Oszczędne życie z kapitału chwilami przypomina czasy studenckie.
Niby masz jakieś obowiązki, ale przede wszystkim masz dużo wolnego czasu.
Napięcie schodzi. Przestajesz być zmęczony.
Jeżeli chcesz, grasz na PS5 do drugiej w nocy.
Wraca ochota na spontaniczne wypady ze znajomymi. W ogóle wraca ochota na interakcje z drugim człowiekiem.
Mniej napięcia to też lepsze relacje z żoną i dzieciakiem.
Wieczorne opowiadanie bajek staje się rutyną. Wspólna nauka angielskiego sympatyczną koniecznością.
Chętniej odbierasz telefony od matki i ojca. Chętniej się z nimi widujesz. Kontakt z rodziną zaczyna zajmować więcej miejsca.
Wysypiasz się.
Jeśli to nie twoja kolej na odwiezienie dziecka do szkoły, śpisz do dziesiątej.
Przygotowywanie posiłków staje się częścią dnia. Masz czas gotować zdrowiej. Jeśli chcesz, chudniesz.
Wracasz do formy. Biegasz. Szukasz czterdziestolatków grających wieczorem w piłkę. Pojawia się szansa na nowe znajomości.
Kultura zaczyna zajmować w twoim życiu znacznie więcej miejsca.
Książki, filmy i muzyka są tanie i dostępne. Możesz zacząć metodycznie poznawać rzeczy, na które wcześniej nigdy nie było czasu.
1000 albumów muzycznych, które musisz przesłuchać przed śmiercią.
Finały Eurowizji z lat 60.
Wszystkie filmy nagrodzone Złotymi Lwami od pierwszej edycji Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych.
W ciągu tygodnia śledzisz sobie notowania giełdowe.
Albo nie śledzisz, bo masz to w dupie.
Szukasz za to wycieczki last minute na Maltę w październiku za 4000 złotych dla całej trójki.
I nagle orientujesz się, że w niedzielę wieczorem nie myślisz o pracy.
Bo w poniedziałek zostajesz w domu.
Wywiad z rodzicami, których "dojechała" Rzecznik Praw Dziecka.
ICH WERSJA:
- Owszem, padło słowo "kurwa", ale skierowane do pani rzecznik, a nie do dziecka. Matka zdenerwowała się, że jakaś nieznana kobieta robi zdjęcia jej dzieciom.
- W domu nie ma przemocy.
- Ojciec nie ma założonej niebieskiej karty.
- Dzieci chciała wziąć babcia, ale policja na to nie zezwoliła.
- Na skutek działalności pani rzecznik stracili dach nad głową.
- Rzecznik Praw Dziecka założyła rodzicom sprawę karną o znęcanie się nad dziećmi. Nie wiedzą, na jakiej podstawie.
- Udzielili wywiadu, żeby nikt już przez tę rzecznik skrzywdzony nie został.
https://t.co/xBBYVWtFtm
Pani @MHornaCieslak, proszę zrobić nalot na mój dom. Tam "zabezpieczyliście" dwa nieotwarte piwa. U mnie z kolei będą butelki wina, napoczęta kiedyś whisky albo metaxa oraz alkohole, których nazw teraz nie pamiętam. Proszę koniecznie odebrać mi dzieci i umieścić w domu dziecka.
