"Simply as humans, people don't have rights."
Former UK Supreme Court Justice Lord Jonathan Sumption challenges one of modern society's most foundational concepts: human rights.
Are "rights" inherent to our humanity, or are they purely a legal construct we invent through social organisation?
"Focusing on Ireland and his own peasant heritage, in his new book the historian Patrick Joyce laments the passing of a distinctive way of life. But as Jonathan Sumption writes here, the world his parents left behind was truly horrible."
We are grateful to The Spectator for permission to republish Jonathan Sumption's review which originally appeared in the magazine on 24 February 2024...
https://t.co/YhLXcrxstO
#HistoryReclaimed #BookReview #SocialHistory #IrishHistory #RuralHistory #HistoryBooks #TheSpectator #JonathanSumption
Grubo po aferze Rywina „Wyborcza” w papierze przy raczkującym Internecie była potęga. Sterty egzemplarzy walały się za darmo w krakowskich uczelniach i akademikach, z klucza prenumeraty. Wtedy też wystartowali z „Metro” rozdawanym porankiem na przystankach.
Ale wówczas pojawiła się też realna, wpływowa alternatywa - znakomita „Rzepa” Lisickiego, z Wildsteinem, @R_A_Ziemkiewicz, @IgorJanke, @cezarygmyz, @PiotrGursztyn, Goćkiem, @wina_Mazurka, zaraz z Zarembą. Dla młodego człowieka to był haust świeżego powietrza.
Właśnie skończyłem po raz drugi, po ok 15 latach po pierwszym czytaniu.
Wielka opowieść, szalenie wzruszające sa niektóre fragmenty o losie ludzi w XX wieku w naszej części świata .
The American disaster, by Jonathan Sumption
Democracy is fragile. Its history in the West has been relatively brief — barely a century and a half. The default condition of mankind has always been some form of autocracy. The Economist Intelligence Unit, which has published a ‘Democracy Index’ since 2006, reckons that only 25 of the 167 countries covered, encompassing 6.6% of the world’s population, ranked as full democracies.
Even before Trump’s second term, the United States was not one of them. It ranked only as a ‘flawed democracy’, thus putting it in the same category as fragmented countries like South Africa and unstable ones like most of South America.
Today, most of the world’s population lives under authoritarian regimes of one kind or another. Britain and the countries of Western Europe still rank as full democracies.
Unfortunately, we cannot take it for granted that they still will be there in the next generation.
Read more below ⬇️
https://t.co/eDdGYxI9BH
Mówi się, że prawo z historią łaczy sie bo zdając na prawo jest test z historii, nie tylko - ocena stanu faktycznego i wyciąganie z tego logicznych wniosków (art. 233 KPC) przede wszystkim....
By udowodnić zamiar nie jest konieczne odnalezienie jednego dokumentu zatytułowanego „rozkaz ludobójstwa”. Można to ustalić na podstawie sumy dowodów pośrednich: wzorca działań, doboru ofiar, skali i systematyczności zbrodni, raportowania ich wyników, działań liderów. 8/x
I am a professional reader. As an appellate court judge, I read briefs and motions for a living.
The most persuasive writers favor concrete words over abstract ones.
Abstract writing is hard to read, harder to understand and hardest to remember.
This is what happens inside a judge’s brain when you write abstractly.
Thread. 🧵
🔴Zżymał się na miłosne deklaracje odbiorców wciąż uwielbiających „Kind of Blue”. Chciał być kochanym za to, co właśnie teraz robi – pisze Adam #Poprawa w #TPCT 530: „Miles #Davis. Muzyczna podmiotowość” ↘️
https://t.co/D2IEPGVZJT
J.Sumption niszczy angielski consensus do MagnaCarta: "MC is a document from 1215, and not for all time. And it is a document for Englishmen, not for humanity. Indeed, it is not even a document for all Englishmen but only for the small minority of free, male and relatively rich".
