie powstanie.
A wiecie dlaczego?
Ponieważ gdyby miał powstać, to już by powstał. Albo by się tworzył.
Przez 5 lat byśmy usłyszeli o kimś, kto z jednego lokalu zrobił x lokali.
I teraz największy paradoks:
📍Jeśli zrobił z jednego lokalu x lokali - to nie potrzebuje żadnych darmowych pieniędzy od nas wszystkich.
📍Jeśli nie zrobił - to już nie zrobi, a te pół miliona nie są mu do niczego potrzebne, poza konsumpcją.
Nie ma wstydu w nieprowadzeniu własnego lokalu. Nie każdy musi mieć jdg, nie każdy ma predyspozycje, wytrwałość, odporność na stres i inne niezbędne cechy. Etaty też są świetnym rozwiązaniem dla osób ceniących sobie inne wartości. Czasami trzeba wziąć rzeczywistość na klatę.
Może przyoszczędzić i znów spróbować sił - niekoniecznie wspomagając się wspólnymi pieniędzmi.
A biznes, szczególnie tego typu, musi być „sustainable” - zrównoważony, ustabilizowany, a nie od rzutu do rzutu.
4. To dlaczego w ogóle te pieniądze są, dlaczego je rozdajemy i dlaczego niektórzy - choćby dziennikarze - uważają, że to jest ok?
Tu dojdziemy niestety do najsmutniejszych konkluzji.
Wyjdzie znów chyba arogancko jakbym pozjadał rozumy, ale prawda jest brutalna.
Otóż nie mamy bladego pojęcia co robimy.
Podejmujący decyzje w Polsce nie mają kompletnie pojęcia na czym polega prawdziwy rozwój w tej branży.
Komentatorzy często nie mają kompletnie pojęcia na czym polega prawdziwy rozwój w tej branży.
Nie mają pojęcia, bo nie mają wzorów, nie analizują tego, nie mają z kim porozmawiać. Nie jest ich winą nie wiedzieć, aczkolwiek o wypowiadaniu się bez żadnych kwalifikacji można już dyskutować.
Nie mamy żadnych sprawdzonych modeli zarządzania w tej kategorii. Znamy Agile’y i inne „sprinty” dla wykwalifikowanych kadr IT. Nowe rzeczy. Ale nie mamy pojęcia o skalowalnym, zorganizowanym zarządzaniu „blue collar”. Spytacie dlaczego się wymądrzam? Kilkanaście lat temu przez parę lat byłem tłumaczem w fabryce opon dużego, japońskiego producenta.
I jeśli nie zauważamy, że zarządzanie operatorami produkcji opon ma wiele wspólnego z zarządzaniem kelnerami, a procedury 3S z czyszczeniem restauracji - to definiuje wyłącznie naszą nieumiejętność łączenia kropek. Albo w ogóle brak kropek do łączenia. Po prostu jesteśmy krajem, który nie ma Toyoty, nie ma Bridgestone’a i nie ma Sony. A to dziesiątki lat do nadrobienia na bardzo wielu polach, zarządzania i tworzenia biznesu też.
W kraju, w którym „zrobienie interesu” to ogranie kogoś, wykorzystanie systemu czy „jednorazowy strzał” za kilkaset tysięcy jest dla wielu szczytem ambicji i definicją sukcesu - tego typu akcje rozdawnicze czy „wsparcia” nie mają prawa się udać.
Jesteśmy w pułapce niskiej ambicji i braku dyscypliny. Nikt mi nie wmówi, że Robert Lewandowski jest jedynym cudem genetycznym w tym kraju. Jest po prostu piekielnie zdyscyplinowanym i pracowitym gościem.
Ale 99,99% piłkarzy nie dojdzie do tego poziomu, bo złapali pana Boga za nogi w ekstraklasie za 50 tysięcy miesięcznie (albo grają w LP, co rzecz jasna zaspokaja wszystkie ambicje). I to jest oczywiście niemiało pieniędzy. Ale w piłkarskim świecie, to śrubki.
I ta nasza HoReCa to też tak ��rubki, nawet jeszcze mniejsze. Mogłyby nie być, ale tutaj potrzeba tego, co Robert czy Ronaldo doprowadzili do perfekcji. Całkowite truizmy.
Codzienna, żmudna, ciężka praca okupiona wyrzeczeniami. A do tego ociupinka wiary i wizji, jakiegoś punktu, gdzie się zmierza. Jakiegoś sensu.
Jacht, kawa w solarium czy nowa Beta w leasingu to nie jest sens.
Jeszcze tam nie jesteśmy, dlatego ani przed KPO, ani po KPO nie będzie nowego Apple. Nie będzie polskiego McDonald’sa, nie będzie Starbucksa, nie będzie Yoshinoyi ani Shake Shacka.
Jeszcze nie. A gdy będzie - to nie dzięki KPO.