Matka 3 i 4- latków szarpie i krzyczy na dziecko, które miało wbiec samo na ulicę
Widzi to Rzecznik Praw Dziecka (Monika Horna-Cieślak) i reaguje, matka jej odpyskowuje
Rzecznik zgłasza sprawę na policję, w świetle przepisów, gdy dzieci znajdą się w niebezpieczeństwie, funkcjonariusze mogą wydać zakaz zbliżania się do nich i nakaz opuszczenia lokalu
Policja bada sprawę, nie widzi podstaw do interwencji, sprawa trafia do sądu rodzinnego
Do sędziego zajmującego się tą sprawą, dodzwania się pracownik Pani Rzecznik, aby przekonać go o odebranie dzieci rodzinie
Sąd nie widzi takich podstaw, ale zaleca wywiad środowiskowy
Wywiad następuje następnego dnia, nie znaleziono podstaw do odebrania dzieci
Biuro Pani Rzecznik nie odpuszcza, kolejny telefon do sądu, nie ma decyzji o odebraniu dzieci
Rzecznik ciągnie temat dalej, udaje się na posterunek policji. Podczas spotkania na posterunku zapada decyzja wobec rodziców: nakaz opuszczenia mieszkania i zakaz zbliżania się do dwójki dzieci
Dzieci umieszczone zostają w domu dziecka
Sąd zajmujący się tą sprawą nakazuje natychmiastowe wydanie dzieci rodzicom
I kto tu znęca się nad dziećmi? Matka, która w napływie emocji krzyczy na swoje dzieci, czy Rzecznik, która pomimo informacji policji i sądu zabiera dzieci od rodziców?
Kto tu mentalnie nie jest gotowy do pełnienia swojej roli??
Jako matka jestem wstrząśnięta❗ Rzecznik Praw Dziecka, Monika Horna-Cieślak doprowadziła do odebrania dzieci rodzinie w zemście za to, że kobieta źle odniosła się do niej na ulicy❗🤯
👉 Dzieci trafiły do domu dziecka, a sąd przyznał, że nie było ku temu żadnych powodów! Proszę o nagłaśnianie, bo przecież chodzi o osobę powołaną, by dbać o DOBRO DZIECI.
Jak relacjonuje Kanał Zero matka szarpnięciem zatrzymała dziecko przed wejściem na ulicę i skrzyczała je. Świadkiem tego była Horna-Cieślak, która zwróciła uwagę kobiecie, a ta odpowiedziała jej w wulgarny sposób. To rozpoczęło krucjatę rzeczniczki przeciwko całej rodzinie.
Od razu zgłasza sprawę policji, ale ta nie znajduje żadnych podstaw do interwencji. Następnie materiały trafiają do sądu rodzinnego. Pracownik biura rzeczniczki dzwoni do sędziego, który ma wydać orzeczenie i próbuje go nakłonić do odebrania dzieci. Sąd nie stwierdza podstaw, tak samo jak kurator sądowy po przeprowadzeniu wywiadu środowiskowego.
Ale Horna-Cieślak się nie poddaje i jedzie na komisariat, gdzie spotyka się z komendantem policji. Tam zapada decyzja, by wydać wobec rodziców nakaz opuszczenia mieszkania i zakaz zbliżania się do dwójki małych dzieci, które trafiają do domu dziecka.
Sąd, po zbadaniu sprawy, nakazał natychmiastowe wydanie dzieci rodzicom i stwierdził, że "działania wobec tej rodziny mogą nosić wyraźne znamiona przemocy instytucjonalnej", zaś "zachowanie rzecznika może świadczyć o próbie wykorzystania autorytetu urzędu do przeforsowania z góry założonej tezy, opartej na osobistym poczuciu obrażenia przez matkę." Jednym z argumentów za odebraniem dzieci były... dwie butelki piwa znalezione w mieszkaniu, co sąd określił jako "absurdalne."
Koalicja Tuska wybrała na to stanowisko osobę, którą należy trzymać jak najdalej od społeczeństwa. Przypominam, że niedawno 20 osób związanych z instytucją relacjonowało, że stosuje ona mobbing i znęca się psychicznie nad pracownikami.
Natychmiast dymisja i prokurator za przekroczenie uprawnień, a po drodze badania psychiatryczne. Wniosek Konfederacji o odwołanie Horny-Cieślak jest już w Sejmie i proszę wszystkich posłów, którym leży na sercu dobro dzieci, by go poparli!
À 13 ans, au collège, ils ont voulu me forcer à me convertir et porter le voile.