No właśnie. Mężczyzni cierpią i umierają w samotności nie dlatego, że są słabi. Dlatego, że zbyt długo sami musieli być silni.
Bardzo ciekawy, ważny tekst Jarosław Kumor , który debiutuje nim na łamach @news_holistic Mocno polecam.
https://t.co/QFEz786wDr
Będzie długi post o tym dlaczego, https://t.co/pmf23eq4jc. postępowania sądowe się przewlekają. Trochę prywaty, trochę standardów z branży. Na początek parę cytatów:
Sektor publiczny z istoty rzeczy jest anachroniczny, a wymiar sprawiedliwości wiedzie w tym prym.
- Mój były przełożony (prezes jednego z sądów nadrzędnych)
Z takim obrotem dokumentacji to was powinni wyrzucić dyscyplinarnie
- Mój brat
Do luftu z taką robotą
- Ja
TLDR: Jest shitstorm na temat telefonów, a obywatele na tym cierpią.
Od kilku dni na mediach społecznościowych trwa ogromne przerażenie, trwoga i harmider bo okazało się, że sędzia może dzwonić do strony (bądź jej pełnomocnika) celem ustalenia czegoś. Oczywiście to narusza prawo do rzetelnego procesu, obrony i generalnie prawo do wszystkiego, a jak wiemy prawo do wszystkiego jest prawem konstytucyjnym, więc niewątpliwie narusza to również Konstytucję.
Podam teraz szanownemu audytorium przykład tego, jak prosta czynność w postaci wyznaczenia terminu rozprawy, a następnie konieczności zmiany tegoż terminu wydłuża rozpoznanie sprawy o kilka miesięcy.
Będzie to przykład hipotetyczny, bo nie chciałbym, żeby jakakolwiek strona bądź pełnomocnik czuli się urażeni - nie jest to przytyk w ich ewentualną stronę, bo jestem człowiekiem wyrozumiałym i rozumiem, że ludzie mają dzieci, samochody ulegające awarii i zatrucia pokarmowe. Nie jest to w żadnym wypadku ironia, naprawdę to rozumiem.
W piątek 2 stycznia o godz. 13:30, nie chcąc ryzykować ewentualnym brakiem obrotu tzw. zwrotek z wezwaniem na termin (czego skutkiem byłoby nieprawidłowe wezwanie) wyznaczam termin rozprawy na 23 stycznia 2026 roku. Zapytacie Państwo dlaczego na 23? Ano dlatego, że najprawdopodobniej „moja” sekretarz, nawiasem mówiąc bardzo sprawna i sprytna, nie zdąży „wstawić” wezwania do Portalu Informacyjnego. Zrobi to najprawdopodobniej w poniedziałek, w związku z czym informacja znajdzie się w PI we wtorek (tak, nie wchodzą na bieżąco). I teraz zaczyna się najlepsze - pomimo tego, że pełnomocnik może podejrzeć treść wezwania nie musi go „odbierać”, więc odbierze go pod koniec terminu lub w ogóle. 21 stycznia otrzymuje pismo od pełnomocnika, że bardzo fajnie, docenia termin, ale niestety dopadła go choroba/wypadek losowy/cokolwiek, a nie może ustanowić substytuta bo sprawa o odszkodowanie w wysokości 3.325,34 zł za nieprawidłową wycenę zderzaka wymaga szczególnej relacji zaufania z klientem. Pewnie wymaga, kim jestem by oceniać? W związku z tym termin zdejmuję w dniu 21 stycznia, drugi pełnomocnik zawiadomienia nie odbiera ale dziwnym trafem na termin nie przychodzi - ewidentnie z takim przeczuciem powinien grać w Eurojackpot. Wyznaczam więc termin szybciej - tym razem już na 2 lutego licząc się z tym, że zwrotki mogą nie obrócić. Po tygodniu dostaje maila (CAŁKOWICIE NIEZGODNIE Z KPC oraz, niewątpliwie, Konstytucją), że drugi pełnomocnik ma kolizję terminów. Termin rozprawy trzeba więc zmienić ponownie, tym razem na marzec. W marcu na rozprawę nie dociera świadek, bo ma - uwaga - grypę żołądkową. I tak to się kręci.