PS To pierwsza nasza z żoną restauracja, Min's Table. Otwarta w marcu 2019, jeden stół.
We are very sad to hear of the passing of Michael Madsen, who played NSA Chief Damian Falco in DIE ANOTHER DAY. Our thoughts are with his family and friends.
Po rezygnacji Pawłowicz obecna większość parlamentarna może wybrać przed końcem swojej kadencji 9 z 15 sędziów TK. Czy zemści się wtedy wadliwość Izby Kontroli SN? Czy do TK pójdzie wniosek o stwierdzenie niekonstytucyjności podstawy ustawowej, na mocy której IK stwierdziła ważność wyboru prezydenta? Czy w efekcie wyroku dojdzie do wznowienia postępowania przed SN w sprawie ważności wyborów, w oparciu o art. 190 ust. 4 Konstytucji i inna izba wznowi to postępowanie, opierając się bezpośrednio na Konstytucji w myśl jej art. 8 ust. 2 - nawet jeśli nie będzie procedury wznowieniowej na poziomie ustawy? Czy ostatecznie okaże się, że szalone pomysły Ziobry i Kaczyńskiego w sprawie sądownictwa zemszczą się na ich własnym prezydencie?
Amazon MGM Studios sets Denis Villeneuve as director of next James Bond film.
Tanya Lapointe will serve as executive producer. As previously announced, Amy Pascal and David Heyman will serve as producers.
Denis Villeneuve will direct the next James Bond film.
“Some of my earliest movie-going memories are connected to 007. I grew up watching James Bond films with my father, ever since ‘Dr. No’ with Sean Connery. I’m a die-hard Bond fan. To me, he’s sacred territory,” Villeneuve said.
https://t.co/8maYvbGfbn
Armia hejterów i propagandystów spod końskiego herbu galopuje przez Twittera, wyzywają od najgorszych każdego, kto ośmieli się im sprzeciwić. Ich zapalczywość nie jest niczym nowym, ale za każdym razem fascynuje.
Po wyborach prezydenckich, których rezultat nie spodobał się obozowi rządzącemu, zamiast uczciwej analizy przyczyn porażki, serwuje się Polakom nowy spin: „wybory zostały sfałszowane”. Zaczęło się nieśmiało, od nieprawidłowości, z każdym dniem zarzuty „twardniały”. Dzis jesteśmy na etapie „ukradzione wybory, oszustwo, sprawa powinna się zająć prokuratura”.
Na czele tej opowieści stoją nie tylko bojówki z #SilniRazem ze swoimi zaczadzonymi gniazdowymi, ale coraz liczniejsi politycy Koalicji Obywatelskiej. Dołączają do nich tożsamościowi dziennikarze, którzy fakty i logikę zastąpili lojalnością wobec plemienia.
Fakty są nieubłagane:
Do Sądu Najwyższego wpłynęło ponad 50 tysięcy protestów wyborczych, ale realnych, merytorycznych i formalnie poprawnych jest tylko część z nich (przedstawiciele SN mówią o kilkunastu procentach). Reszta to masowo kopiowane wzory – akcja skrojona pod emocje, nakręcona przez jednego z polityków KO.
Tak – w kilkunastu komisjach były nieprawidłowości. To trzeba sprawdzić i naprawić. Ale w kraju było ponad 31 tysięcy komisji. Sugerowanie fałszerstwa na skalę ogólnopolską to nie tylko intelektualna obraza dla obywateli. To zamach na zaufanie do procesu demokratycznego.
Zamiast rozliczyć kampanię i zadać sobie fundamentalne pytanie – jak to możliwe, że spiżowy, idealny kandydat partii rządzącej przegrywa po zaledwie 1,5 roku rządów, i to z kandydatem sklejonym naprędce, z bagażem przeszłości – politycy KO odgrywają teatr „skradzionych wyborów”.
Ten cyrk to nic innego jak próba przykrycia politycznej katastrofy. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której partia rządząca – po zaledwie kilkunastu miesiącach u władzy – przegrywa wybory prezydenckie z kandydatem sklejonym naprędce, bez realnego zaplecza i z przeszłością, którą można było rozjechać jednym spotem?
A przecież diagnoza jest oczywista: wyborcy uznali ten rząd za nieudolny, chaotyczny i oderwany od realnych problemów. Klęska nie spadła z nieba – to rachunek za lekceważenie ludzi.
Frustracja nie usprawiedliwia sabotażu. Zakładanie z góry, że cały system został zmanipulowany, to polityczny rozbiór państwa w imię własnego ego. To policzek dla dziesiątek tysięcy ludzi, którzy uczciwie pracowali przy wyborach. To pogarda wobec wyborców.
Trzeba umieć przegrać, bo demokracja to nie tylko prawo do głosu, ale też obowiązek przyjęcia jego wyniku.