J’ai vécu l’enfer.
Aujourd’hui à Forbach, un homme entre dans une église en criant « Allah Akbar », un couteau sur lui, en cherchant le prêtre.
Des collégiennes de 14 ans ont donné l’alerte.
Ça n’arrive pas « par hasard ».
Assez de l’islamisme dans nos rues, nos écoles et nos églises.
On ne touchera pas à nos prêtres.
CHRIST EST ROI ✝️
Remember this young French Catholic who carried a 35kg cross for 14 hours to replace the vandalized Aneto cross at the top of the Pyrénées?
Someone vandalized his cross, so he made an even bigger one and took it again to the peak of the mountain.
Christ is King 🇫🇷
W poniedziałek dyrektor zwołał spotkanie całego działu.
Na ekranie wyświetlił slajd:
„MYŚL JAK WŁAŚCICIEL”.
Usiadłem bliżej.
Pierwszy raz od dawna nazwa spotkania sugerowała, że mogę z niego wyjść z czymś więcej niż dodatkowym zadaniem.
Wyjąłem długopis.
- Chciałbym, żebyśmy zmienili nasze podejście do pracy - zaczął dyrektor. - Nie możemy funkcjonować tak, że każdy patrzy tylko na swój zakres obowiązków.
Już mi się nie podobało.
Zakres obowiązków był jednym z moich ulubionych dokumentów.
Zaraz po powiadomieniu o wpłynięciu wynagrodzenia.
- Potrzebujemy właścicielskiego podejścia. Odpowiedzialności. Zaangażowania. Myślenia długoterminowego. Chciałbym, żeby każdy traktował tę firmę jak swoją.
Podniosłem rękę.
Dyrektor uśmiechnął się.
- Słucham.
- Kiedy dostaniemy udziały?
Uśmiech został.
Ale przestał się rozwijać.
- Nie o takich kwestiach teraz rozmawiamy.
- Przepraszam. Usłyszałem „jak swoją” i poszedłem w stronę własności.
- Chodzi o postawę.
- Czyli udziały nie?
- Nie.
Zapisałem.
Udziały: zero.
- Będzie jakiś udział w zysku?
- System premiowy na razie pozostaje bez zmian.
Dopisałem.
Dyrektor spojrzał na mój notes.
- Co ty tam zapisujesz?
- Warunki wejścia.
Dyrektor przeszedł do przykładu.
- Wyobraźcie sobie, że jest szesnasta, a ważny projekt nie został skończony. Osoba myśląca tylko jak pracownik zamyka komputer i wychodzi.
Bardzo dokładny opis mojego planu na dzisiejsze popołudnie.
- Natomiast właściciel zastanawia się, co może zrobić, żeby dowieźć temat.
- Bo ma udział w wyniku - powiedziałem.
- Bo czuje odpowiedzialność.
- Jedno nie wyklucza drugiego. Możemy mu zaproponować, żeby oddał udziały i został z samą odpowiedzialnością. Zobaczymy, o której wyjdzie.
- Naprawdę musisz sprowadzać wszystko do pieniędzy? - zapytał dyrektor.
Rozejrzałem się po sali.
Biuro.
Poniedziałek.
Dziewięć osób, które przyjechały tutaj zamiast zostać w domu.
- Wydaje mi się, że to dość istotny element naszej znajomości.
Pani z HR-u postanowiła pomóc.
- Chodzi o poczucie wpływu. Żeby pracownicy wiedzieli, że mogą realnie kształtować organizację.
To brzmiało już lepiej.
- Czyli będziemy mieć wpływ na podział zysku?
- Nie w tym sensie.
- Na obsadę zarządu?
- Też nie.
- Na wynagrodzenia?
- Możecie zgłaszać propozycje.
Mogłem również zgłosić propozycję obniżenia cen w sklepie.
Nie czyniło mnie to współwłaścicielem Biedronki.
Spojrzałem na notes.
Udziały: zero.