Powiecie Państwo - to są profesjonaliści, powinni mieć substytutów czy co tam jeszcze. Tak, ale ze stronami jest jeszcze gorzej, bo regularnie nie mają z kim zostawić dziecka, wyjeżdżają na wakacje bądź po prostu NIE MAJĄ CZASU stawić się w sądzie.
Podsumowując powyższe - uważam, że telefon do mecenasa celem ustalenia realnego terminu rozprawy nie jest niczym zdrożnym, a być może nawet jest zgodny z (uwaga!) Konstytucją, gwarantującą prawo do rozpoznania sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki oraz (!!!) EKPC gwarantującą prawo do rozpoznania sprawy w rozsądnym terminie. Tak samo nie budzi moich zastrzeżeń telefon w sprawie o stwierdzenie nabycia spadku celem poprawienia/uzupełnienia wniosku, bo tak się składa, że tego rodzaju postępowania są prowadzone w interesie publicznym. Zasłanianie się formalizmem proceduralnym tylko wydłuży czas rozpoznania sprawy, bo ona i tak wróci, i tak wróci - choć pewnie do innego referenta.
POLEMIKA - czyli luki w zdolnościach wywiadowczych i operacyjnych pod progiem wojny
Bardzo ciekawy i optymistyczny artykuł prezentuje cztery obszary, w których Polska wyróżnia się militarnie: wojska specjalne, rozpoznanie satelitarne, zintegrowaną artylerię oraz wojska cybernetyczne.
Choć przedstawione zdolności są rzeczywiste i godne uwagi, artykuł pomija fundamentalną słabość polskiego systemu bezpieczeństwa tj. brak regulacji prawnych umożliwiających ofensywne działania wywiadowcze i specjalne pod progiem wojny.
Ta luka stanowi poważne zagrożenie w kontekście rosyjskiej wojny hybrydowej prowadzonej od lat.
Artykuł wspomina, że "wydaje się istnieć rzeczywistość w której taka operacja np. na Białorusi byłaby możliwa", jednak nie wspomina o kluczowym problemie. Polsce brakuje podstaw prawnych do prowadzenia ofensywnych operacji wywiadowczych i specjalnych w czasie konstrukcyjnego pokoju.
Polska działa pasywnie poniżej progu wojny, a aktywnie dopiero po jego przekroczeniu. Obecnie nie dysponujemy spójnym systemem pozwalającym na prowadzenie ofensywnych działań w cyberprzestrzeni w czasie pokoju, czyli poniżej progu wojny.
Obowiązujące regulacje prawne nie przewidują takich możliwości. Tymczasem Rosja prowadzi działania w sposób ciągły, utrzymując presję właśnie poniżej progu otwartego konfliktu, co prowadzi do stopniowej erozji odporności państwa i społeczeństwa.
Uwarunkowania ustawowe służb specjalnych
Zgodnie z ustawą z 24 maja 2002 r., zadania AW są realizowane poza granicami RP. Na terytorium Polski AW może prowadzić czynności tylko w związku z realizacją działań poza granicami państwa.
Jest to służba odpowiedzialna za wywiad zagraniczny, ale jej uprawnienia do operacji ofensywnych – takich jak werbunek, operacje wpływu czy działania destabilizacyjne – są ograniczone wymogami prawno-politycznymi.
AW wykonuje czynności operacyjno-rozpoznawcze i analityczno-informacyjne, obejmujące https://t.co/OINRrN8TPC. werbunek i pozyskiwanie informacji, jednak brakuje jasnych regulacji określających zakres działań ofensywnych w szarej strefie konfliktu.