Dla fanatyków jesteśmy pisowcami. Tak samo, jak krytykowaliśmy PiS za deptanie instytucji i zawłaszczanie państwa, dziś z równą mocą mówimy Koalicji Obywatelskiej: nie idźcie tą drogą. Próba delegitymizowania przegranej to orbanizacja polskiej polityki. I to w barwach Unii Europejskiej.
Po 15 października miała być zmiana standardów na lata. A mamy robienie z ludzi idiotów na lato.
“If they’re making a new Bond movie, I want a crack at it.”
Oscar-winning Producer Finneas on he and Billie Eilish landing the coveted gig of writing a 007 song, which included a “presidential” call from Hans Zimmer.
Score: The Podcast is presented by Vienna Symphonic Library
Bardzo wielu osobom, związanym z obozem władzy lub wpływowym jego sympatykom, zadziwiająco łatwo przychodzi dziś krytykowanie kampanii Rafała Trzaskowskiego.
Uderzanie w sztab wyborczy, podważanie jego działań, szydzenie z pomysłów, wskazywanie "oczywistych" błędów, które przecież "nie miały prawa się zdarzyć".
Niektórzy chcą rozliczać "odpowiedzialnych" już, dzisiaj, mimo że sami od dwóch lat mają problem z rozliczeniem choćby jednego, znaczącego nazwiska z PiS (za to dobrze im idzie tworzenie hashtagów na X).
Analizy tworzone w pół minuty, lamentowanie, wzmożenie w mediach społecznościowych, załamywanie rąk. Narzekanie na wszystko. Robią to tzw. liderzy opinii, politycy, naukowcy, ludzie mediów, celebryci.
Nagle ujawnili się krytycy: koalicji, sztabu, telewizji publicznej. Są nawet i tacy, którzy po wyborach zauważyli, że TVP działa fatalnie, mimo iż sami z tą telewizją współpracują. Niektóre z tych osób bynajmniej nie przyczyniają się do poprawy jej stanu. Ale krytykują. Z żalu, może z frustracji, niedowierzania w to, co stało się w niedzielę.
A przecież coś się stało.
Do piątku 30 maja nikt jednak wątpliwościami się nie dzielił; nie zgłaszał uwag, nie podnosił larum. I pewnie nikt by tego nie zrobił, gdyby wynik wyborów prezydenckich różnił się o niecałe 400 tys. głosów - tyle że w drugą stronę.
Zadziwiające jest, że tak trudno dziś o kogoś, kto publicznie stanąłby w obronie Rafała Trzaskowskiego i jego sztabu. Kto doceniłby jego wynik, zauważył, że jest lepszy niż pięć lat temu. Że zagłosowało na niego ponad 10 mln wyborców. Że po stronie KO bardziej popularnego polityka pewnie jeszcze długo nie będzie. I że po ludzku należy mu się szacunek.
Nikt o tym dziś nie mówi; brakuje tych, którzy zbalansowaliby ten negatywny przekaz i aurę smuty wokół kandydata.
Ten brak lojalności, empatii, jest tym bardziej zdumiewający, że jeszcze w niedzielę o godz. 21:00 każdy chciał się poczuć ojcem sukcesu. Każdy chciał stać blisko kandydata, być wśród fleszy i kamer. Kampania? "Zrobiliśmy wszystko, co trzeba", "wielka praca sztabu", "profesjonalne działania", "znakomita robota".
Tego przekazu już nie ma. Jest czekanie w blokach do rozliczeń. I brak przekonania, co z tym wszystkim - w rządzie i koalicji - zrobić.
Premier Donald Tusk - lider KO - w pierwszym powyborczym wystąpieniu nawet nie wymienił nazwiska Rafała Trzaskowskiego. Nazwał go "przegranym".
I tak wygląda sytuacja dokładnie 24 godziny od momentu, gdy cała Koalicja Obywatelska ogłosiła zwycięstwo w wyborach.
@DougAdamsMusic@DougAdamsMusic Thanks for the alert! Do you know if there will be a second reissue of Complete Recordings (CD BoxSet)? Next year marks the 25th anniversary of LOTR…
"It's classic Bond!" – Pierce Brosnan and director Martin Campbell anticipated the much awaited #GOLDENEYE, months away of its worldwide release in November 1995. #GoldenEye30
Jimmy Carter, the 39th US president who served one term and went on to become a globe-trotting elder statesman and humanitarian icon, has died. He was 100.
Read more: https://t.co/hjliVfRjDO
Today in 1999 „The World is Not Enough” Bond movie hits the big screen. Happy 2️⃣5️⃣th Anniversary! 🎂 An amazing score & song were composed by David Arnold and lyricist Don Black.🎼 Garbage sung the title song.🎙️Thank you Maestro! ❤️
@007@DavidGArnold@garbage@LaLaLandRecords