Nowe korzyści finansowe: zero.
Prawo do podejmowania decyzji: zero.
Dodatkowe zaangażowanie: bez podanego limitu.
Zrozumiałem ofertę.
Nie obraziłem się.
Gdybym mógł pozyskać dziewięć dodatkowych wieczorów za jedno zdanie na slajdzie, też sprawdziłbym zainteresowanie rynku.
Problem polegał na tym, że siedziałem po niewłaściwej stronie transakcji.
- To jest inwestycja w waszą przyszłość - powiedział dyrektor. - Jeżeli firma się rozwija, wszyscy na tym korzystają.
- Firma w zeszłym roku miała rekordowy wynik.
- Właśnie.
- A na rozmowie o podwyżce powiedział pan, że wynik firmy nie przekłada się automatycznie na moje wynagrodzenie.
Zapadła cisza.
Lubię pamiętać takie rzeczy.
Ludzie nie doceniają, ile można zaoszczędzić na dobrej pamięci.
Dyrektor odłożył pilota.
- Nie chciałbym, żebyśmy zmienili to spotkanie w negocjacje płacowe.
- Ja też nie. Na razie próbuję ustalić, kim jestem.
- Jesteś ważną częścią zespołu.
- Ale gdy trzeba zostać po godzinach, mam być właścicielem?
- Masz wykaza�� się odpowiedzialnością.
- A gdy pytam o zysk, wracam na etat?
Nie odpowiedział od razu.
- Proszę tylko doprecyzować, w których godzinach obowiązuje która rola. Nie chciałbym przez pomyłkę zachować się jak właściciel podczas wypłacania dywidendy.
Po spotkaniu dyrektor zatrzymał mnie przy drzwiach.
- Mogłeś nie robić tego przy wszystkich.
- Myślałem jak właściciel.
- To znaczy?
- Zanim zainwestuję dodatkowe zasoby, chcę wiedzieć, co dostanę w zamian.
Popatrzył na mnie.
Przez chwilę miałem nadzieję, że doceni tempo wdrożenia szkolenia.
- Po prostu rób dobrze swoją pracę - powiedział w końcu.
- W dotychczasowym zakresie?
- Tak.
- W dotychczasowych godzinach?
- Tak. Tylko skończmy już ten temat.
Zgodziłem się.
Nie należy przedłużać negocjacji po uzyskaniu korzystnych warunków.
O szesnastej zamknąłem komputer.
Projekt, o którym mówił dyrektor, rzeczywiście wymagał jeszcze pracy.
Zostawiłem informację, od czego zacznę rano.
Wychodząc, zobaczyłem go w gabinecie.
Nadal siedział.
Bardzo dobrze.
Powinien traktować firmę jak swoją.
#FIRE
Move to a small town.
Buy a $200K house instead of a $900K one.
Take the job that gives you more time, not the biggest salary.
Have kids.
Know your neighbors.
Grill in the backyard.
Take road trips instead of luxury vacations.
Pay off the house.
Build a simple life.
Then you’re 70, sitting on the porch with the person you love, watching your grandkids play.
The house isn’t impressive.
The town isn’t famous.
But somehow, you won.
Jeśli chodzi o własną walutę narodową, to mam wrażenie, że tak mniej więcej 60% osób w ogóle nie rozumie co ona nam daje.
Te osoby zwykle widzą własną walutę jako problem:
"Jak będziemy mieć euro, to nie będę musiał kupować euro na wakacje."
albo to:
"Jak będziemy mieć euro to będziemy bogatsi, bo będziemy zarabiać w euro."
Otóż tak to nie działa. Własna waluta działa jak bufor regulujący gospodarkę.
Jak w naszej gospodarce dzieje się źle, to nasza waluta się osłabia (euro i dolar drożeje), ale dzięki temu nasze produkty i usługi tanieją dla zagranicznych kontrachentów, więc jest nam łatwiej je sprzedać - czytaj: łatwiej przetrwać kryzys.