Naciąganie tego do działań "operacyjno-rozpoznawczych" jest poważnym uproszczeniem...
SWW prowadzi działalność poza granicami Polski, skupiając się na zagrożeniach militarnych i wspieraniu bezpieczeństwa polskich kontyngentów. Na terytorium RP uprawnienia tej służby są ściśle ograniczone – czynności operacyjno-rozpoznawcze mogą być podejmowane wyłącznie w bezpośrednim związku z prowadzoną działalnością zagraniczną.
I tu zaczyna się niedoinformowanie autora, gdyż problem pojawia się w kontekście operacji typu HUMINT (rozpoznanie osobowe) i werbunku źródeł osobowych.
Artykuł wspomina, że JW Nil realizuje zadania HUMINT, ale nie ma podstaw prawnych takich działań za granicą w czasie pokoju przez tego typu jednostki WP.
Rozpoznanie osobowe w ramach działań wojennych jest dopuszczalne zgodnie z konwencjami międzynarodowymi, ale werbunek cudzych obywateli poza kontekstem operacji wojskowych pozostaje w szarej strefie prawnej w naszym Państwie i praktycznie jest to niemożliwe do finasowania tego typu operacji przez jednostkę wojską, ale tu podkreślam w czasie pokoju.
WOC mają przeprowadzać działania w pełnym spektrum: rozpoznawcze, defensywne i ofensywne. Jednak kluczowy problem dotyczy uprawnień w czasie pokoju. Ustawa o obronie Ojczyzny mówi o "prowadzeniu działań i operacji w cyberprzestrzeni", ale nie precyzuje jasno, kiedy i na jakiej podstawie prawnej można przeprowadzać ofensywne operacje cyber przeciwko podmiotom zagranicznym w czasie pokoju.
Ministerstwo Cyfryzacji wskazuje, że zdolności ofensywne powinny posiadać również służby specjalne w ramach kontroli operacyjnej, ale brakuje kompleksowych regulacji umożliwiających skuteczne działania wyprzedzające.
Artykuł entuzjastycznie opisuje polski potencjał wojsk specjalnych, wymieniając JW GROM, Formozę, Komandosów, Agat i Nil. Jednak pomija fundamentalne pytanie: na jakiej podstawie prawnej mogłyby one przeprowadzić operację ofensywną na Białorusi w czasie pokoju?
Powyższe pytania otwiera kolejne, czyli czy brak praktycznych możliwości spowoduje że na czas wojny takie jednostki będą posiadały odpowiednie kompetencje operacyjne?
Konstytucja RP określa użycie Sił Zbrojnych poza granicami w art. 26. Ustawa o zasadach użycia lub pobytu SZ RP poza granicami państwa wymaga ratyfikowanej umowy międzynarodowej lub ustawy. Dotyczy to jednak głównie misji pokojowych i operacji sojuszniczych, nie zaś samodzielnych operacji specjalnych typu schwytanie lub eliminacja celu w obcym państwie.
Operacja amerykańska w Wenezueli – którą artykuł pośrednio przywołuje jako wzorzec – jest "bardzo trudna do obrony, wręcz niemożliwa" z punktu widzenia prawa międzynarodowego.
Porwałam się na analizy @BBN_PL, gdzie wprost stwierdzono, że taka operacja wymaga "kompleksowych przygotowań, planowania i autoryzacji uwzględniającej ryzyka", ale polskie podstawy prawne nie pozwalałyby na podobne działania.
Problem JW Nil i operacji HUMINT
Artykuł wspomina, że JW Nil prowadzi rozpoznanie HUMINT, zapewniając informacje "nie tylko z nasłuchu, rozpoznania dronami, ale i dzięki tzw. źródłom osobowym". To sugeruje działalność wywiadowczą, potencjalnie obejmującą werbunek. Jednak:
Werbunek cudzych obywateli w obcym państwie jest legalny wyłącznie w ramach uprawnień nadanych służbom specjalnym i podlega kontroli sądowej
Działania tego typu bez upoważnienia mogą być kwalifikowane jako szpiegostwo (art. 130 Kodeksu karnego)
JW Nil jest jednostką wojskową, nie służbą specjalną o uprawnieniach wywiadowczych AW czy SWW.
Powstaje otwarte pytanie: czy JW Nil działaby w ramach struktur SWW, czy jako samodzielna jednostka i na jakiej podstawie prawnej prowadzi działania wywiadowcze za granicą?
Artykuł nie porusza kluczowego problemu tj. braku integracji między służbami specjalnymi a wojskami specjalnymi. W USA operacje typu Delta Force są "ściśle współdziałające ze służbami", zapewniając "dane z rozpoznania i wywiadu".
Pozytywne aspekty niewymagające dalszej krytyki
Należy przyznać, że artykuł trafnie opisuje rzeczywiste osiągnięcia:
Rozpoznanie satelitarne ARGUS. Polska rzeczywiście buduje imponujący system rozpoznania satelitarnego.
System TOPAZ to rzeczywiście "jeden z najlepszych systemów zarządzania walką artyleryjską na świecie". Jest modułowy, skalowalny i zintegrowany z wieloma sensorami – od dronów FlyEye po radary ARTHUR. Został wybrany przez siły zbrojne NATO (Bułgaria) i włączony do inicjatywy ASCA.
WOC to rzeczywiście elitarna formacja, regularnie wygrywająca natowskie ćwiczenia. Program CyberLEGION przyciągnął ponad 2000 ekspertów, a generał Karol Molenda cieszy się "światową reputacją w branży cyber".
Wnioski: entuzjazm vs. rzeczywistość
Artykuł maluje optymistyczny obraz polskich zdolności militarnych, co jest częściowo uzasadnione. Jednak w mojej ocenie kluczowe braki w regulacjach prawnych a przez to rzeczywistych możliwości dotyczących operacji pod progiem wojny czynią z Polski kraj zdolny do obrony w otwartym konflikcie, ale bezradny wobec rosyjskiej strategii działań hybrydowych.
Pozdrawiam @sjanus_pl dziękuję.
To, co uderza w wymowie wielu komentarzy do wydarzeń w Wenezueli, to przekonanie o jakiejś niesamowitej prostocie świata, jakbyśmy mieli do czynienia z grą komputerową, a nie realnym życiem. Z początku z triumfalistycznego tonu władz amerykańskich, przejętego także przez niektórych komentatorów, można było wysnuć wniosek, że USA wygrały jednodniową wojnę z Wenezuelą, opanowały kraj i teraz – jak w grze komputerowej, i to z tych prostszych – zasobami Wenezueli może dysponować gracz grający Stanami Zjednoczonymi. Podobna logika stoi za przekonaniem, że zmiana lidera oznacza automatycznie zmianę systemu.
Tymczasem państwo to aparat administracyjny, wojsko, służby, lokalne elity, sieci klientelistyczne, grupy interesu (legalne i nielegalne), wreszcie samo społeczeństwo w całej swojej złożoności, ze swoją tożsamością, nastrojami, sympatiami, lojalnościami etc. Porwanie czy nawet fizyczne usunięcie przywódcy nie sprawi, że to wszystko nagle zmieni się w coś innego.
Z dostępnych faktów wynika, że na razie USA, owszem, przeprowadziły błyskotliwą operację specjalną, ale nie dokonały nawet zmiany reżimu. Wszak w Caracas (na razie) nadal rządzi ta sama ekipa, prezydenta zastąpiła wiceprezydent. Czy Amerykanie opanowali jakieś strategiczne punkty w kraju, lotniska, porty, itp.? Nic na ten temat nie wiadomo; z wypowiedzi władz amerykańskich wynika, że nie, że dopiero dopuszczają taką możliwość.