Jak nasza gospodarka prze do przodu, to nasza waluta się umacnia (dolar i euro spada), dzięki czemu rośnie siła nabywcza - możemy kupować taniej zagraniczne produkty np. Iphone.
Oczywiście są mechanizmy regulujące kurs waluty, które stosuje NBP, ale dzięki temu, że mamy własną walutę to mamy te suwerenne mechanizmy, a nie musimy być na łasce cudzego banku.
Jak jesteś w drugim progu podatkowym (32%), to jedną z głupszych rzeczy jest nie skorzystanie z IKZE.
Dlaczego?
Całą kwotę jaką wpłacasz na IKZE (w tym roku 11 304 zł), odliczasz od podatku, więc otrzymasz zwrot: 3 617 zł.
Co więcej, tą kwotę możesz wpłacić na IKE i masz do dyspozycji kapitał o 1.32x większy niż pierwotnie wpłacany.
Inaczej mówiąc, wpłacając 11 304 zł, a masz do dyspozycji 14 921 zł na inwestycje.
I think a lot of people misunderstand wealth.
It’s not the Rolex.
It’s not the BMW.
It’s not the $2M house.
It’s waking up on Monday morning and knowing you don’t HAVE to go anywhere.
That’s the level of wealth I’m chasing
Broke people: I want a Ferrari.
Average people: I want a Tesla.
Upper middle class people: I want new truck.
Wealthy people: Give me a paid-off Toyota and $1 million invested.
..It's funny how the richer you get, the less you care about looking rich.
Patrzę na osiedlowe parkingi i widzę same nowe SUVy na leasing.
A potem rozmawiam z ludźmi i okazuje się, że połowa z nich nie ma oszczędności na 3 miesiące do przodu.
Nowy samochód, nowy iPhone, wakacje w Grecji, ale zero poduszki finansowej.
Polska na pokaz.
Wolę starsze auto i spokojny sen niż nówkę i stres, czy starczy do pierwszego.
A Wy jak to widzicie?
13 sierpnia 2026 to jeden z najważniejszych momentów w historii polskiego inwestora indywidualnego.
Wczoraj, pierwszy raz od tego wydarzenia, całe biuro zebrało się w jednym miejscu.
Założyłem garnitur.
Ten sam, który ostatni raz miałem na sobie na własnym ślubie.
Rano nawet go wyprasowałem.
Żona zapytała, czy mam jakieś spotkanie z zarządem.
Powiedziałem:
- Ważniejsze.
Nie chciałem jej tłumaczyć.
Nie każdy musi rozumieć wagę momentów historycznych.
Do biura wszedłem kilka minut wcześniej niż zwykle.
Myślałem, że będzie jakieś ciasto.
Może ktoś przyniesie szampana.
W ostateczności drożdżówki.
Nie oczekiwałem od działu HR oficjalnych obchodów, chociaż uważam, że dzień podpisania ustawy powinien być co najmniej wolny od pracy.
Ale w środku nie działo się nic.
Kasia jadła jogurt.
Mariusz robił kawę.
Paweł opowiadał, że w weekend kosił trawnik.
Stałem przez chwilę w drzwiach kuchni w garniturze i patrzyłem na nich z lekkim niedowierzaniem.
W końcu Mariusz zapytał:
- Ty co tak elegancko?
Uśmiechnąłem się.
- Serio pytasz?
- No.
Rozejrzałem się po kuchni.
Nikt nawet nie podniósł wzroku.
- Trzynasty sierpnia?
Cisza.
- Co było trzynastego?
Początkowo myślałem, że mnie testują.
- OKI.
Paweł spojrzał na Kasię.
Kasia na Mariusza.
Mariusz na mnie.
- Co?
- OKI.
- W sensie... okej?
Przestałem się uśmiechać.
- Nie "okej". Konto OKI.
Zrobił pauzę.
- To jest to drugie OFE?