Trump mówi, że Amerykanie będą teraz „zarządzać” Wenezuelą. W jaki sposób? Będą z Waszyngtonu wysyłać dyspozycje, które stary lub nowy rząd w Caracas będzie po prostu wykonywał? W jaki sposób poradzą sobie z inercją czy niekompetencją miejscowej biurokracji? Chyba że mamy rozumieć, że ta biurokracja jest sprawna i kompetentna, a kraj w ruinę wpędził sam Maduro z żoną?
Co jeśli część społeczeństwa wenezuelskiego, albo po prostu jakieś niewielkie, ale zdeterminowane by bronić swoich interesów grupy, będą stawiać opór nowemu porządkowi? Czy Amerykanie wyślą tam wojska? Będą wówczas musieli ponosić koszty okupacji, finansowe i polityczne.
Jeżeli Wenezuela jest, jak powiadają, tak biednym krajem, to opieka nad nią będzie wymagała ponoszenia kosztów, a więc będzie dla USA obciążeniem, a nie atutem w rywalizacji z innymi mocarstwami. Ktoś powie, że koszty tej opieki USA zrekompensują sobie dochodami ze sprzedaży ropy. Tyle że ropa należy do Wenezuelczyków, jeżeli zyski z jej sprzedaży będą w sposób widoczny transferowane na zewnątrz, to będzie w nich narastał resentyment wobec okupanta/opiekuna, nawet jeżeli ich sytuacja obiektywnie by się poprawiała. W efekcie będzie narastał opór, co znowu będzie podnosiło koszty okupacji/opieki amerykańskiej.
Oczywiście nie można wykluczyć, że „przejęcie” Wenezueli przez USA okaże się faktem – i to o dużym znaczeniu zarówno dla tego kraju, jak i dla światowego układu sił. Na obecnym etapie jest jednak zdecydowanie za wcześnie, by formułować takie sądy.
Napoleon określił tak Talleyranda po jego rezygnacji w 1807. Dymisję książę Benewentu złożył, ponieważ nie zgadzał się z narzucaniem twardych warunków Austrii (1805) i Prusom (1807). W Tylży, nie zgadzając się z wizją cesarza, Talleyrand nie brał udziału w negocjacjach, ale za to zdarzyło mu się pocieszać załamaną ustaleniami królowę Marię Ludwikę.
Historia przyznała słuszność Talleyrandowi, a Napoleon, pozbawiony rady kompetentnego ministra zupełnie się pogubił. Najpierw zaczął głupią wojnę z Hiszpanią, potem jeszcze głupszą z Rosją. Po tej ostatniej miał kilka szans na uratowanie skóry: Metternich proponował łagodne warunki – zwrot Dalmacji, porzucenie Księstwa Warszawskiego, rozwiązanie Konfederacji Reńskiej. Napoleon w odpowiedzi rzucił kapelusz na podłogę.
Potem grał jeszcze na rozbicie koalicji, gdy ta była już u granic Francji. Słusznie założył, że interesy wielkiej czwórki są sprzeczne, ale lord Castlereagh stanął na głowie, by przekonać sojuszników, by zobowiązali się nie zawierać separatystycznego pokoju.
Tymczasem to Talleyrand skontaktował się ze zwycięskimi mocarstwami, informując, że Napoleon stracił zaufanie wpływowych czynników i możliwa jest zmiana władzy. Powracający król Ludwik XVIII za tę zasługę uczynił go swoim ministrem, a następnie powierzył zadanie wydawałoby się niemożliwe: odwrócenie od Francji konsekwencji klęski Napoleona.
W taką plenipotencję uzbrojony przybył Talleyrand do Wiednia. Choć zwycięskie mocarstwa przyjęły formułę kongresu, w istocie planowały przeprowadzić konferencję, a decyzje Anglii, Austrii, Prus i Rosji miały być komunikowane mniejszym państwom, z których Francja i Hiszpania miały prawo zabrania na ich temat głosu, ale wyłącznie doradczego.
Z Napoleonem walczyło jednak więcej państw. Portugalia, Szwecja, Sycylia itd. I oto Talleyrand zwrócił się ku tym ostatnim, przekonując, że przecież Ludwik XVIII też był (i to od samego początku!) członkiem koalicji antynapoleońskiej, że Francja, jeśli zostanie uznana za zwycięskie mocarstwo, będzie bronić ich interesów, równie zagrożonych samowolą czterech wielkich. Następnie, wraz z przedstawicielem Hiszpanii, zażądał powiększenia grona decydentów o czterech pozostałych sygnatariuszy pokoju paryskiego (Francję, Hiszpanię, Portugalię i Szwecję), grożąc, że w przeciwnym wypadku mali członkowie koalicji oprotestują i opuszczą obrady. Kongres miał zapewnić ład akceptowany przez wszystkich, szantaż ten więc doskonale zdał egzamin.
Ale mało było temu staremu diabłu, wszak dążył do tego, by Kongres potwierdził mocarstwową pozycję Francji. Okazja ku temu nadarzyła się na przełomie 1814 i 1815 roku. Oto bowiem Aleksander planował odtworzyć Polskę, w czym napotykał opór pozostałych członków wielkiej czwórki. Za najpoważniejszą przeszkodę uważał Prusy, więc, bez oglądania się na Anglię i Austrię, zaproponował Fryderykowi Wilhelmowi następujący układ: Prusy w zamian za zgodę na restaurację Polski będą mogły zatrzymać Pomorze oraz anektują Saksonię (sprytny plan biorąc pod uwagę konkurencyjny i znacznie lepszy claim Wettynów do polskiego tronu). Fryderyk Wilhelm był gotów się zgodzić. Austria i Anglia dowiedziawszy się o tym nie były zachwycone. Anglia bała się, że Rusopolska (albo Polorosja) będzie zbyt potężna i zdominuje Europę niczym Napoleon. Austria obawiała się o Galicję i komitywę prusko-rosyjską, która przecież w naturalny sposób byłaby w nią wymierzona. I oto Talleyrand zaproponował Castlereaghowi i Metternichowi sojusz wymierzony w Prusy i Rosję. Podpisano go 3 stycznia, stąd całe zdarzenie nosi nazwę intrygi styczniowej. Od tego momentu Francja weszła do ścisłego grona decyzyjnego Kongresu, a komitet ośmiu stracił na znaczeniu.
Pozycją Talleyranda nie zachwiało nawet sto dni. Kongres wydał deklarację w myśl której nie Francja, a Napoleon był agresorem i jedyną przeszkodą do osiągnięcia pokoju w Europie. Kosztem kilku mniejszych terytoriów Talleyrand przekuł więc militarną klęskę w całkowite dyplomatyczne zwycięstwo.
Dlatego rajtuzy.
The best is the enemy of the good. Contrary to recent press speculation, the draft 28-point plan for peace in Ukraine is in fact a reasonable basis for negotiations. Journalists can gripe about it as they griped about the 20-point Gaza plan. But wars are not ended by op-eds. 1/5
Współczesne operacje zbrojne przeszły transformację, w której główną rolę odgrywają systemy bezzałogowe, sensory, walka radioelektroniczna, analiza danych i architektura informacyjna. W wielu obszarach to właśnie te technologie zastąpiły funkcje, które dotychczas były domeną klasycznej artylerii, lotnictwa czy piechoty. W efekcie wiele procesów taktycznych, które wydawały się „niezmienne”, straciło swoją użyteczność w warunkach realnego pola walki.