Przez kilka sekund nie odpowiedziałem.
Chciałem mieć pewność, że dobrze usłyszałem.
- Jakie drugie OFE?
- No nie wiem. Coś z państwem i odkładaniem pieniędzy.
Zdjąłem marynarkę.
Nagle zrobiło mi się gorąco.
- Mariusz, ty naprawdę przez ostatnie kilka dni nie przeczytałeś ani jednego artykułu o OKI?
- Nie.
- A nagłówka?
- Chyba widziałem coś na Onecie.
- I?
- Nie kliknąłem.
Usiadłem.
Paweł tymczasem wyjął telefon.
Pomyślałem, że sprawdza.
Po chwili powiedział:
- Patrzcie, w Lidlu znowu jest ta wkrętarka.
Wtedy dotarło do mnie, że źle oceniłem sytuację.
Ja od 13 sierpnia chodziłem po mieszkaniu w stanie lekkiego uniesienia.
Czytałem analizy.
Dyskusje.
Komentarze.
W głowie miałem już scenariusze na przyszły rok z dwudziestoma ośmioma wariantami stóp zwrotu.
A moi koledzy przez ten sam czas śledzili cenę elektronarzędzi.
Spróbowałem jeszcze z Kasią.
- Ty chociaż wiesz, co to jest OKI?
- Nie.
- Kompletnie?
- Kompletnie.
- A IKE?
- To emerytalne?
Poczułem ulgę.
Był punkt zaczepienia.
- Tak. A IKZE?
- To chyba to drugie emerytalne.
Skinąłem głową.
- Dobrze.
- A OKI?
Spojrzałem na nią.
- Właśnie próbuję ci powiedzieć.
- To powiedz krótko, bo mam calla.
Krótko.
Jedno z najważniejszych wydarzeń dla polskiego inwestora i ja miałem je streścić między jogurtem a spotkaniem.
Powiedziałem dwa zdania.
Kasia odpowiedziała:
- Aha, fajnie.
I poszła.
„Aha, fajnie”.
Tak samo zareagowała miesiąc wcześniej, kiedy powiedziałem jej, że znalazłem nową podkładkę pod mysz.
Przez resztę dnia siedziałem przy biurku trochę przygaszony.
Garnitur wisiał na oparciu.
Koszula zaczęła się gnieść.
O 14:00 Mariusz podszedł i zapytał:
- Ej, a to OKI to już można zakładać?
Spojrzałem na niego z nadzieją.
- Nie.
- A.
- Dlaczego pytasz?
- Bo jak już masz garnitur, to myślałem, że może dzisiaj startuje.
Nie odpowiedziałem.
O 16:07 wróciłem do domu.
Żona zapytała:
- I jak spotkanie?
Powiedziałem:
- Nie było spotkania.
- To po co ten garnitur?
Długo patrzyłem przez okno.
- Też już nie wiem.
Szampana, którego wziąłem po drodze, nawet nie otworzyłem.
Wypiję 1 stycznia.
Sam.
🇬🇧-🇵🇱. Poszło w świat. Dzisiejszy The Telegraph: "Statua Matki Boskiej góruje 55 metrów nad małą polską wioską. Pomnik wzniesiony przez polskiego przemysłowca jest wyższy niż brazylijski Chrystus Odkupiciel. Budowa posągu trwała 18 miesięcy i kosztowała około 20 milionów funtów. Sfinansowali ją Roman Karkosik, lokalny przemysłowiec, i jego żona Grażyna Karkosik, których majątek wynosi około 320 milionów funtów. Małżeństwo mieszka w małym pałacu niedaleko Konotopia i mówi, że pomnik jest wyrazem ich wdzięczności wobec Boga. "Pomnik będzie dla wszystkich ludzi. Każdy z nas, kto go zobaczy, będzie mógł głębiej zastanowić się nad swoim życiem, nie tylko nad Bogiem – powiedziała pani Karkosik."