Na poziomie szkolenia wciąż istnieją jednostki, które opierają przygotowanie taktyczne na klasycznych paradygmatach intensywne szkolenia szturmowe, dominacja ogniem, działania zespołowe na krótkim dystansie. W teorii wygląda to dobrze. W praktyce oddziały rzadko osiągają fazę kontaktu, ponieważ są wykrywane, śledzone i eliminowane na znacznie wcześniejszych etapach. Nasycenie pola walki dronami FPV, amunicją krążącą, platformami VTOL oraz dronami operującymi w paśmie Ku (10–12 GHz) zmieniło środowisko działań tak mocno, że klasyczne modele wejścia do walki straciły realne znaczenie.
Dolna warstwa powietrzna wysokości od kilku do kilkuset metrów stała się dominującą domeną działań. To tam działa sensoryka, zwiad, zakłócenia, precyzyjne rażenie i dynamiczne przejmowanie inicjatywy. Każdy pododdział poruszający się bez własnej architektury BSP jest narażony na wykrycie i neutralizację, zanim wejdzie w kontakt bojowy. Stare pojęcie „walki piechoty z piechotą” zostało zastąpione przez „walkę systemu sensorycznego z systemem sensorycznym”.
W takim środowisku nie istnieje jedno rozwiązanie antydronowe. Obrona wymaga architektury warstwowej: pasywnych sensorów optycznych i termicznych, systemów sejsmicznych i akustycznych, triangulacji RF, zakłócania, środków kinetycznych, broni energetycznych oraz komponentów ofensywnych degradujących infrastrukturę systemów BSP przeciwnika. Każda luka w tej sieci przenosi ciężar odpowiedzialności na piechotę a ta nie jest w stanie pełnić tej roli efektywnie, bo broń strzelecka to wyłącznie ostatnia linia reakcji, a nie narzędzie systemowe.
Zmienia się również charakter wyszkolenia. Ogień „na stłumienie” w działaniach szturmowych ma dzisiaj marginalne znaczenie wobec dronów wykonujących manewry z dużą prędkością i bardzo małą powierzchnią skuteczną. Żołnierz musi mieć kompetencje do prowadzenia ognia precyzyjnego, a to wymaga zupełnie innych standardów treningowych. Jednocześnie piechota wciąż pozostaje istotnym komponentem ecz jej zadania są ściśle zależne od zdolności do działania w środowisku saturacji sensorami wroga, a nie od klasycznych schematów doktrynalnych.
Największą barierą w adaptacji nie jest brak technologii, lecz inercja myślowa. Struktury dowodzenia w wielu armiach wciąż definiują działania lądowe przez pryzmat artylerii masowej, poprzez model „ognia saturacyjnego”, zamiast przez pryzmat precyzyjnych efektorów, ciągłej informacji i integracji BSP z artylerią oraz wojną elektroniczną. Ten konserwatyzm spowalnia rozwój komponentów powietrzno-uderzeniowych, które w obecnych warunkach powinny być kluczowym elementem wsparcia manewru i budowania przewagi lokalnej.
Realną przewagę osiągają dziś systemy działające w koncentracji: roje FPV, drony rozpoznawcze, sensory multispektralne, mobilne stacje EW, systemy wykrywania RF i narzędzia AI analizujące dane w czasie rzeczywistym. Dopiero współdziałanie tych wszystkich elementów tworzy architekturę, która pozwala przejąć inicjatywę i zredukować zdolności przeciwnika, zanim ten w ogóle zdąży użyć swoich platform ciężkich.
W efekcie pojawia się kluczowe pytanie strategiczne:
gdzie w tym nowym środowisku operacyjnym ma dziś realne miejsce ciężki sprzęt, klasyczne lotnictwo taktyczne i bojowe oraz szeroko rozumiana modernizacja Wojska Polskiego?
Bo jeśli architektura konfliktu przenosi się w kierunku masowej robotyzacji, saturacji sensorami i walki o informację, to każdy miliard złotych zainwestowany w sprzęt powolny, wysokoemisyjny sygnałowo i podatny na drony może okazać się stracony.